Mam na imię Martika. Mam kręcone włosy, czerwone trampki i czerwono-czarne okulary. I mam aktualnie przecięty palec. Od tymbarkowego kapsla. Ale cóż. To nie moja wina, że mam obsesję na ich punkcie. Obsesji zresztą mam parę. Drzwi muszą być zawsze zamknięte, a nuty na pianinie nigdy nie mogą leżeć poukładane. Mam też czerwony kamyczek na szczęście. Ale oprócz tego mam też w sobie coś, co daje mi siłę. Optymizm.
Wielokrotnie spotkałam się z poglądem, że optymiści są gatunkiem krótkotrwałym i ulegającym błyskawicznym mutacjom, nawet w obrębie jednego pokolenia. Że pod wpływem różnorodnych czynników coś tam im się w środku zmienia, coś pęknie, coś chrzęstnie i puff z optymisty z uśmiechniętymi światełkami w oczach mamy realistę, którego światełka zaczynają być nieśmiałe i przygaszone. Za drugim pęknięciem i drugim puffem mamy już pesymistę. Który światełek nie ma wcale. Ot, taka podobno jest kolej rzeczy. No właśnie podobno. Nie wiem jak wy, ale ja cały czas mam wrażenie, że moje światełka mrugają tak samo jasno. Mimo, że wiele razy ktoś chciał przełączyć pstryczek i je zgasić. Ale ten ktoś nie wiedział o czymś. Że ja już dawno ten pstryczek popsułam. Tak na zaś.
Jutro będzie ładna pogoda. Jutro będę miała dobry humor. Jutro wszystko będzie dobrze. Zresztą nie tylko jutro. Zawsze. A co jeśli nie? A co jeśli się nie uda, jeśli się okaże, że… I w tym momencie włączą się taka czerwona lampka i krzyczy na cały głos. „A co, jeśli” nie istnieje! Pamiętaj! I ja pamiętam. Pamiętam, że czegoś takiego nie ma, że ten zwrot wymyślili ludzie, którzy chcieli być mądrzejsi, bardziej przewidujący, chcieli mieć kontrolę nad tym, co się może stać. Może Ale przecież nie musi! To tak samą jak z fragmentem stacji kosmicznej. Równie dobrze może za pięć sekund spaść na dach mojego domu. Prawdopodobieństwo nikłe, ale przecież możliwe. Ja zakładam, że nie spadnie, dlatego nie rzucam właśnie klawiatury w bok i nie uciekam gdzie pieprz rośnie, tylko spokojnie dalej wstukuję tutaj literka po literce to zdanie. Ale zawsze znajdzie się ktoś kto powiedziałby „a co jeśli jednak spadnie?” i czym prędzej udał się do schronu. Bo przecież trzeba być przygotowanym na wszystko. Nie można ryzykować, zawsze trzeba być przezornym i zabezpieczonym na każdą ewentualność, prawda? Tylko dlaczego, ja mam się zabezpieczać akurat na tę gorszą?
Nie wiem skąd to się we mnie bierze. Ta wiara w to, że wszystko będzie OK. W to, że wszystko, bez wyjątku ma sens. Nawet cierpienie. Bo to nie jest tak, że idę przez życie z wiecznym uśmiechem na ustach. Nie zawsze jest pomarańczowo, a kapsle od Tymbarków nie zawsze mają optymistyczne napisy. Ale ja jakoś to wszystko znoszę. I mimo, że czasem jest mi naprawdę źle, to cały czas gdzieś tam bardzo głęboko jest taki mały płomyczek, który grzeje mnie od środka. Gdzieś tam jest przekonanie, że życie i tak jest piękne i że to co teraz czuję, to tylko po to, żebym kiedyś mogła to lepiej, pełniej poczuć. I ten płomyczek zaczyna się powoli rozprzestrzeniać, aż swoim ciepłem osusza wszystkie łzy i znów jestem sobą. To znaczy kim? Nie wiem. I trudno. Ważne, że mi z tym dobrze.