Chyba po raz pierwszy w życiu byłem nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem historycznego wydarzenia. 25 lipca 2007 roku byłem na warszawskim Służewcu, na koncercie The Rolling Stones.
Jak zapewne wszystkim wam wiadomo, koncert odbył się mimo trwającej w kraju żałoby narodowej, co wywołało spore kontrowersje. Na dzień przed występem w "Faktach" pojawił się materiał Tomasza Sianeckiego, który - uprzejmie, ale jednak - zbeształ fanów The Rolling Stones, natomiast na serwisie tvn24.pl pewien młody dziennikarz napisał na blogu płomienną tyradę przeciwko im. W końcu rzecznik rządu, Jan Dziedziczak, wystąpił przeciwko Stonesom (a wiadomo - głos rzecznika głosem Boga), a Cartias nie zgodził się przyjąć okrągłej sumy od zespołu na rzecz rodzin ofiar wypadku, nazywając ją "brudnymi pieniędzmi" (dotację przyjęła ostatecznie Fundacja Polsat, która niezależnie zbierała pieniądze na ten sam cel).
Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, że ten sam TVN w dniu wypadku wyemitował beztrosko, w najlepszym czasie antenowym komedię "Marsjanie atakują", a potem "Detektywa Monka" i dziesiątki innych, niepoważnych programów, czy też nad tym, że premier Kaczyński użył ciał martwych pielgrzymów by zasłonić się przed dziennikarzami pytającymi o los koalicji ("nic nie powiem z powodu żałoby"). To byłoby wygodne, ale taka argumentacja trąci nieco "a u was biją Murzynów!". Przywołałem te dwa przykłady nie po to by oczernić przeciwników, ale po to aby pokazać, jak wygląda polska żałoba narodowa.
Jej tradycja istniała w narodzie polskim od zawsze, ale dopiero w 1980 roku stała się instytucją prawną. Wcześniej żałoba była ogłaszana przez Kościół katolicki albo wprowadzano ją spontanicznie, gdy społeczeństwo swoją zbiorową świadomością autentycznie uznało, że jest zasmucone, tak jak było w przypadku śmierci Józefa Piłsudskiego. Żałoba nie trwała wówczas przez ustalony z góry okres czasu. Teraz wprowadza ją prezydent i ustala jak długo będzie obchodzona.
Dystansuję się od osób, które mawiają "codziennie na świecie ginie tysiąc osób, w tym kilkanaście na polskich drogach, dlaczego wtedy nie ogłasza się żałoby?" albo "gdy mój krewny zginął w wypadku nikt nie ogłaszał żałoby". W teorii żałobę narodową wprowadza się po nagłej, tragicznej śmierci większej grupy ludzi, co ma skłonić żyjących do refleksji nad swoim życiem w kontekście do tragedii. Niestety, "w teorii".
Żałobę narodową ogromna większość Polaków obchodzi podobnie jak święta państwowe i kościelne, po sarmacku: ceremonialnie, widowiskowo, ale mało emocjonalnie, refleksyjnie i przede wszystkim szczerze. Jeśli żałoba, to flaga opuszczona do połowy masztu albo z czarną wstęgą, wirtualne znicze zapalane na stronach internetowych, czarny garnitur plus biała koszula plus czarny krawat (dla dziennikarzy telewizyjnych), logo w szarości. Ale ilu polityków w czasie trwania żałoby zastanowiło się nad słowami Jana Pawła II, które wypowiedział w Sejmie? I ilu kierowców, którzy przywiązywali do anten samochodów czarne wstęgi, pomyślało, że nie warto wsiadać za kółko po "jednym piwie" albo cisnąć pedał gazu by być u celu dwadzieścia minut wcześniej?
Ci żałobni Tartuffe'owie wymagają hipokryzji równej sobie od innych. Nie chcieli przyznać, że rozpoczęcie koncertu po północy byłoby fałszem; nie chcieli słyszeć, że to będzie koncert inny niż wszystkie, zadedykowany ofiarom, które zostaną potraktowane z szacunkiem. Oni wolą mówić o "hienach, które tańczą na grobach i śmieją się rodzinom zmarłych w twarz". By zadać temu kłam napiszę krótko o koncercie.
Atmosfera przed i w trakcie występu kapeli była kapitalna, nic zresztą dziwnego skoro na Służewcu zebrały się trzy pokolenia fanów The Rolling Stones. I choć nie obowiązywała prohibicja (ba, nawet Carlsberg miał swoje namioty na płycie), a niektórzy siedzieli bądź leżeli na przyniesionych karimatach, wszyscy stanęli na baczność gdy ktoś z obsługi na godzinę przed show Stonesów łamiącym się nieco głosem poprosił o minutę ciszy. By uwiarygodnić tę relację zacytuję pewnego anglojęzycznego fana (warto nadmienić, że w Wielkiej Brytanii żałobę ogłasza się tylko po śmierci monarchy): The crowd went absolute silent. If a needle was dropped you would have heard it. No cellphones. No noise. Thanks to a great crowd who made this moment of respect at a time when entertainment was on the bill. Nie przypuszczałem, że na obszarze, na którym zebrało się około kilkadziesiąt tysięcy ludzi, teoretycznie możliwe jest utrzymanie TAKIEJ ciszy. Nie spodziewałem się tego, zwłaszcza mając w pamięci minutę ciszy pamięci ofiar tsunami na Sri Lance, w Krakowie na Sylwestra 2005/06, którą zakłócił większy tłum podpitych chamów. Albo dupka, który w czasie odgrywania hymnu narodowoego miał ręce w kieszeni. Ktoś może mnie powiedzieć, że to niemożliwe by wszyscy ludzie na koncercie zachowywali się nieskazitelnie: oczywiście, ale błazenada nie wzbudzała poklasku, wręcz przeciwnie. Ponadto, z set listy wyrzucono "Sympathy For The Devil" - powody oczywiste (w zamian chłopaki zagrali "Paint It Black", i było to jedno z najlepszych wykonań jakie słyszałem).
W dzień po koncercie obejrzałem w Internecie wypowiedź fana, który przed występem czekał z nami przy bramkach. Niejaki Romuald, fan The Rolling Stones od 1965 roku, czyli od swojej studniówki, na której usłyszał "It's All Over Now": Będę pamiętał o ofiarach, o tych ludziach, o tej żałobie, o tym smutku. I będę słuchał. Ale, jak powiedziałem, w skupieniu, w powadze należytej. Tak to będzie.
Jeżeli wszyscy jesteśmy nieczułymi na ból diabłami, to piekło musi być świetnym miejscem.