CODZIENNE UMIERANIE

 

 

Są takie chwile, gdy się nie śmie badać

Swojej własnej duszy, bo się człowiek lęknie,

Że ani jednej nie znajdzie w niej struny,

Co potrącona jeszcze czysto dźwięknie.

 

Lecz trzeba tylko jednego spojrzenia

Pełnymi wielkiej miłości oczyma,

By w akord związać wszystkie struny dusz…

Potrzeba jednych oczu – lecz ich nie ma!

 

                        KAZIMIERZ ‘PRZERWA’ TETMAJER

 

 

 

Wyszedł wieczorem na spacer po mieście. Uwielbiał przechadzki wąskimi uliczkami w centrum Wrocławia. Fascynowało go światło odbijające się od murów starych budynków, surfujące po falach Odry, delikatne światło ulicznych latarni, o ileż bardziej subtelne od brutalnego i bezwzględnego słońca. Spacerował nocą, bo tylko wtedy miasto wydawało się być jego odbiciem, tylko o tej porze miasto było ponure i smutne zupełnie jak on. W tych przechadzkach odnajdywał coś mistycznego, pewien rodzaj kontemplacji duszy. Zastanawiał go każdy szczegół, wszyscy ludzie, których sylwetki osnute w cieniu wyłaniały się ledwie kilka metrów przed nim. Często w tych chwilach myślał o swoim życiu, często płakał. Minął ratusz, nigdy nie ufał politykom. Nie myślał o tym gdzie idzie, wyboru dokonywał jedynie na skrzyżowaniach, bez celu. Zastanawiał się dlaczego wszystko w jego życiu było tak chaotyczne, niezaplanowane…

 

 

Przypomniała mu się pierwsza miłość, blondynka, o urodzie nieprzeciętnej, sarenka… Ktoś przebiegł… Zdziwił się, że ludzie nie boją się chodzić o tej porze po ulicach, sam też się nie bał, ale to już go nie dziwiło. Tylko wtedy można się bać gdy się ma coś do stracenia, on od dawna się nie bał… Była piękna, była kawałkiem raju, który w jakiś niezwykły sposób znalazł się na ziemskim padole. Czasami myślał, że uciekła Bogu… Zrozumiał, że wszystko umiera. Spojrzał na pożółkłe liście na ulicy, na bezdomnego, już wiedział, że wszystko umiera, nawet miłość. Na spacerach najczęściej myślał o miłości, o tym jak kochał rodziców, brata, o tym jak nie mógł zapłakać gdy umierał dziadek, a płakał na każdym spacerze, gdy tylko pomyślał o pierwszej miłości, myślał o tym, że wszystko umiera, o tym jak mógłby pokochać to miasto i każdą kobietę, której by to nie przeszkadzało.

 

 

Często wydawało mu się, że myślenie o miłości jest żenujące, więc próbował tego nie robić, lecz wstyd był bardziej ulotny od myśli. Kiedyś myślał, że zakochać się można tylko raz, wierzył w dwie szukające się połówki… przeszedł przez Odrę, kolejny raz światło odbijające się w wodzie wydało mu się magiczne… nie mógł się pogodzić z tym, że stracił swój jedyny raz. Był pewny, że ją kochał, był pewny, że właśnie z nią przeżył swój platoniczny pierwszy raz. Miłość nieodwzajemniona ma w sobie coś z gwałtu. Dawniej wierzył, że aby się zakochać potrzeba więcej czasu. Z biegiem lat zauważył, że im bardziej brakowało mu miłości tym częściej i szybciej się zakochiwał. Potrafił się zakochiwać dziesiątki razy każdego dnia i dla każdej z nich zgodziłby się być lepszy, zgodziłby się być ojcem i mężem, za każdą z nich zgodziłby się umrzeć. Niestety ani jedna nie skorzystała z tych niewypowiedzianych propozycji. Doszedł do wyspy na Odrze, uwielbiał to miejsce, bo było ciemne, puste i wyglądało jak czarna plama na tle rozświetlonego miasta. Usiadł na ławce…

 

 

Dostroił psychodeliczne drgania swojego ciała do chorych myśli. Chciałby cofnąć czas i obejrzeć swoje życie jak film, nic nie zmieniając. Miałby niezły ubaw patrząc na swoje potknięcia, wróciłby na tę ławkę i miałby pewność, że dał ludziom wiele radości, zwłaszcza tym, którzy musieli na niego patrzeć. Wierzył, że wszystko jest gdzieś na górze zapisane, że każdy ma coś do zrobienia, każdemu było coś przeznaczone, tylko on jakoś nie pasował do tej układanki. Jednak i to potrafił sobie wytłumaczyć. Każdy system ma wady, dlatego wierzył, że jego miejsce to margines błędu. Zresztą nie tylko pod tym względem wydawało mu się, że jest na marginesie… Przechodziły koło niego dwie kobiety, obie mocno umalowane, w krótkich spódniczkach. Gdy jedna z nich puściła mu oczko i spytała czy jest spłukany zrozumiał, że to dziwki. Pomyślał o seksie z nią. Pomyślał o jej chudych nogach, o jej bladej, zniszczonej twarzy. Pomyślał o tym jak się sprzedaje, o jej codziennym umieraniu i o arsenale chorób wenerycznych. Nie, nie z nią.

 

 

Został sam i zorientował się, że jedna z nich była bardzo podobna do jego pierwszej miłości. Wiedział, że to nie była ona, zresztą każda szczupła blondynka z niebieskimi oczami wydawało mu się być jego pierwszą miłością. Pomyślał dlaczego się sprzedaje, czy dla luksusy, czy żeby przeżyć. Wyobraził sobie jej dzieciństwo, słodka dziewczynka bita przez ojca przy aprobacie pijanej matki, bez szans na wykształcenie, zgwałcona na rodzinnej imprezie przez kolegów ojca. Wiedział, że mimo tego wszystkiego mógłby ją kochać, że właśnie dlatego kochałby ją jeszcze bardziej. Wierzył, że prostytutka może być szczęśliwa, miał tylko nadzieję, że potrafi wybaczać.

 

 

Wstał i poszedł tą samą drogą, którą przyszedł. Myślał o słowach Dawkinsa: „umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy”, myślał o swoim codziennym umieraniu, o codziennym umieraniu jego matki, brata i prostytutki. Przyszło mu na myśl, że życie jest jak Tottenham, świetnie się to ogląda, ale nie ma co liczyć na dobre wyniki. Uwielbiał Tottenham i kochał życie. Był już blisko domu, wtedy spostrzegł w sobie pewną rzecz. Nienawidzi samotności, potrafi się zakochiwać każdego dnia, bo nienawidzi samotności. A nienawiść ma w sobie coś z miłości, jeśli zamkniesz oczy na wszystko poza nią, będziesz miał po co żyć.

 

 

 

QUASIMODO

quasimodo18@wp.pl