Czasami wieje grozą
W połowie października, może troszkę później, wracaliśmy z zajęć drogą parkową, rzadko przez nas uczęszczaną. W stawie radośnie plumkały się kaczki, niczym pustynne strusie czy podwórkowe pawie. Rzuciłem wtedy Przegracie te wybory. Kasia i Dorota będą moimi świadkami, dar przewidywania nie jest wszak dostępny każdemu.
***
Podzsunąwszy płaszcz pani za ladą szatni można już spokojnie spacerować po wydziale. Dostojnie przeskamierzać schody, kamieniste i nie do końca pasujące do reszty, było – nie było, nowoczesnodrewnianego wystroju. To jest chwila spełnienia, kiedy beztrosko pokonujesz kolejne schody, ciesząc się już na widok pięknomożnych ścian na kolejnym piętrze. I kolejnym. Zakręt w lewo, rzut oka i nóg na korytarz – stoimy na czerwonym dywanie, niczym gwiazdy jakieś. Schody tajemne, bo rzadko używane, tu kamień zakamuflowany dywanem właśnie. Nie, nie pers, ale czasami psy się zdarzały. Ciekawe, czy któryś z nich zostawił tu chociaż odrobinkę moczu, znacząc już na wieki teren pałacu jako swój.
Szatniarki mają w zwyczaju uśmiechać się, w dodatku niezmiennie miło odpowiadają na pozdrowienia. Zupełnie tak, jak gdyby każdy z nas był płatną reklamą, której kliknięcie spowoduje dopisanie do wirtualnego konta kilku, kilkunastu centów. Podobno grzeczność nie kosztuje, podobno są na świecie optymiści. A mnie cały czas nurtuje, ile tym paniom właściwie się płaci?
Przespacerek dalej, rozchmurzone niebo chętnie przyjęłoby nasze kaloryfery, nasze farelki, celem rozgonienia dalszego przestarzałych już nieco chmur. Deszcz przestał być modny. Wyznawczynie owego żywiołu nie są w stanie być nikim więcej, niż uznanymi autorytetami w dziedzinie literaturoznawstwa. Ja nie mam takich ambicji. Chciałbym tylko, a mieliśmy, może jeszcze mamy, taką małą, pomarańczową farelkę, chciałbym taką farelką odganiać od kogoś cumulusy i cumbalusów, co to czasami się zachowują, jakby byli pępkiem tego naszego ziemskiego nieba, a przecież wiadomo, że takich pępków jest tyle, ile i nas.
***
Niedawno wróciliśmy nad staw. Kaczki nie były już tak radosne. Jedna zanurkowała, pokazując kuper najpierw towarzyszce, potem mnie samemu. Inna, otoczona aurą grozy zwiastunka powrotu do starego, zaczęła sunąć ku naszej stronie brzegu. Byliśmy jednak spokojni – od drapieżnego (jak twierdzi Pierwszy Zoolog RP, Jarosław Kaczyński) ptactwa oddzielał nas pas zieleni. Uśmiechnąłem się – spokojny o siebie, o kruszynkowatość obok mnie. W prawej dłoni ściskałem uchwyt masywnej torby. Na wszelki wypadek.