|
Oczy tęsknią za poduszką, ogólnie całe ciało tęskni za łóżkiem, nawet mój mózg pragnie odpocząć od myślenia, choć nie myślał wcale już od dłuższego czasu, dlaczego? Bo zawsze było coś ciekawszego do roboty. Opuściło mnie moje małe bóstewko, które objawiło się jeszcze niedawno, a nikt nie potraktował tego poważnie. Ale ja jestem całkowicie przekonany o jego istnieniu, bo naprawdę istnieje! A udowodnisz mi, że nie? Jeśli ja wiem o nim, ja nie wierzę jak większość ludzi w tym przypadku, ja jestem pewien, że istnieje. A skąd mam taką pewność? Bo czytam to, co piszę, bo piszę i sprawia mi to przyjemność. Rozumiesz? Nie? A wiesz, że to ma sens? Mój bóg nie zrozumie twojego, a twój nie zrozumie mojego. Zastanawiałeś się kiedyś, czym jest podświadomość? To właśnie twój mały Bóg. Pragnie więcej przyjemności niż podpowiada ci racjonalizm. Powtarzasz sobie, że musisz się opanować, co za dużo to i świnia nie zje, a tu potajemnie w twój umysł wkrada się Bóg i kusi cię, a zjedz to, spal blanta, napij się piwa... usiądź przed komputerem i odpal niemiecką telenowelę. Teraz można podzielić czytelników AM na tych, co czytać więcej będą chcieli i zaciekawią się tematem i tych, co pomyślą, że trafił się kolejny artysta z chujowym stylem pisania, nie zrozumiałym z narcystycznymi uniesieniami... ale tak naprawdę to mój sposób myślenia, jeszcze nigdy mi się tak dobrze nie pisało jak teraz, uwierz mi, że muszę pisać i to właśnie mój Bóg każe mi to wysłać do AM. Zapytasz, co ma do cholery wspólnego Bóg i AM? A widzisz... bardzo mało, ale jednak ten warunek musi być spełniony by Bóg funkcjonował prawidłowo, nasycił swój chory głód. Oj, przepraszam... 3 już zamknęło okienko przeglądarki, bo stwierdziło, że pieprzę niesamowicie, więc już, muszę się opanować. O czym w ogóle miał być ten artykuł? O niczym, tak sobie pisałem, ale żeby nie zmarnować tego czasu, który i tak bym zmarnował siedząc i tępo patrząc się w telewizor, to skieruję temat na apokalipsę mojego małego Boga. Fajne słowo: apokalipsa, zawsze myślałem, że oznacza koniec, a oznacza objawienie. Od kilku dni cały czas go używam. Ale... Czym jest ten mój mały uroczy Bóg? Nie ma nazwy, a właśnie, muszę go jakoś nazwać, by lepiej przekazać sens jego istnienia, może macie jakieś propozycje? Najpierw chciałem użyć określenia bardzo kojarzonego z Kościołem Katolickim, a mianowicie chciałem Boga nazwać duszą (fajnie to brzmi swoją drogą), ale stwierdziłem, że nijak to oddaje sens tego Boga. Dusza zawsze będzie kojarzona z jakimś rodzajem czarnej skrzynki w samolocie, nie odzywa się, ani nie ma żadnego wpływu na nasze życie, więc definiowanie jej nie ma najmniejszego sensu, a mój Bóg ma bardzo dużo do powiedzenia, czasem nawet za dużo. Ale i tak go kocham, a katolicy nie kochają swojego Boga, choć tak twierdzą i ich Bóg nie kocha ludzi. Bo jaka jest różnica między człowiekiem, który kocha i jest kochany, a osobą niekochaną? Nie potrafię tego jasno zdefiniować, ale Wy widzicie tą różnicę, prawda? A Bóg, jeśli kocha wszystkich po równo, to co z tego ma osobnik kochany? Nic, bo inni też to mają. Nikt nie będzie się cieszył z darmowej rzeczy tak jak z rzeczy kupionej lub otrzymanej od kogoś, kto tą rzecz kupił. Bo wie, że to dostała niewielka liczba osób, albo po prostu tylko on i towarzyszyła temu jakaś specjalna okazja i dzięki temu czuje się wyróżniony. Sprawia się tutaj stara dobra zasada, że nieważne, co dajemy, liczy się samo dawanie. Każdy może cieszyć się z miłości, jaką dostał od swojego partnera, bo jest pewny, że dostał ją tylko on (wyjątki celowo pominięte), a czy ma sens chwalenie się miłością otrzymaną od Boga? Wszyscy to mają, więc, przed kim się pochwalić? Podobno Bóg (katolicki) nie kocha zwierząt, więc możemy pochwalić się Boską miłością przed swoim psem, ale przed nim mogę się też pochwalić tym, że skarpetki zafarbowały moją koszulę, a pies będzie tak samo zadowolony. Oczywiście ludzi cieszących się miłością daną od Boga jest niemało, tak samo jak niemało jest osób, które cieszą się z tego, że mogą sobie zrobić kromkę chleba, albo mogą chodzić, wystarczy spojrzeć na niektóre artykuły w AM, ale to nie zmienia faktu, że ich radość jest pozbawiona sensu, nie może równać się ze szczęściem, kiedy kocha nas osobnik płci przeciwnej. Oj, przepraszam, ale znowu zboczyłem z tematu. Więc chyba mój Bóg robi to celowo, bo wie, że temat nieciekawy, ale... pokonam mojego Boga i pokażę, że jestem niezależny i go opiszę, jakże zdepczę jego dumę, której oczywiście nie ma. Rozmawiając o objawieniu w szkole zawsze zaczynałem od sformułowania, że mój Bóg jest transcendentalny, bo i jest. Jest czymś, co wychodzi poza granice naszego rozumowania i jakikolwiek sposób jego zdefiniowania nie odda specyfiki jego istnienia, ale postaram się go, chociaż trochę przybliżyć. Otóż, bardzo dużo ludzi twierdzi, że człowiek różni się od zwierzęcia tym, że potrafi myśleć abstrakcyjnie, to powinno brzmieć, że człowiek różni się od reszty zwierząt, ale sedno sprawy pozostaje to samo. Gdyby człowieka poskładać od podstaw i pozbawić go jego własnego Boga to myślałby jak zwierzę albo jak dziecko. Dziecko dopiero hoduje swojego Boga, jest inkubatorem, ale nie oznacza to, że Bóg nie rozwija się po okresie dziecięcym, rozwija się tak samo jak rozwija się nasze „Ja”. Jednak wracając do tematu, człowiek bez Boga myślałby według mnie w sposób bardzo prosty, pozwalający mu przeżyć, poradzić sobie jakoś w życiu. Człowiek z Bogiem ma także takie proste myśli, ale ma coś ponadto, wiele osób uważa to za podświadomość, ale czym właściwie jest podświadomość? Warstwa psychiki pośredniej między świadomością i nieświadomością. Oczywiście dużo dowiedziałem się z tej definicji, wolę zrezygnować z tego pojęcia na rzecz „Boga” to ten nasz mały duszek, który dużo potrafi, mówię wam. Właśnie, dlatego chcę was zachęcić do traktowania podświadomości, jako osobowej jednostki, ale nie materialnej, musicie to rozgraniczyć, bo nic nie da wam składanie modłów i ofiar, to nie jest wszechmocny Jahwe. Tutaj dużo zależy od was, musicie na niego wpływać waszymi myślami. Nasze myśli są wytworem naszego materialnego umysłu, ale gdzie jest przyczyna? Czy nawet najbardziej skomplikowany związek chemiczny jest w stanie pobudzić zajebiście skomplikowaną myśl? Albo zajebiście skomplikowana myśl jest w stanie stworzyć związek chemiczny? Odpowiednio poskładany układ okresowy pierwiastków jest w stanie ugotować sobie obiad i puszczać bąki, ale czy myślenie jest nam potrzebne do życia? Spójrzmy na blondynki.... żyją. Myślenie ma większy sens i jest spełniany przez naszego Boga, ale jaki jest właściwie ten sens? Myślisz pewnie, że podstawą mojej tezy jest tego świadomość, ale muszę cię rozczarować... gówno mnie obchodzi. Nie martwię się, po co robi to nasz Bóg, ale co ja z tego mam. Otóż nie wiem czy Bogu zależy na spełnianiu naszych życzeń, czy robi to w nagrodę lub z nudów, w każdym bądź razie jest w stanie spełnić nasze życzenia, ale musimy pamiętać, że wszechmocny nie jest. Śmieszy mnie podejście katolików do swojego Boga, jest wszechmocny, ale nie odpowiada na nasze prośby, więc co nam po jego wszechmocy? Ja bym się tego obawiał, bo skoro Jahwe stworzył człowieka, który jak wiemy mógłby wykorzystać wszechmoc do dziwnych celów, to dlaczego nie zrobiłby tego jego stwórca? Podobno taki pies, jaki jego pan. Jednak powróćmy do wątku, Twój Bóg da ci wiele, potrafi cię na przykład uzdrowić, słyszałeś o cudach dokonanych za pomocą Jahwe, albo jakiegoś innego cudotwórcy? Tok myślenia pacjenta jest zazwyczaj zbliżony do „Pragnę by Jezus mnie uzdrowił” i jeśli naprawdę tego pragnie, nasz Bóg otrzymuje informację: „Pragnę uzdrowienia” i dokłada wszelkich starań by uzdrowić pragnącego. Jednak co, jeśli zwrócimy się do niego bezpośrednio? „Uzdrów mnie”, Jaką informację otrzyma nasz Bóg? Chyba myślą główną jest tu żądanie, a nie pragnienie powrotu do zdrowia. Traktujemy Boga jak urzędnika, nie pragniemy od niego otrzymać pomocy, tylko tego żądamy. Nie wiem dokładnie, dlaczego, ale bezpośrednie żądanie nie działa. Prawdopodobnie, dlatego, że jest zbyt płytkie. Czy nasz Bóg potrafi coś jeszcze? Myślę, że ma bardzo duży wpływ na to, co robimy, ale czy zawsze powoduje do dobrego? Nie w sensie moralnym, ale czy to, co robimy zawsze przynosi jakieś korzyści? Często dokonując wyboru oprócz chłodnej kalkulacji odczuwamy coś, co nas pcha w jedną z możliwości. Chyba wiecie, o czym mówię? Nieraz wybierając trafiamy właściwie, ale czasem pakujemy się w kłopoty. Czy to znaczy, że nasz Bóg nie jest wszechwiedzący czy może bawi się nami? A gdyby tak uwierzyć, że wszystkie decyzje podejmowane „na czuja” będą właściwe? Czy będą takie w rzeczywistości? Szczerze powiem, że nie wiem i sposób sprawdzenia wydaje mi się niemożliwy, bo jak utrzymywać nadzieję odpowiednio długo jednocześnie ze świadomością, że jest to eksperyment? Pozostawiam ten wątek Wam do rozstrzygnięcia. Pisząc dochodzę do wniosku, że ten nasz Bożek ma bardzo dużo możliwości w granicach zdrowego rozsądku, a do realizacji naszych próśb bardzo przydaje się religia, albo inny sposób wierzeń, np. wiara w magiczne liczby lub wróżki. Ateista z góry odrzuca, że możemy otrzymać jakąkolwiek pomoc od tej małej transcendentalnej istotki, więc czy coś dostanie w zamian? Myślę, że tak, bo, mimo iż nie kieruje swoich próśb bezpośrednio do jakiegoś bóstwa to jednak ma jakieś nadzieje, ale myślę, że nie będzie wykorzystywał mocy Boga w takim samym stopniu jak osoba wierząca. Ale czy wiara jest dobra? Nie dla wszystkich. Na pewno nie dla osób, które będą chciały wszystko otrzymać od Boga, a sami nie zrobią w tym kierunku nic. Sam nie chciałbym kota, który prosi o mysz, proste porównanie, ale trafne. Chyba jednak lepsze jest racjonalne podejście, bo nie ryzykujemy, że jakaś religia, czy wróżki zrobią nam sitowie z mózgowia. Oj, przepraszam, ale muszę kończyć, bo nic więcej nie wymyślę, mózg musi odpocząć, palce też. Mój Bóg zaczyna tęsknić za łóżkiem. Nie lubię zakończeń... |
|