Wiosna. Ktoś cały czas mówi mi, że powietrze pachnie wiosną. Za oknem zimno-bury listopad razem z deszczem zacinającym pod dziwnym kątem i tym specyficznym zapachem, niemożliwym do zdefiniowania. I wraz z tym nastrojem,
depresyjno - melancholijnym, kiedy do głowy przychodzą myśli, do których zwalczenia potrzebna jest tabliczka czekolady i butelka nektaru bogów: soku pomarańczowego. A on uparcie twierdzi, że czuje wiosnę i już.
I im dłużej to powtarza, tym częściej wydaje mi się, że i ja zamiast spalin samochodów, czuję ten aromat wykluwającej się przyrody. I zamiast opadłych, powoli brązowiejących liści, zamiast szarotwarzych ludzi w ciężkich ubraniach, gdzieś tam widać zieleń świeżej trawy i świeżość młodych listków na drzewach. Czasami nieśmiało zapachnie pierwiosnkami i kwietniowe słońce przebije się przez chmury. W środku listopada.
I zaraz między tymi jesiennymi myślami przewijają się te zielone, o miękkości kociego futerka. Z czasem jest ich coraz więcej i więcej, stopniowo zagłuszają te biedne, słabe z natury, pesymistyczne, aż w końcu te są zmuszone do szybkiej ewakuacji tylną furtką zabierając ze sobą pierwszy, przybrudzony już śnieg. I znów niepodzielnie panuje wiosna, o której okazuje się, że tylko na chwile zapomniałam.
Wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń… Wiosna, wiosna, wiosna! Przez cały rok, o każdej godzinie. Nawet wtedy, gdy na nosie usiądzie mi płatek śniegu, a palce kostnieją z zimna. Kiedy mroźny wiatr tańczy przede mną swoje szalone tango z wróblami bezwstydnie wdzierając mi się pod płaszcz. To ja i tak idę na bosaka po świeżej, pachnącej trawie, śpiewając kolejną banalną piosenkę o miłości. Taką, której słowa wszyscy znają na pamięć, mimo, że nigdy nie starali się ich nauczyć.
To wcale nie jest tak, że tę wiosnę ktoś mi pokazał. Ja ją zawsze widziałam. Bo ona jest zawsze, wszędzie i we wszystkim. Ja tylko na chwilę zapomniałam o niej. Dlatego dobrze jest mieć przyjaciela, który o niej przypomni, gdy tylko się tego potrzebuje.
PS: Dziękuję.