Przyszłość. Początek.
Piszę te słowa mając w perspektywie wydarzenie, które jest, jak niektórzy mówią i uważają,
jednym z najważniejszych w życiu każdego szanującego się inteligenta. Tak, tak, chodzi o MATURĘ. Pewnie teraz
ze dwadzieścia tysięcy ludzi, (postmaturzystów, naturliś) zaśpiewa chórem: "Co? Człowieku, jaka matura? To jest pikuś!", jednak dla mnie i pewnie dla ok. miliona ludzi to już nie jest takie oczywiste.
Są tacy, co mówią, że wiedza jest ostoją i podstawą bytowania cywilizowanego człowieka, bo dzięki niej przecież zapewne istniejemy. To jest fakt niepodważalny, ale w żadnym wypadku nie jest tak, że mamy możliwość pyknięcia sobie meczyka w FIFA
2007, tworzenia grafiki, dojazdu samochodem gdzie się nam zamarzy czy nawet zwykłego wyprania spodni bez uwalania się mydłem jedynie dzięki suchym faktom
wyniesionym z podręczników. Ano nie. Czynnikiem, który zdeterminował powstanie tych rzeczy, z kolei umożliwiającym nam wykonywanie czynności o których sto lat temu nikt nawet nie śnił,
jest PRAKTYKA. Zauważcie, że w
wielkich prawniczych korporacjach (choćby Ernst & Young) do pracy biorą najchętniej świeżo upieczonym abiturientów, takich kolesi, co za nic mają ograniczenia i mają energię zmieniać świat. Jasne jest, że wśród nich może i niekoniecznie jest dużo ludzi mających jakiekolwiek doświadczenie praktyczne w zawodzie - bo jak wiadomo nauka jest niezzzzwykle wyczerpującym zajęciem, a jednak tacy osobnicy
(z zawodową przeszłością) mają zwielokrotnioną szansę na błyskotliwą karierę w błysku fleszy. Znany socjolog Philip
Zimbardo przeprowadził kiedyś badania na ten temat, i - w skrócie - okazało się, że praktyka zwyciężyła z wiedzą - na 10 studentów, absolwentów wydziału prawa Stanforda pracę natychmiast znalazło przeciętnie 7-8 studentów.
Zimbardo po dwóch latach sprawdził, jak radzą sobie absolwenci. Okazało się, że
ok. 60 % absolwentów z tego rocznika awansowało. Co ciekawe, znakomita większość miała za sobą doświadczenie zawodowe. Do czego zmierzam?
Nasz obecny system edukacji jest jaki jest i nie ma co wieszać psów na Romanie, bo nie jest winny wszystkich nieszczęść. Nauka w polskiej szkole opiera się w znakomitej większości na mechanicznym wkuwaniu wszystkiego, co program nauczania przewiduje, a więc
tego, co nauczyciel wymaga. Tyle
tylko, że nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak uczą się ludzie na Zachodzie,
w USA albo Australii. Mój kolega niedawno wyemigrował na antypody. Chodził wcześniej do polskiego liceum - na miejscu dostał się do college'u. Opowiadał, że australijski system
nauki diametralnie różni się od polskiego. A czym? Oczywiście podejściem do nauki jako takiej. Tam nie ma pojęcia
"wkuwanie", a jedynie
tzw. zajęcia praktyczne. Praca na historii nie polega na słuchaniu arcyciekawych półgodzinnych wykładów, a na animowaniu historii - choćby przez prezentacje multimedialne albo wizyty w muzeach czy miejscach w jakiś sposób związanych
tematycznie z zagadnieniami, które są aktualnie poruszane na zajęciach. Identycznie jest w przypadku innych przedmiotów.
Takie podejście do sprawy
powoduje, że problematykę np. historyczną, pozornie nudną można przedstawić i, co ważniejsze, poukładać w głowie jako prawdziwe wydarzenie, które
kiedyś miało miejsce. Powoduje to, że nauka staje się po prostu przyjemnością
i zabawą we współczesnego odkrywcę. Oczywiście pewne podstawy
teoretyczne są niezbędne, ale główny nacisk kładzie się na praktyczne wykorzystanie wiedzy i przedstawienie jej w sposób przystępny dla ucznia, a nie nauczyciela.
To właśnie determinuje szkoły zachodnie. A co w Polsce? Bida z nyndzą. Przestarzały, archaiczny system przedstawiania wiedzy, wynikający po części z umiłowania Polaków do utrudniania sobie życia za wszelką cenę w żaden sposób nie ułatwia procesu napełniania sobie głowy, wręcz przeciwnie. Jest prawdą, że nasz system jest dość prostą odsiewnią dla słabszych intelektualnie, mniej ambitnych - ale w dzisiejszych czasach nauka i wykształcenie nie są rzeczami elitarnymi, dostępnymi tylko dla wybranych. Sztuką jest dotrzeć z wiedzą do wszystkich - sztuką prawie niemożliwą do zrealizowania przy obecnych zasadach i panujących trendach. Jest oczywistością, że w procesie nauki bardzo ważną rolę odgrywa nauczyciel potrafiący zachęcić do samodzielnej pracy, ale on musi się poruszać się w pewnych określonych odgórnie granicach. Zatem, drogi ministrze Legutko, do roboty! "Odetkaj niezmierzone głębiny umysłów młodych..." Wprowadź sprawdzone wzorce i zmień nasz świat na lepsze! Wedle zasady - more fun, more creativity! :D
Łejn Szaliński
w razie chęci posprzeczania się z autorem ;) - mój mail
17.09.2007
refleksje wywołane dzisiejszą lekcją historii :)