Słońce wzeszło tego dnia, jakby od niechcenia. Właściwie nie wiadomo nawet, czy tak się rzeczywiście stało. Nikt tego nie był pewien, bo nikt go wtedy nie widział. Ciężkie chmury zahaczały o dachy wieżowców, a mali, szarzy, zagubieni przechodnie mieli wrażenie, że są tak nisko, że prawie opierają się na czubkach ich czapek. Mieli wrażenie, że para wylatująca z ich ust jest tylko częścią chmur, że z każdym oddechem pogrążają się w nich coraz bardziej i bardziej. Wielu z nich odruchowo wyciągało ręce, jak ślepcy szukający oparcia, w świecie, który nie jest dla nich do końca zrozumiały. I wtedy, gdy już tracili nadzieję, że chmury podniosą się i zobaczą choć odrobinę czystego błękitu, widzieli w oddali czerwoną czapkę. Migała gdzieś na horyzoncie, gdzieś na granicy widzenia. Ale rzeczywiście tam była.
Mały czerwony punkcik okazywał się zwieńczeniem uśmiechu. Nie było widać poza jego kolorem i właśnie tym uśmiechem. Te dwie rzeczy przyćmiewały wszystko inne. Było w nich coś niesamowitego, coś co roztaczało wokół światło i ciepło. Nikt się nie zastanawiał nad tym, co robi, ale wszyscy podążali w ich kierunku, niczym ćmy, a im byli bliżej, tym bardziej czuli jego moc. Uśmiech rozprzestrzeniał się wielką, potężną falą, nie omijając nikogo. Ani tej pani z ciężką, foliową reklamówką i ciemnobrązowych butach, ani dziewczyny w trampkach i skarpetkach w paski. Ten pan w śmiesznym, szarym meloniku też poczuł jak jego usta rozciągają się w prawie zapomnianym grymasie. Fala potężniała, rozchodziła się niczym kręgi na wodzie po wrzuceniu kamyka. Aż w końcu dotarła tam, gdzie nie było widać czerwonej czapki. Tam już nikt nie wiedział co jest źródłem tego cudownego zjawiska. Ale czasem nieważne jest, skąd biorą się pewne rzeczy. Ważne że są. Dlatego nawet ci, którzy byli daleko, uśmiechali się.
Zielone oczy wesoło rozejrzały się wokół. W mlecznej mgle ich właścicielka nie widziała niczego, poza wieloma uśmiechami. Obcymi. Ludzi, których nigdy wcześniej nie widziała. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Właściwie nie wiedziała dlaczego to robi, tak po prostu. To wypływało z niej, z samego środka. Z tej nieokreślonej sfery, której nigdy nie poznamy. Ale nie wszystko przecież trzeba zbadać i opisać. Dlatego po prostu uśmiechała się. Spojrzała na zegarek. Już późno, trzeba iść. Ostatni raz ogarnęła ulicę wzrokiem, poprawiła czerwoną czapkę i zniknęła we mgle. Ale jej uśmiech pozostał.
PS: Dzieki Słoneczko! xD