PULSU  NIE  BYŁO

 

 

 

 „Chciałbyś powiedzieć: Zabiłem smoka, dzięki mnie świat

jest bezpieczniejszym miejscem, ale nie możesz, nie w dzisiejszych czasach.

Zresztą chyba nigdy nie było to możliwe.”

JOHN LE CARRE

 

 

 

 

/Każde pojedyncze słowo mówi w gruncie rzeczy o życiu.../

 

Stałem na przystanku czekając na autobus. Słońce ledwie pobłyskiwało wyłaniając się zza zakrętu, pomarańczowe niebo zdawało się krzyczeć, raz po raz zasłaniając usta bialutkimi jak świeży śnieg kłębami chmur. Silny, jak na tę porę roku wiatr przygnał parę osób. Kilkakrotne tradycyjne „dzień dobry” i jedno nienachalne „cześć” bez odpowiedzi zakłóciły ciszę letniego poranka. Zbudzone psy leniwie podeszły do bram i legły czuwając czy ktoś nie zmruży powieki. W oczekiwaniu na przyjazd autobusu czas płynie niespiesznie, można przyjrzeć się ludziom i dostrzec szczegóły, które umykają podczas codziennej pogoni za przyszłym szczęściem. Wśród ludzi stała kobieta w średnim wieku żywcem przeniesiona z innej epoki. Archaiczny strój i dobiegające co chwilę lapsusy językowe były tylko tłem dla zniszczonych rąk i twarzy. Kobieta była brzydka, miała pomarszczone ręce pokryte szarym osadem i twarz szkaradną, niesymetryczną, z odstającym nosem i pożółkłymi zębami. Wątpliwej jakości dzieło wieńczyły miedziane, przetłuszczone włosy. Obróciłem głowę sprawdzając czy nie nadjeżdża autobus i dojrzałem nadchodzącą dziewczynę. Nie znam jej imienia. Witamy się każdego dnia zdawkowym „cześć” i kilkoma wysilonymi uśmiechami. Krótko mówiąc: jest śliczna, drobniutka, z idealną twarzą i głęboko osadzonymi błękitnymi oczami. Po standardowym powitaniu, pobudzony promieniem zaspanego słońca wykrztusiłem z siebie kilka ponadprogramowych słów:

- Wygląda na to, że będziemy mieli piękny dzień – skłamałem.

Nic nie odpowiedziała, roześmiała się i wskazała na nadjeżdżający autobus, przerywając naprawdę świetnie zapowiadającą się rozmowę.

 

 

 

Cele wędrówek pasażerów są przeróżne i z reguły mało interesujące. Wysiadłem na pierwszym przystanku w mieście, stamtąd było już tylko kilkaset metrów do szpitala. Ludzie w mieście potrzebują o wiele mniej czasu na obudzenie się niż porównywalni na wsi. Na prowincji człowiek może nie obudzić się przez cały dzień, przestępując z nogi na nogę, by podczas chwili równowagi zanurzyć się we śnie. W mieście ludzie są bezpardonowo odzierani z intymnej chwili, jaką jest wybudzanie. Miałem wrażenie, że w mieście wszyscy wstają równocześnie... Przechodziłem ulicę, robotnicy sadzili kwiaty na skrzyżowaniu, starsza kobieta prowadząca wnuczka do przedszkola pokiwała palcem gdy przeszedłem na czerwonym. Zza szarych bloków wyłonił się szpital, architektoniczny cud PRL-u wtopiony w krajobraz smutku stłoczonych mieszkań i anonimowych ludzi. Mekka wszystkich rannych i umierających majestatycznie ukazała swe oblicze. Pierwsi pacjenci zdążyli już wyjść na papierosa, zaciągając się życiodajnym dymem, rozmawiali o kobietach, których nie mieli i wzbudzali zazdrość towarzyszy wspólnego niskokalorycznego śniadanka. Jako bachor zawsze słyszałem zaczepki przechodząc koło tym podobnych grup dyskusyjnych, tego dnia byłem już prawie dwumetrowym nieogolonym facetem, nie było zaczepek, nie było spojrzeń.

 

 

 

Szpital zawsze wzbudzał we mnie podskórne przerażenie, przywoływał wspomnienia z przeszłości...

- Przepraszam, gdzie jest oddział neurochirurgiczny?

- Na czwartym piętrze po prawej stronie, ale odwiedziny są od jedenastej...

- Nie szkodzi, muszę tylko porozmawiać z pielęgniarkami.

Nie była to oczywiście prawda, nie chciałem tylko rozmawiać z siostrami... atmosfera tego miejsca przytłacza... miałem porozmawiać z babcią. Wjechałem na czwarte piętro, po prawej stronie były drzwi z elektronicznym zamkiem i wielki czerwony napis „Oddział neurochirurgiczny”... nie kłamała... pod spodem naklejona od drugiej strony biała kartka oznajmująca, że odwiedziny są od godziny jedenastej... nie kłamała... Zadzwoniłem dzwonkiem trzy razy, z pokoju pielęgniarek wyszła siostrzyczka i rzuciła mi złowrogie spojrzenie. Ociężałym krokiem pokonała kilkanaście metrów i brutalnie otworzyła drzwi patrząc z pogardą na młokosa, który mógłby być jej synem.

- Czego? – rzuciła pretensjonalnie.

- Ja... ja miałem przynieść czyste koszule dla babci...

- Dobra, daj!

Zabrała rzeczy i zamknęła mi drzwi przed nosem, nie zdążyłem nawet zapytać czy mogę chwilę porozmawiać z babcią. Zapewne nie mogłem, odwiedziny były od jedenastej, nic nie napisali o wyjątkach, windy były na lewo...

 

 

 

W szpitalu zawsze miałem trudność by dostrzec życie. Odrapane ściany, puste korytarze i zapach cierpienia, który dusi umierających. W szpitalu ludzie myślą i mówią nie o życiu, przyszłości, marzeniach, ale o chorobach, bólu i śmierci. Kilka godzin spędzonych w sterylnie smutnych salach sprawia, iż człowiek na własnej skórze odczuwa ból pacjentów. Za każdym razem, bez ani jednego wyjątku, pojawiając się w szpitalu czułem autentyczny smutek. Wychodzę... Z każdą sekundą spędzoną po „tej” stronie świat wydaję się być bardziej przyjazny, bardziej przypomina medialną rzeczywistość ludzi gładkich, ślicznych, uśmiechniętych... Kilkanaście metrów do ulicy. Mężczyzna w przesadnie kolorowej koszuli biegnie do autobusu, głośno sapiąc i wykonując groteskowe ruchy rękoma. Zerkam na przyglądającego mu się kilkuletniego chłopca. Chłopiec spogląda na mnie... Ludzie czują gdy ktoś na nich patrzy. Chłopiec uśmiecha się niewinnie. Odchodzę.

 

 

 

Siedem kilometrów. Kilka tysięcy nierównych kroków w drodze do miejsca, które mogło być domem. Ludzie mówią, że dom nie jest tam gdzie mieszkasz, ale tam gdzie cię potrzebują. Kilka kroków mniej, kilka bezpowrotnie straconych słów i myśli. Chłodny wiatr sprawił, iż przez chwilę poczułem się bezdomny. Idąc drogą, przy sprzyjającej pogodzie można się całkowicie zamyślić. Kilka razy, szczególnie gdy szedłem z plecakiem, zatrzymywali się ludzie, proponujący podwózkę, nigdy nie odmawiałem, choć szczerze mówiąc za każdym razem wolałem spacer. Wsiadałem, bo podwiezienie kogoś poczytuję sobie jako przejaw altruizmu, może niesłusznie... Ale nie mam serca by odmawiać. Tym razem nie miałem plecaka...

Często, gdy czuję się na siłach i nie mam dodatkowego balastu, po prostu biegnę. Przypomniał mi się Forrest Gump, uwielbiam jego wrodzoną naiwność i upór. Ktoś kiedyś sypnął, chyba nieopatrznie, być może pod wpływem negatywnych emocji, że Forrest był idiotą. Nic bardziej mylnego. Jeśli inteligencja to zdolność do odnoszenia sukcesów, to Forrest Gump był geniuszem... Mama nie musiała mi powtarzać, że życie jest jak pudełko czekoladek. Od zawsze to wiedziałem. Życie jest jak pudełko czekoladek, najlepsze wyjedli inni...

 

 

 

Po lewej stronie mijam ogródki działkowe, a po prawej nowo powstające osiedle domów jednorodzinnych. Droga zaczyna prowadzić stromo pod górę, na szczycie której znajduję się skrzyżowanie. Skręcam w prawo i polną drogą w dół zmierzam prosto do... zmierzam prosto w dół. Najgorsze są niespodziewane spotkania w złym miejscu i o złej porze. Ostatnie kilkanaście sekund spokoju, kilkadziesiąt metrów, kilka, a może jedna nieuchwytna już myśl... Pamiętam dokładnie... spojrzałem na zegarek... 9.47... zwykła godzina, czas się nie zatrzymał, nie widziałem aniołów i krążących gwiazd, chmury nie zbiegły się w napis JPII, ani nawet AMEN. Nie było tunelu, bo nie mogło być, ani postaci w bieli, Czarna z kosą też się nie pofatygowała... Spojrzałem przed siebie, wyryty na polnej drodze ślad po hamowaniu samochodu urywał się, oznaczony kroplami brunatnej krwi. Podbiegłem... ślad miał kilkanaście metrów, może był krótszy... nie pamiętam... Po prawej stronie na poboczu leżała dziewczyna, silnie krwawiąca... Kilka zbędnych słów, bez odpowiedzi... Oddech... nie ma... puls... nie ma. Zderzenie.

 

 

Paraliżujący strach... Dwa wdechy życia... oddech... nie ma...puls...nie ma. Piętnaście uciśnięć... mówią pięć, mówią trzydzieści... niech będzie piętnaście cholernych uciśnięć... Zdarłem z niej strój... bezwstydnie. Dwa palce poniżej linii sutków... Składam ręce...

...raz... za mocno... połamię jej żebra.

...dwa... za lekko... umrze

...trzy...

............

............

...piętnaście... chyba...

Dwa wdechy... oddech... nie ma... puls... nie ma...

 

 

Zestawy słuchawkowe w telefonach komórkowych nigdy się nie przydają... Ale gdy rękoma uciskasz stygnące ciało człowieka, nie możesz pozwolić sobie na błyskotliwą rozmowę z pogotowiem ratunkowym... 9...9... kurwa... 999. Kolejna seria, upływa czas... Chciałem by otworzyła oczy, by krzyknęła z bólu, by zaśmiała się szyderczo, tak jak rankiem na przystanku... Powinienem napisać kilka słów o umieraniu...

 

 

Kiedyś chciałem zabić... Pomyślcie o ofierze, o jego pracy, rodzinie. Pomyślcie o jego bitej żonie i smutnych dzieciach. O jego marzeniach, planach i brudnych butach. Pomyślcie o tym jak prasuje koszule i kładzie się do łóżka. Pomyślcie o tym jak kłamie i płacze przed snem. O ludziach, których skrzywdził, zranił... Jak można? Dlaczego? Po co?

 

 

Przyjechali... dwóch sanitariuszy i lekarka... spytała czy wykonałem resuscytację... próbowałem... Zmieniła mnie... dwa wdechy... ucisk...

Wkładając ją do karetki, powiedziała... chyba... elektrowstrząsy... 120... chyba... spytała o puls... sanitariusz nie skłamał...

...nie było.

 

 

Zadzwoniłem do jej matki, powiedziałem o wypadku... że wyjdzie z tego... i żeby jechała do szpitala. Pobiegłem...

Poranek to zła pora by odchodzić... czy w ogóle jest coś takiego jak dobra pora na umieranie?

 

Gdy wbiegłem do szpitala... Jej matka, już tam była... zrozpaczona i krzycząca...

Poszedłem na czwarte piętro... w prawo.

Pokój 414...

- Cześć Babciu, jak tam zdrówko?

- Grzesiu dlaczego płaczesz?

 

/By każde pojedyncze słowo miało znaczenie/

 

 

 

 

 

PS: Tekst powstał na podstawie prawdziwego wytworu mojej wyobraźni… na szczęście.

 

 

 

QUASIMODO

quasimodo18@wp.pl

 

PLAYLISTA:

The Kronos Quartet - When Our Wings Are Cut, Can We Still Fly

Gustavo Santaolalla - Can Things Be Better?

Gustavo Santaolalla  - Did This Really Happen?

Coma - Pasażer