DEGRENGOLADA - Vol. 3:

WIEŚ UROJENIA

 

Tu jest wszystko urojone, w jasną cholerę, w dupę w troki i w ogóle jazz. Tu jest pejzaż horyzontalny.

Pejzaż horyzontalny
Horyzont różny, niebanalny
Człowiek jak stwórca - nieobliczalny...


Aaach. W tym momencie wypadałoby się zaciągnąć fajką, pyknąć raz, drugi i nonszalancko pierdyknąć historię. Tuuuu jeeeest urojonaaaaa wieeeeeeeeś...

[rozmarzyłam się, żesz to, przypomniała mi się ostatnia włóczęga... nigdy nie będzie takiego lata, psia mać]

W urojonej wsi wstaje się od rana i jedzie do sklepu kupić bułki, gazetę, pasztet i inne niezbędne do życia pierdy. Gorzej, kiedy brakuje wafelków cytrynowych - wtedy trzeba się dalej ekspediować, bo wafelki towar pierwszej potrzeby. Na rozklekotanym składaku jedzie się przez ulice wykładane betonowymi płytami. Oł je (dddduddduddduddu). A jak się przypomni jeszcze, że człowiek nie kaktus, pić musi (to po drodze) i zachce się takiej na przykład mnie Heinekena schłodzonego w butelce 0,5 litra i ani trochę więcej? No to wtedy się szuka. Jedzie się od sklepu do sklepu, bo tu mają, ale tylko w butelce 650 ml, gdzie indziej w ogóle o takim napoju nie słyszeli, tam znów tylko w 300 ml, a ja jestem konsumentką wybredną poza zjazdami, ja chcę Heinekena półlitrowego, ja żądam, CZY JA ICH KURWA JAKOŚ NIESŁYSZALNIE PROSZĘ PRZY KAŻDEJ JEBANEJ WIZYCIE W SPOŻYWCZAKU

W międzyczasie więc zdąży się całą wieś objechać z peryferiami włącznie i znaleźć około czterech sklepów, potem poddać się i pierdolić spartański kodeks wojownika, wrócić bez tarczy, ale za to w jednym kawałku. Akt rezygnacji, kupuję te większą butelkę, chociaż na aż tyle ochoty nie mam.

Siadam i otwieram. Heineken Lager Beer - kurna, co to jest? Piwo z łagrów?

[mniaaaaaam]

Urojone piwo w nicość się rozpływo. A wieś urojona jak była, tak jest. Tutaj sobie można chodzić po jakichś chodnikach, bo one lepsze niż w większym mieście obok, tutaj sobie można środkiem ulicy Armii Krajowej (dawniej: Armii Czerwonej) paradować, a tam wzruszenia co krok i łzy rzewne spod monopolowego. No ale przecież przejechałam całą wieś na rowerze, przeczesałam teren nowo powstałego osiedla dla nowobogackich i nie znalazłam sklepu, który raz w zżyciu tam widziałam! To pasjonujące, napiszę o tym art do AMaga!

Dobra, dosyć tego niewyszukanego nabijania się z Uniona, bo mu jeszcze ego urośnie. ;)

Czy kiedykolwiek widzieliście huynję? Ach, nie o huynję pytam, lecz o Huynji Esencję, wy rozumiecie, panimajet, czym jest Esencja, ach, byt eteryczny ulatnia się z butelek "Mocarnego Knura" za 4,50 - to jest Esencja, to jest nastrój, to jest taste of a countryside! Ach. Piach.

Ale kiedy przejeżdżam przez Piotrkowską, tę zdupną drogę wojewódzką numer 716, co prosto do Piotrkowa lub do Koluszek biegnie, to czuję coś, ach ach. I jak nam się latarnie zapalą wieczorem, jak wszystko się tak chyli ku temu końcowi i schylić się nie może, albo jak rano słońce wstaje, złocą się gnojówki... Jasne, tam jest klimat. Ale mój, szczególny, subiektywny. Obiektywnie każda wieś jest taka sama. Obiektywnie, głupie słowo, ale mimo wszystko. Takie słoneczne dni na przykład, wszystko tym słońcem pokropione i jakoś leci się przez te uliczki i można mieć w dupie wszystko i wszystkich i śpiewać "Dream a Little Dream Of Me" i przechodniów obok wkurzać. Wille na nowym osiedlu, przepych jak jasna cholera, ale milutko tam. Stare osiedle to już kosmopolici są, ja tam samochody z Danii i Szwecji widziałem, a ostatnio i z Deutschlandu.

Można, cholera, obejrzeć zachód słońca, chociaż ostatnio porządniejsze się nie zdarzają, wydurniać się na asfaltowej drodze, po której coś jedzie raz na 20 minut i podrygiwać se do Pachelbela (Kanon w D-dur, czyli hicior, co wszyscy znają). Dopóki się nie wyłoni dresik ze swoim lachonem zza drzewa, bo akurat tam, na tym zadupiu mieszka czy coś. I durnie się robi, wtedy muszę przestać na chwilę, taka stłumiona jestem. A potem dziadzio Gilmour cośtam wyśpiewuje i Shane McGowan idzie się uchlać na partyjce whiskey-brydża. Potem se poderwie jakąś dziwkę, rano znajdą jej zwłoki i powiedzą mu że nazywała się Sally MacLennane.

Ale tu jest spokojnie i niewymuszająco. Huynja w takich warunkach też przychodzi do człowieka, jasne. Ale są ogrodzenia metalowe, są jakieś żywopłoty, bramy porośnięte jakimś zielskiem, taki nastrój trochę jak z tych baśniowych filmów hamerykańskich dla całej rodziny. Ale to czasami. Zwykle to się idzie i marudzi, że łomatko, wszystko już tu widziałam, wszystko już tu znam na pamięć, wiem gdzie kto mieszka, mogę opowiedzieć w których domach w okolicy zostałam już wyklęta. ;)

We walked into the station in the rain
We kissed him as we put him on the train


Pociąg to sobie jedzie i wraca, a do wsi urojonej zawsze tak samo, kawałek do domu i sklep po drodze. I zawsze na jakieś badziewo się spłukam, okoliczne piwożłopy, czyli Towarzystwo Przyjaciół Lasu już sobie używają. Poranek, okolice skrzyżowania trzech miejscowości. Włazi dzisiejszy Sekretarz Stowarzyszenia i bierze "Pałacową" dla wszystkich. Ekspedientka: "o, dzień dobry, panie Edziu! Co, śniadanko?". A Pan Edziu na to: "tak, tylko byśmy kryształy poprosili". Kryształy, to ja wam powiem, kryptonim taki. Z kubków plastikowych żłopią, bo kultura, wódy z gwinta nikt trąbić nie będzie. O kubkach napisać by można dużo, ale mi się nie chce.

Zimą Urojenie osiąga stan apogeum, orchideicznej ekstazy blablablablabla ciotka Zielińska Madagaskar. Przytulnie tak, sniegowo, szarnoburobylejako, ale ja lubię tą bylejakość, na pewno lepszą od miejskiej. Zimą mógłby tu mieszkać Norman Davies, siedziałby se w jednym z tych domków przy głównej ulicy, najlepiej tam, gdzie stolarza żona-nimfomanka rezyduje, przecież historyk też człowiek. Tego stolarza i tak już dawno nie ma, pojechał w pizdu i obiecał że wróci. Pewnie w najbardziej nieodpowiednim momencie, no i będziemy mieli pierwsze we wsi homicide. Co prawda ta wioska to nie Miasto Boga, nikt tu łopatą czy kijem nikogo nie ukatrupi na miejscu, ale takie historie się dobrze w filmach sprzedają.

Najnowszy numer "Tygodnia w Koluszkach", dziennika jeszcze bardziej lokalnego niż ten Ekspressowy. Pasjonujące, plan XII sesji Rady Miejskiej. Wish you were here. :) Kronika Kryminalna najlepsza - 16 września z terenów PKP skradziono 170 metrów bieżących kabla. Po co kradną? Ano, na podsłuchy dla IV RP. :) Remont jest na trasie Warszawa-Łódź, wszędzie drezyny i rozpierdziel, u nas na przykład rozwalili przejazd kolejowy i puścili tranzyt objazdem. I bądź tu mądra, przechadzaj się teraz po tej drugiej ulicy, bez pobocza, kiedy tyle luda tamtędy wali... brrr. Eee, znaczy, co ja gadam... Ach! Ach, niebezpieczeństwo, jakie to niesamowite! Carpe dentum, jak będziesz wstawać z jezdni.

Dożynki mieliśmy. Olejniczak przyjechał. Bo on taki ludowiec. :)

Ogłoszenia drobne. ENERGICZNĄ osobę do pizzerii zatrudnię. BADANIA PSYCHOLOGICZNE kierowców i operatorów maszyn. MŁODE małżeństwo pilnie wynajmie mieszkanie w blokach lub dom.

Ci ostatni to zapewne bardzo pilnie, bo oni mogą tylko wtedy, jak ktoś patrzy. :)) Zelenka się kłania. :)

[a Kononowicz startuje w wyborach! musiałam to napisać ;)]

Tu jest urojona wieś, wieś wzięta z niewiadomoczyjej wyobraźni, wyssana, wysrana i wytarta i tyle jej, co dobrego pasztetu drobiowego o 21:30, kiedy wszystkie sklepy zamknięte. A nie ma nic lepszego niż kanapka z pasztetem i piwo, zwłaszcza jak w domu gorąco się robi. Tak czy siak ja to miejsce kocham w pewien sposób. I chociaż moja dupa tu nie świeci pełnym blaskiem, to podobnie nie świeci nim we Wrocku, Poznaniu, Wawie, Rzeszowie, Lublinie, Kielcach, Toruniu czy nawet Gdańsku. o Łodzi nie wspomnę z litości. Srać to, ja tu lubię być, chodzić, zaciągać się nieistniejącym papierosem, tak jakbym zaciągała się klimatem, który już dawno się zużył i mi obrzydł. Bo palenie z przyzwyczajenia tez jest niezłe.

Małe to jest czasem duże w odpowiednim świetle, po ciemku robi się ogromne, a w ultrafiolecie wygląda gejowo.

I zrzucam z siebie jakieś balasty, które dopiero teraz sama mogę na siebie nałożyć, ale już z dystansem. Normalniej. Z dupy ten tryptyk, z dupy miał być, odkrywczego w nim nic - i dobrze. Jakby się dwa prądy jakieś ze sobą łączyły i na przekątnej dopiero mogło powstać coś w miarę normalnego, ale totalnie innego. Jak EP-ka nagrana wspólnie przez Sigur Ros i Mogwai. Nie brzmi ani jak jedno, ani jak drugie, a klimat ma niezły i słucha się dobrze. Gdzieś to się wszystko spotyka. To koniec tryptyku, ale nie koniec w ogóle. To się będzie krystalizować gdzieś pomiędzy wierszami, na skrzyżowaniu słów niewypowiedzianych pewnie. Dobrze dopuścić czasem do głosu swoją Animę (lub Animusa). ;)

Bo są historie które muszą blablablabla srutututututututu.

 


ObywatELLE