Pewnego letniego popołudnia wziąłem do ręki lokalną gazetę i przeczytałem artykuł o rozpoczęciu budowy centrum handlowo-rozrywkowego w moim mieście, Piotrkowie Trybunalskim. Na owo centrum będzie się składać między innymi „wielosalowe kino typu multipleks”.
Odłożyłem gazetę by skonstatować, że to oznacza niechybny upadek jedynego w moim mieście kina, „Hawany”.
Zamiast kina brudnego, pomazanego pseudograffiti, nienowoczesnego, z jedną salą, nieuprzejmą obsługą, absurdalnie drogimi biletami, wielkimi opóźnieniami w premierach, rzadko zmienianym repertuarem, brakiem filmów wyświetlanych choćby w Łodzi, otrzymamy całkowite jego przeciwieństwo.
I chociaż nie uważam, że winyl jest lepszy od CD, czarno-białe od kolorowego, mono od stereo i analogowe od cyfrowego, jest mi tej “Hawany” z jakiegoś niewytłumaczalnego, irracjonalnego powodu szkoda. Ktoś ładnie o tym napisał w pewnej gazecie, choć pomylił się w jednym szczególe (ufam, że sami zorientujecie się o co chodzi):
Z niepokojem dostrzegam, że PRL oddaliła się już na tyle, że wywołuje falę nostalgii. Czasem są to nostalgie polityczne w postacie formacji im. Edwarda Gierka na przykład. Ale widzę, że w młodym pokoleniu zgrzebna rzeczywistość Polski Ludowej odradza się jako pełna uroku, niekomercyjna dekoracja. (…) Był taki malowniczy Peerel. Bary mleczne, knajpy, meble. Okazuje się, że nawet blokowisko było czymś fajnym.
Coś w tym jest. Zacznę od nazwy, “Hawany”. Według pisowskiej ustawy o likwidacji nazw publicznych obiektów kojarzących się z komunizmem, powinna już dawno być zmieniona: kino powstało pod koniec lat 60., a jego nazwa była nadana na cześć nowej, bratniej, socjalistycznej republiki na Kubie. Choć reżim Fidela Castro trwa i wciąż terroryzuje Kubańczyków, nie odważyłbym zmienić tej nazwy. Jest zbyt romantyczna, zbyt utrwalona w zbiorowej świadomości Piotrkowian. Egzotyczna, a jednocześnie swojska, jak świętej pamięci kino “Moskwa” w Warszawie. To już nie propaganda, ale element miejskiej kultury.
Socrealistyczna architektura “Hawany” też ma coś w sobie. Przyzwyczaiłem się już do tej niezgrabnej bryły betonu bez żadnych ozdobników, do wiecznie zakurzonych, wielkich tafli szkła od frontu i przytłaczających kolumn z tyłu, do chorej, psychodelicznej czerwono-piaskowej kolorystyki. O wnętrzu kina nie będę pisał, bo sam nie rozumiem, jak mogę go żałować. Ale widać mogę.
W „Hawanie” nie znajdziecie kręgielni, ściany wspinaczkowej, areny do paintballa, ani innych osiągnięć cywilizacji Zachodu. Są tu tylko fotele z niezliczonymi gumami do żucia poprzyklejanymi pod poręcze i wykładzina z czterdziestoprocentową zawartością popcornu wdeptanego przez pokolenia. Nie mógłbym zapomnieć o projektorze, który pamięta chyba wychwalanie pacyfistycznej polityki towarzysza Chruszczowa wobec imperialistycznych zakusów Kennedy’ego. Z rozrzewnieniem wspominam wypad na „Deathproof” – ci, którzy widzieli ten film, wiedzą, że jest on hołdem dla grindhouse’ów, amerykańskich podrzędnych kin wyświetlających najgorsze porno i najbardziej obleśne horrory z podgatunku gore. Z tego powodu przejścia pomiędzy kolejnymi scenami wyglądają niekiedy jakby taśma z filmem była źle sklejona albo po prostu brudna – jedna scena jest, nie wiedzieć czemu, czarno-biała. Ja i moi znajomi zastanawialiśmy się, czy to nie wina starego projektora i jeszcze starszego operatora, przecież takie numery to w „Hawanie” norma, widzieliśmy je na „Panu Tadeuszu”, filmie ni w ząb grindhouse’owym.
Najważniejsze są mimo wszystko wspomnienia. Spędziłem w tym miejscu sporo popołudni i wieczorów na lepszych i gorszych filmach, ale zawsze (no, prawie zawsze) w miłym towarzystwie. Tutaj, mając siedem latek, widziałem pokazane w reedycji „Imperium kontratakuje”, na którym tata musiał mi doczytywać napisy, bo sam nie nadążałem. Tutaj, mając dziewięć lat, widziałem pierwszego „Matriksa”, na którym z lekko rozdziawionymi ustami podziwiałem efekty specjalne. Potem do kina chodziłem częściej i moje wspomnienia pozacierały się niczym nadużywana światłoczuła celuloidowa taśma 35 mm (notabene, coraz szerzej zastępowana przez technikę cyfrową). Sami chyba dobrze wiecie o co chodzi.
Naszła mnie refleksja, że wszystkie niedoskonałości to największa siła „Hawany”. Dzięki nim to kino nie jest małomiasteczkowym centrum lansu i baunsu, wybiegiem a’la Krupówki, na którym można pokazać swoje najnowsze ciuchy Diverese, Converse czy Perverse, a potem poszpanować kolorowymi drinkami. „Hawana” to coś więcej niż tylko miejsce, w którym pokazuje się filmy, choć teoretycznie tylko to ma w ofercie.
To będzie największa różnica między “Hawaną” a przyszłym “Silverscreenem” czy innym “Multikinem”: w przypadku tego pierwszego chodzi się do kina, tych drugich - na film.