NA GRUPIE



Nie ma to jak ponabijać się z Amerykańców. Z jednej strony chłoniemy ich kulturę (jak i reszta świata), z drugiej ją kontestujemy. Ot takie chodzenie pod byle pretekstem do psychoterapeutów przyjmowane jest z politowaniem. Widzę w tym amerykańskim podejściu (jakże u nas rzadką) wiarę w praktyczną skuteczność psychologii. Myślałam sobie o tym i niewielu znam ludzi, którzy tutaj u nas, w Polsce, chodzą na terapie, żeby sobie pomóc. A takich, którzy mają ze sobą problemy albo mogliby po prostu się poprzez takie coś udoskonalić, jest wszędzie wokół mnie pełno. Konkretnie to chcę napisać parę słów o terapiach grupowych, bo to chyba najmniej rozpowszechniona w naszej świadomości forma... no właśnie, czego? Najprościej leczenia, ale to się strasznie jednowymiarowo kojarzy. Znam dobrze osoby, które chodzą/chodziły na takie grupowe spotkania w moim rodzinnym Lublinie i sporo mi o tym opowiadały. Dla nich na pewno było to potrzebne do zrozumienia pewnych rzeczy o sobie i swoim życiu, a potem do wprowadzenia zmian. I nie mam tu na myśli spotkań AA, tylko takie spotkania ogólne z psychologiem. Trochę Fight Club, tylko nie filmowy.



Grupa jest kilkunastoosobowa, faceci i kobiety. Wiekowo wszyscy mają po dwadzieściakilka lat, żadnej smarkaterii, dorośli ludzie z różnymi kwestiami do rozwikłania. Spotykają się w mieszkaniu psychologa, którego nazwę na potrzebę tego tekstu Prastem. Zawsze ktoś przyjdzie za wcześnie, zawsze ktoś zapali fajkę przed wejściem do kamienicy, zawsze ktoś przystanie żeby pogadać. Tak zbiera się na ulicy cała grupa, nawet niepalący. Stoją, rozmawiają. Gdy zbliża się określona godzina, wchodzą.

Prast decyduje, kto gdzie siedzi. Gdy przychodzi nowa osoba, wskazuje jej miejsce, a potem już tak zostaje. Spotkania są burzliwe, przez bite trzy godziny rozmów panuje na przemian nastrój śmiechu lub płaczu. Silne wyładowania emocji, tym właśnie charakteryzują się dobre terapie. Spotkanie zaczyna się od Śladu. Ślad polega na tym, że każdy mówi w paru zdaniach co chce, najczęściej co się u niego działo albo o czym myślał od ostatniego spotkania. Potem ten kto mówił, wyznacza kolejną osobę po imieniu. Jeśli jest ktoś nowy i nie zna imion, to wyznacza osobę, która go najbardziej zainteresowała (tak proponuje Prast). Potem Prast rozmawia z wybranymi osobami o ich sprawach. Na przykład jakaś dziewczyna opowiada o tym, że od jakiegoś czasu ma dziwne myśli na temat swojej ciąży. Wyobraża sobie, że wbija sobie nóż w brzuch i tym podobne. Prast tłumaczy jej, że to normalne, że w ten sposób odreagowuje tą presję atitititi. Wszyscy się śmieją. Luźna atmosfera. Można sobie w międzyczasie jeść, pić. Inna dziewczyna ma problem z zazdrością. Jest chorobliwie zazdrosna o swojego męża. I o swoich dwóch kochanków. Problem jest omawiany. Zazdrośnica kokietuje Prasta.



Prast to taki człowiek, który zdobył wiele doświadczeń, aż w końcu stał się specjalistą od terapii grupowych i ustawień. Takich specjalistów w Lublinie można policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze zostanie palców. Prast jest człowiekiem w średnim wieku, z rozbudowanym poczuciem humoru, typ strasznie wyluzowany. Można by pomyśleć, że odpowiedzialność za kilkadziesiąt osób może osłabiać. Nie jego. Soczyste dowcipy przeplata z uzdrawianiem dusz. Na grupie potrafi, rozmawiając z kimś, być chwilowo czyimś ojcem, matką czy kochanką. Cokolwiek jest akurat potrzebne.

Jego żona to jego była pacjentka.

Są pewne zasady co do par wewnątrz grupy. Jest to dozwolone, ale jeśli taka para powstanie, to musi absolutnie wszystko, co się dzieję pomiędzy, opowiadać co tydzień na grupie. Jeśli jest to zbyt ciężki warunek do spełnienia, jedna osoba musi zrezygnować z uczestnictwa.



Ludzie stawiają sobie za dużo wymagań, ego ich tłamsi. Dławią się tym "co powinni", jak "zawsze było", jak "nigdy nie będzie", obrzucają się w myślach i na głos obelgami "jestem do niczego", "zawsze byłem". Mają depresje, manie, problemy ze związkami, z uzależnieniami (najczęściej jest to więcej niż jedno uzależnienie na raz, bo mechanizm każdego jest taki sam i żeruje na tej samej słabości). Prast to doskonale zna, umie konkretnie pomóc, dotrzeć do sedna tego, co w danym człowieku siedzi i przeszkadza mu iść dalej. Strasznie silna osobowość. Budzi szacunek.

Na przykład mówi coś komuś, kto tego bardzo, ale to bardzo potrzebuje... mówi: masz prawo być sobą. I daje czas to przetrawić.

Potrafi nauczyć, jak kreować w swoim życiu sytuacje, zamiast się dostosowywać.

I my naprawdę mamy prawo być sobą.

Kojarzycie scenę z Buntownika Z Wyboru, jak Robin mówi głównemu bohaterowi "to nie jest Twoja wina" do momentu, aż tamten bierze to na siebie i zaczyna płakać? Scena może wydawać się nieprzekonywująca, ale na grupie dzieją się rzeczy podobne, tylko o wiele mocniejsze i bardziej niewiarygodne. Filmy to tylko słaba imitacja. Ludzie naprawdę płaczą, naprawdę noszą w sobie te niewypłakane łzy. Apropos tytułu Buntownika: jest nieadekwatny. To nie wybór uczynił bohatera buntownikiem, tylko śmierć rodziców i przemoc jakiej doświadczył potem. No chyba, żeby wyborem nazwać to, co człowiek robi z taką przeszłością, z tym co ma w głowie, ze swoim dorosłym życiem...

Bo można nic nie robić, jasne. Ja na przykład unikam wszelkich terapeutów jak ognia, przynajmniej od pewnego czasu. Znajomy doktor filozofii powiedział mi ostatnio, że jak wyobraża sobie ulepszanie i rozwijanie siebie poprzez introspekcję to go ciarki przechodzą. (mam podobnie) Na argument, że przecież o takim podejściu mówił Sokrates (postać jakby nie patrzeć z punktu widzenia filozofa wybitna), tylko się wzdrygnął i skrzywił. I powiedział coś z czym się bardzo zgadzam: że najlepiej się rozwijać i leczyć poprzez innych ludzi. No to terapie grupowe są takim półśrodkiem. Dobrym zwłaszcza dla tych, którzy mają problemy w nawiązywaniu kontaktów i nie mają jak ćwiczyć w naturalnych warunkach.

Ćwiczyć płakania, śmiania się, rozmawiania.

Znajdowania żony, męża.



Ale serio. Nie mam takiej złej opinii o Amerykanach jeśli chodzi o ich osiągnięcia w psychologii i podejście do pomagania samemu sobie.

Uśmiechanie, nawet wymuszone na samym sobie, pomaga. ;)







asztaka
asztaka@gazeta.pl


ps. Tekst Innuendo. (nawiązując przy okazji do starych dobrych peesowych czasów AM ;))