|
Ośmiobitowa dama Najgorsze są takie ulewy, kiedy człowiek przemierza ciemność mając na sobie jedynie beznadziejnie cienką koszulę, kiedy się nieapetycznie moczy skóra (bo człowiek wtedy nie ma na nic ochoty), gdy się w deszczu obrzydliwie włosy rozpływają i jeszcze jak ten deszcz dostanie się do butów. Jednak w chwili, gdy na nocnych kałużach pojawiają się pomarańczowe zygzaki latarni, można powiedzieć, że jest lepiej. I nawet jeśli leje coraz mocniej, jeśli krople deszczu bombardują oczy celniej, to i tak człowiek zaczyna się cieszyć z tego, że z każdym krokiem jest bliżej swojego łóżka, że będzie mógł w końcu naładować telefon i że nareszcie zje normalną kolację. Gdy już syn marnotrawny zapuka do drzwi, wtedy otworzy mu miłosierna Samarytanka, która zamieni kamień w chleb. A potem Samarytanka zamknie za nim morze deszczu i uciszy to morze. Ten zmoknięty Hiob będzie miał wszystkiego po dziesięciokroć więcej, będzie mu stokrotnie cieplej, będzie w stanie zjeść więcej bułek z miodem niż normalny człowiek- wstąpi w niego moc, która umożliwi mu przenoszenie gór, a przynajmniej pomoże wypić trzy kubki ciepłego mleka. A uderzenia wiatru zostaną zagłuszone uderzeniami serca i człowiek nie będzie wspominał już rzeczy dawnych. Potem zaśnie, albowiem zda sobie sprawę, że mało ma czasu. I nastanie ranek- dzień drugi.
Zjedliśmy śniadanie. Ala wyszła z mieszkania pierwsza- ja z Darkiem gdzieś po dwunastej. Dziwne, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami odczuwałem satysfakcję z zamykania drzwi wejściowych - przy każdym opuszczeniu domu podświadomie żegnałem się ze swoim dzieciństwem, z podstawówką, gimnazjum, z liceum. Kiedy zamykam TE drzwi, odczuwałem stonowany niepokój, bo żegnałem się ze współlokatorami, z przyjaciółmi, z codziennością i z samym sobą, bo przekręcając klucz, dużo tu zostawiam. Opuszczając "rodzinny" dom chyba przestałem być jednosylabowo napiętnowanym Żydem, bo zacząłem żyć z ludźmi, którzy potrafią ignorować różnice...
Rektalna nie miała zwyczaju stać w kolejce. Tej kobiety nigdy nie mógł zdenerwować fakt, że ktoś, kto stoi przed nią rozpoczął właśnie finansową rozpustę, że ten ktoś wykupuje cały asortyment ze sklepu, gdy ona sama chce kupić tylko jeden produkt. Przez jej mózg nigdy nie przepływały fale niepewności, które nakazują człowiekowi co kilka sekund spoglądać na zegarek. Nigdy nawet nie miała sposobności, by stojąc w kolejce głęboko wzdychać, nerwowo się rozglądać, sprawdzać po kilka razy czy nie otrzymała SMSa. Owszem, czasami pociły się jej ręce, niekiedy nawet traciła panowanie nad sobą i przeklinała ekspedientkę... jednak w kolejce nie stała. W kolejce nie tkwiła, bo (co tu dużo mówić- sprytna z niej kobieta) przychodziła wcześniej. Opatulona w śmierdzącą rzygowinami chustę czekała każdego ranka na swojego nowego Harrego Pottera, czekała na premierę filmu, który daje oświecenie, na nowe nagrania Beethovena, Mozarta, na nowy kompakt Elvisa, na nowe teksty Osieckiej. Wrota osiedlowej Biblioteki Aleksandryjskiej otwierały się kilka minut po szóstej. Później Rektalna wychodziła ze sklepu i już w drodze do domu otwierała pierwszą butelkę. Ona tak trochę sama w sobie jest kolejką.
I
także wtedy, kiedy Ala powiedziała mi, jak ta pijaczka ma na nazwisko,
na mojej
twarzy pojawił się głupi uśmieszek. Ten głupi uśmieszek po
kilku sekundach przerodził się w niekontrolowany rechot. Mogę więc
przypuszczać, że wtedy gdy ta kobieta chciała się przedstawić, to
za każdym razem rozmówca pytał się z niedowierzaniem
"JAK?" a potem, gdy już się upewnił, wybuchał perlistym śmiechem.
Potem zapewne ocierając z policzków łzy, próbował powstrzymać ten
głupawy uśmiech. Głupawy uśmiech był zapewne zawsze na końcu. Był
zwieńczeniem okrutnego, aczkolwiek nieświadomie odprawianego rytuału.
Nie dość, że Rektalna była zawsze tym kozłem, którego wypuszczano
na pustkowie, to jeszcze była tym kozłem, który każdego ranka
odwiedzał spożywczy, tym kozłem, co nadgryza pędy ludzkiej kreatywności,
żeby mieć prawo zarzygać sobie dywan. Na miejscu tej
kobiety wymazałbym ten syf z dywanu, wyprałbym wszystkie ciuchy,
zadzwonił do znajomych- utorowałbym sobie drogę, zmieniając swoje
nazwisko. Dziś wieczorem Rektalna złamała wszystkie prawa. Przyszła do sklepu... przypełzła do sklepu o takiej godzinie, w której kolejki są naprawdę długie. Cóż, jej płowe włosy wydłużały się z każdą sekundą, czerwona reklamówka z MediaMarkt zaczynała płonąć, ciągnąć się swoim plastikowym odorem i w końcu, w postaci mokrej plamy, lądowała na sklepowej ladzie. Rektalna oznajmiła wtedy, że torbę trzeba napełnić boskim nektarem- na co sprzedawczyni odpowiedziała, że boskiego nektaru nie sprzedaje się osobom nietrzeźwym. Tak jak uderzeniem butelki szampana można ochrzcić okręt, tak cichym brzdęknięciem butelki z aromatyzowaną wódką Rektalna zmieniła swoje imię. Przemianowała się- stała się mocarzem, stała się Hektorem!!! WIĘCEJ- Rektalna stała się Hektorem, a sprzedawczyni zmieniła się w Patroklosa. Podbiegłem szybko, aby pomóc atakowanej ekspedientce. Gdy odciągałem pijaczkę, wybełkotała coś, co zapewne miałem zrozumieć jako "kobiet się nie bije". Oczywiście nie miałem zamiaru stać się w tej chwili Achillesem, nie miałem zamiaru wyładować swojej złości na Rektalnej- wyszedłem jednak z tego sklepu, wyszedłem znowu w spienioną ciemność, znowu w ohydnie śliski deszcz. I chociaż już zdążyłem się zestarzeć, to nie byłem w stanie odpowiedzieć sobie, dla kogo ten boski nektar jest, po jaką cholerę w ogóle istnieje i dlaczego zawsze wieczorem stoję w kolejce, żeby go kupić. I takie dopytywanie samego siebie o istnienie byłoby nawet fascynujące, gdyby nie świadomość, że ktoś jest w tym od ciebie lepszy, że ten ktoś znajduje sens codziennie, w kółko, bez przerwy.
|