Życie z wąsem



 Niejedna kobieta powie Wam, że życie z wąsem nie jest łatwe. Jego pielęgnacja wymaga wielu wyrzeczeń i jest czasochłonna. Nie pozwala na korzystanie z wielu współczesnych wygód. Nie daje szans na niewyróżnianie się w tłumie. Przeszkadza w odpoczynku, denerwuje i zaniedbana nie daje spać. Wąs to nic dobrego; nie ułatwia życia. Ma swój specyficzny urok, ale nie stąd biorą się jego wierni hodowcy, o nie... Da się po prostu wyróżnić taki typ ludzi, którzy bez wąsa tracą sens życia. Nie tylko kobiety, ale i mężczyźni, chociaż oni mają dodatkowo ten wąs fizyczny...

 Wąs, o którym piszę, jest niefizyczny. To ten przydługi zawijas przy podpisie, czerwone adidasy do zwykłego stroju, to ciapki z farby na nosie - tak wąs przejawia się w codziennym życiu. Mój wąs to po prostu wena twórcza, to zakręcenie psychiki, które każe robić te wszystkie niepożyteczne, niewygodne i tak strasznie przyjemne rzeczy. To on sprawia, że jedni zostają wspaniałymi kucharzami, inni piszą do szuflady wstydliwie szczere wiersze, jeszcze inni zadowalają się kanapką ze smalcem, żeby móc sobie pozwolić na ten piękny czerwony lakier do Syrenki. On nie pozwala spać, kiedy wraca się padniętym z pracy, on przyprawia o ból głowy, kiedy się wyjmie farby i rozłoży karton, on bombarduje mózg motywem przewodnim ulubionej piosenki. Jest paskudny, denerwujący i niewygodny. Pochłania ciężko zarobione pieniądze, skutkuje przeciążeniem ciała, umysłu albo jednego i drugiego na raz, każe odrzucać wszystkie te świetne partie do ożenku. Nienawidzą go rodzice, dziadkowie i ciotki.

 Nie mogę żyć bez tego wąsa. Mimo, że wpędza w depresję w pozornie najszczęśliwszych chwilach, że odciąga od ważnych zajęć, nie chcę się go pozbyć. Potrafiłabym, jak każdy, ale wiem, że byłaby to zdrada samej siebie. Bez tych huśtawek nastrojów nie da się w pełni żyć. Bez depresji nie odczuwam euforii - na tej samej zasadzie, według której najlepiej śpi się temu, kto naprawdę się zmęczył. Jak to wygląda w praktyce? Dwa semestry studiów, starania, żeby zdać bez poprawki, a potem bez żadnej przerwy całe lato pracy. Codzienne pobudki i wyjścia tuż przed szóstą, sama praca i popołudniowy powrót do domu... I zamiast odsypiania, pędzel i farby. I zamiast leżenia przed telewizorem, biblioteka i Marquez do czytania wieczorem. I w tramwajach, w których spędzam ponad godzinę dziennie. Zasypianie późno, wstawanie ze świtem i tak w kółko... W niedziele samo malowanie i czytanie...

 Zawroty głowy niespecjalnie mi przeszkadzają. Czasem przecież można zrezygnować z szaleństw... Ale ja szaleję. Robię to stale i kiepsko znoszę przerwy. Nie można zostawiać wąsa samemu sobie, trzeba go pielęgnować... Kochany i podlewany, rośnie i wypuszcza małe wąsiki. I czasami kwitnie... Tego nie sposób przeoczyć - gotowego CZEGOŚ, co się wyróżnia, co ma wartość, co chce się pokazywać innym. Nie dla tworzenia pielęgnuje ten wąsik, ale... To cud, ile dzięki niemu można zyskać, ile daje satysfakcji, jak uzależnia... Wąsik trzeba kochać. Trzeba z niego korzystać, zaszczepiać go innym, trzeba się nim chwalić. To jedyne, co pozwala pokazać siebie bez tej otoczki przyzwyczajeń i wyglądu zewnętrznego. To to specyficzne wykolejenie, po którym jeden wąsacz pozna drugiego.

 A jak poznać wąsacza? To będzie ten dziwoląg, który o 6:00 rano w autobusie pełnym ziewających ludzi pracy wyjmie grubaśną książkę i zacznie ją czytać. W kolejce do dentysty zauważycie plamy farby na opuszkach jego palców. To będzie ten wariat słuchający całej Nocy Muzycznych Pejzaży, ten stary dziadek z osiedla, który od lat klei z zapałek okręt Kolumba, ten sąsiad studencik, który biegnie z pracy do żony i nigdy nie pamięta, żeby zgasić światło na klatce... Oni przecież są wszędzie. Prowadzą audycje radiowe, malują, projektują stroje, reżyserują filmy, skaczą z mostów i pod pociągi. Robią cały ten szum i bałagan, którego nie tolerują zwykli obywatele. Są tak potrzebni jak zakładka w książce i kursor na ekranie. Gdyby tak z ciekawości policzyć spotkanych wąsaczy... Pewnie byłoby ich wielu. Bezsensowne dane, bo niestatystyczne - nie może przecież być dwojga takich samych wąsaczy... Ale mnie zawsze pocieszała myśl, że nawet kiedy nie widzę wokół siebie nikogo takiego, to przeciez są i tacy, których wąsactwa nie umiałabym rozszyfrować. I ktoś taki może stać obok. Może nawet odczuwać satysfakcję, że wszyscy uważają, że jest normalny, podczas gdy on planuje zrobić z nich psychopatycznych bohaterów kolejnego opowiadania na bloga.

 O wąsactwie można powiedziec jedno: daje nadzieję. I rozwesela... Dbajmy o wąsy i niech rosną jak najdłuższe. Niech nas zdziwaczą do końca. Nudno by było, gdyby wszyscy obywatele nosili się na gładko.



Wedelek

wedel25@o2.pl