KRONIKI AUTOSTOPOWE
Stoisz w pełnym słońcu, skołowany. Na skórze czerwienią się archipelagi komarzych ukąszeń.
T-shirt wreszcie ma okazję wyschnąć, od razu na pieprz. Powieki jakoś nie chcą się otwierać
na pełną szerokość, nic to, że ostatnią noc spędziłeś w łóżku w pokoju gościnnego kumpla.
Dwie poprzednie przespałeś na dzika w namiocie, trzymającym się niepewnie jakiegoś zbocza,
przysypiając w stresie że ktoś cię zaskoczy, tak jak godzinę wcześniej na szlaku, który może
jest na mapie, ale w rzeczywistości go nie ma. Nie przychodzi nikt poza psem, wyjącym jak
potępieniec kilkadziesiąt metrów dalej i ulewnym deszczem, który przyprawia o wrażenie że
płyniesz razem z całym zboczem. Następny dzień przetuptujesz w deszczu. Cieszysz się, że nie
zawiodły cię przynajmniej buty, jednak co wibram to wibram. Ale twoje stopy już się nie cie-
szą. W zasadzie to wszystko im obojętne. Byłeś jednym z nielicznych pieszych turystów na
szlakach Kaszub, co i rusz mijali cię ludzie na dwóch albo i w czterech kółkach, patrzący na
twój cholernie cięzki bagaż osłupiałym wzrokiem. Obiad w knajpie dla burzujów - bo tylko
takie dziwnym trafem znajdujesz w zapadłych wioskach - pozbawił cię resztek kasy. Na domiar
złego twoja dziewczyna - od początku towarzysz wszystkich niedoli - skręca nogę. Druga noc
w mokrym lesie to już tylko formalność, a narzekanie jakiegoś przejeżdżającego opodal rowe-
rzysty, że zła pogoda zepsuła mu rowerowy urlop to świetny żart. Cóż może zepsuć wypoczynek
na Kaszubach, wśród czystych jezior zasłanych małżami w stanie dzikim i strumieni wyścieła-
nych wodną trawą? Nic. Tylko fakt, że już na powrocie, gdy wydostałeś się na pół-gapę z
Gdańska, w kieszeni już tylko odrobina na bilety przez Wawę i (lub) Radom tudzież jedną
chałwę i odwiozłeś kulejącą dziewczynę do domu, wylazłeś przez nieuwagę na miejsce, gdzie
nijak nie zatrzyma ci się żadne auto, a lepsze jest za dwie godziny drogi przed siebie
w saharyjskim upale. A ty właśnie uświadomiłeś sobie że padasz na ryj ze zmęczenia.
...i nagle ktoś z piskiem niemal opon hamuje po zobaczeniu twojej rozpaczliwie wyciągniętej
przed siebie kartki z napisem "Wa-Wa". A po chwili dowiadujesz się, że zajedziesz do Lubli-
na. Czterysta pięćdziesiąt kilometrów!!! W życiu tyle nie przejechałeś jedną okazją.
Jeszcze oszołomiony dostajesz fajki, które zostawił kumpel twojego wybawcy, a których on sam
nie lubi, a za kasę, której już nie musisz wydawać na bilety, kupujesz nareszcie butlę wody.
A w Lublinie kumpela która nakarmi, prześpi i kupi browar. Raj.
Czemu piszę per "ty"? A bo ty też tak możesz mieć! To znaczy, małe szanse, że doświad-
czysz takiego pasma klęsk na Kaszubach, pewnikiem nie spotkasz tego gościa z Elbląga do
Lublina, ale przy odrobinie szczęścia i chęci dorobisz się jakiegoś własnego pasma wydarzeń
jakiejś własnej przygody, o której możesz potem z entuzjazmem opowiedzieć w AM. Nawet na
stopa wyjeżdżać nie musisz, nawet nie musisz wyjeżdżać w ogóle! Możesz na przykład chodzić
po Pile i to będzie zajedwabista przygoda. Albo nie wiem, lepić garnki z gliny! Też o tym
napisz! Every przygoda is sacred. Mógłbym wam opowiedzieć wiele moich przygód, na przykład
jak się wywalałem po pijusie i nie pamiętam z tego nic poza tym, że dziwiłem się jak to mnie
boli głowa, a dopiero potem docierało do mnie, że leżę. A polara zasyfiłem sobie wtedy
wszystkimi kolorami matki ziemi. Widziałem setki, tysiące gwiazd, niebo tryskało kolorami,
słyszałem ściszone bądź podgłoszone na maksa głosy, potem trzeszczało mi w czaszce, ach,
ach!! Ale przyjmijmy że u mnie przygody to tak wychodzą same z siebie, jak kiedyś Phnomowi,
zanim zaczął przynudzać i pisać w stylu "Przeżyłem przygodę i chcę się pochwalić". I nie
muszę sobie przyswajać założenia, że coś o tym potem napiszę - ja je po prostu piszę.
No to dla takich fajnych przygód jeżdżę stopem. Tyle i nic więcej, niestety albo i stety.
Stąd i drugi tekst o stopie, który dedykuję miłośnikom przygód. Ostatnio, to nawet się
przeprowadziłem na stopa.Normalnie, wziąłem tylko trochę więcej ubrań niż zwykle, jakieś
dokumenty dla przyszłego pracodawcy, płyty, książki, miskę i nóż. Stopowi zawdzięczam tyle,
że poczytywałem sobie za niejaki obowiązek zmienić miejsce pobytu tym sposobem. Razem ze mną
była Pszczóła, która też miała swoje rzeczy z trzytygodniowej rejzy po Wielkopolsce, Wrocła-
wiu, Przemyślu, Rzeszowie i Bieszczadach, więc bałem się trochę czy wszystko się zmieści.
Ale okazało się to jeszcze jednym irracjonalnym strachem, które miewam przy okazji wyjazdów.
Sprawę załatwiły dwa samochody z pojemnym bagażnikiem i jeden z tylnym siedzeniem, na którym
zmieściłą się Asia, mój plecak i torba, czyli wszystko co właściwie mam. Nie miałem tylko
fletu - był tymczasowo w Łodzi. Najgorzej było przejechać przez Warszawę i w autobusach peł-
nych ludzi rozstawić wszystkie manele na ziemi. Wyglądaliśmy jak handlarze z jarmarku
Europa. Ale poza tym poszło gładko i sprawnie.
Warszawa to miasto szczególne. W ubiegłym roku byłem w niej masę razy i najczęściej
zabawiałem od półtorej do trzech godzin, po czym wyjeżdżałem zadowolony w stronę fajniej-
szych miast albo Piły. Radom pod względem fajności stawiam już równo z Wawą. A bo trafił
się mnie i Asi, fuksem nie wiem jakim, fajny kierowca z tamtego miasta. Kiedy zajechał
samochodem, który typowo radomski był nie tylko z rejestracji ale też z wyglądu i rocznika
i zabrał na pokład czterech pasażerów, którzy dobiegli do jego gabaryny jako pierwsi,
uznałem za stosowne poinformować go, że my chcemy jechać bez pieniędzy i nie wiem, jak on
się na to zapatruję. I miałem już na końcu języka: "Przepraszam, ale nie stać mnie na
pańskie usługi" które to słowa wzmocniłbym może sugestią podzielenia się dochodami z
lewego biznesu z fiskusem, gdy usłyszałem "w porządku". A potem, gdy powiedzieliśmy mu,
że jedziemy na festiwal Bieszczadzkie Anioły, zaczął wypytywać nas o teksty piosenek, a
i trochę pośpiewaliśmy. Ochroniarz z Białobrzegów, wracający do domu po dwudziestu
czterech godzinach roboty i drugi pasażer - taki Łyżwiński z facjaty - byli zdziwieni jak
licho. A ja jak pięć lich. A potem wywiózł nas na sam wylot na Rzeszów!
Miłykierowcazradomia - na to powinni wymyślić jeden wyraz.
Innym razem stałem sobie w rzeczonym Radomiu, rad, że już z niego wyjeżdżam, gdy zatrzy-
mała się furgonetka. Furgonetka jakich wiele, ciemnoniebieska, z kierowcą jakich też
wielu, smutnym na pierwszy rzut oka i jakimś suchym. Wszelkie moje próby rozmowy spełzały
na niczym po dwóch-trzech zdaniach, lepiej za to poradził sobie drugi wzięty człowiek,
miejscowy, który wracał z pracy. Chwilę pogadali o samochodzie, a potem padły słowa:
-"Pustą pan wiezie z tyłu?"
-"Niee, pełną" - powiedział mój kierowca z jakimś rodzajem satysfakcji w głosie.
Na pytanie skąd wiezie tajemniczą "pełną", odpowiedział, że z Warszawy do rodziny w Łańcu-
cie. W nastepnej chwili obejrzałem się, i tajemnica przestałą być tajemnicą. Zobaczyłem,
że facet wiezie na pace wyornamentowaną trumnę. No fajnie, pomyślałem, złapałem karawan na
stopa. Co do pana grabarza, stało się jasne, dlaczego mało się odzywał. Po wyjściu auto-
chtona w vanie zostały trzy osoby. Jedna odzywała się rzadko - to był trup, druga jeszcze
rzadziej - to był grabarz. a trzecią byłem ja. Bardziej rozmowny stawał się, gdy wyciągał
jakieś kiepskie faje, wyciągnąłem od niego trochę szczegółów o jego branży. Nie ośmieliłem
zapytać jak długo wozi zwłoki, ale robił to chyba z pół wieku. w Rzeszowie rozstaliśmy się
i skrzynia umarlaka pojechała sobie dalej.
Razem jeszcze innym, na trasie z grubsza tej samej, tylko w drugą stronę, wiózł mnie
człowiek, jakich spotkałem kilku - to znaczy nieznajomy kompletnie, róznica wieku duża, a
przy końcu trasy nie stawaliśmy się kumplami tylko z tego wględu że głupio jednak jakoś po
pierwszym spotkaniu, o którym się wie że będzie ostatnie. Był z Białegostoku, o czym natu-
ralnie wiedziałem jeszcze przed tym zanim się do siebie odezwaliśmy. W mowie przeklinał dość
często,ale tych bluzgów się nie słyszało, były dokładnie w tych miejscach, gdzie powinny
być. Przez trzysta kilometrów raczył mnie kawałkami bluesowego zespołu Kasa Chorych, więc po
wyjściu od niego mogłem dawać wykłady na ich temat. Wiózł na tyle dwójkę dzieci w wieku dwa
i cztery, pewnie przyzwyczajonych do bluzgów i Kasy Chorych, żeby pokazać im coś w Warszawę.
Na propozycję od jakiejś znajomej, aby wpadł do niej , a ona dadzieciakom coś zjeść, rzucił
do słuchawki: "Moje dzieci jedzą browary".
Jak widać, trafiają się na stopie persony bardzo unikalne. Pojawiają się również takie,
które same są normalnymi Jasiami Kowalskimi, wykonują normalny zawód, nie wożą trupów, nie
handlują przez telefon perskimi kotami, nie chwalą się bąblowcem w kichach, nie opowiadają,
jak robili w ciula policjantów wciskając im kity że antyradar to zestaw głośnomówiący, nie
widzieli jak itewscy tirowcy zrobili bombę ze starego pudełka i kawałków drutu, napisali
na niej po ichniemu "Prezent dla krokodyli od bin Ladena" i nie podłożyli znienawidzonej
inspekcji transportu drogowego, wyłączając drogę z ruchu na pół dnia, nie latają airbusami,
nie opowiadają ci o historii okolicy, nie wieżli na pace zastępu szesnastu harcerzy, nie
hodują na parapecie śmierdzących roślinek które jedzą owady, nie pracowali za komuny w res-
tauracji dla dyplomatów, w której można było dostać absolutnie każdy rodzaj papierosów i
alkoholu, podczas gdy w całej Warszawie nie mozna było sobie nawet o tym bezkarnie pomarzyć,
nie robili nic z tego tysiąca rzeczy, które zasłyszałem podczas jeżdżenia (a to tylko wyda-
rzenia z dwóch, trzech tras). No nie ma w nich nic nadzwyczajnego!! Za to mają w rodzinie,
znają albo przynajmniej widzieli z bliska, kogoś z lepszego świata - showbiznesu czy poli-
tyki. I uznają za stosowne się tym podzielić. Kiedyś facet, z którym jechałem do Olsztyna,
powiedział ot tak, że jego brat w którymś roku zaczął grac w Kulcie. I robi to do dzisiaj,
jest trębaczem. Był to pierwszy kierowca którego poznałem z nazwiska, no, chyba że był
przyrodnim bratem Zdunka. Inny na pytanie "Co robisz", powiedział, że właśnie zajmuje się
częścią scenografii do takiej opery, napisanej przez Watersa, którą wystawia Józefowicz,
i jest mu w tym bliskim współpracownikiem. I dodał jeszcze, że gdy Waters przyjechał do nich
na rozmowę, w ogóle nie sprawiał wrażenia gwiazdy, a jedynie liczne jego przydupasy
zdawały się wyrażać każdym gestem że to ktoś wielki i niepowtarzalny. Trafił mi się też
ktoś, kto opowiadał, że siedział sobie kiedyś przy stoliku nad morzem, a ktoś inny spytał,
czy może się dosiąść. Gość spojrzał i okazało się że to Kwaśniewski. Dosiadł się i się
zakumplowali. Cóż, w sumie to dość trywialna historia, ale facet opowiadał o tym z taką
dumą, jakby cieszył się, że były prezydent poznał kogoś tak fajnego, dowcipnego i inteli-
gentnego jak on. Tenże gość spotkał był jeszcze parę znanych osób, a mnie pozostał poznany
jako najwiekszy bufon, jaki kiedykolwiek mnie gdziekolwiek wiózł. No, może nie największy.
Chociaż nie, tamten był bucem. Wziął mnie kiedyś z Warszawy, w jednej sekundzie zakwalifi-
kowałem go jako takiego kierowcę tira, który raczej nic poza swoją robotą w życiu nie ma.
W drugiej sekundzie nie miał też lusterka - wyjeżdżał z zatoczki, na którą po mnie zjechał,
gdy jakiś rozpędzony van strzelił mu od dołu. Głupio mi się zrobiło, wszak gdybym tam nie
stał, to by po mnie nie zjechał, a gdyby nie zjechał, miałby lusterko. Ale powiedział, że
w porządku i że możemy jechać. Był to listopad i niedługo przedtem przeszły opady śniegu.
Tego dnia jechało się jednak dobrze. Aż do wtedy. Zaczął padać tak gęsty śnieg, że w parę
minut drogi pokryły się bielą. A kierowca mój, chcac kogoś wyprzedzić, musiał się wychylać
z kabiny, do której wracał obśnieżony jak niezgorszy bałwan. Poza tym odpalał jednego peta
od drugiego i był ogólnie niesympatyczny. Ujechaliśmy jakaś połowę mojej drogi, udało się
zdobyć małe lusterko od osobówki, które kierowiec przysztukował sobie taśmą. Niebawem,
myśląc że kłopoty za nami, dowiedziałem się że gość jednak dalej nie pojedzie i żebym szu-
kał sobie nowego miejsca. Spojrzałem za szybę, zobaczyłem tylko swoje odbicie w tumanach
śniegu i pomyślałem, że jestem ugotowany. W zamieci i po zmroku na pewno mnie weźmie każdy.
Ale cóż było robić, nadziałem na siebie stulitrowy worek na smieci, w którym przedtem
zrobiłem dziury na ręce i głowę, i, ledwie widoczny z pobocza, zaczałem machać na kierowców,
którzy w wielkim trudzie rozpędzili się do tych marnych pięćdziesięciu na godzinę i ani
myśleli teraz hamować. Na szczęście niebiosa zesłały mi tego faceta od Kultu...
Ale wszystkich tych znajomków znanych ludzi przebił pewien niepozorny facet w starym
Suzuki, ubrany w sweter a`la Kononowicz. Gdy dosiadłem się do niego w stolicy Podkarpacia
i zadałem zwyczajowe pytanie, skąd jedzie, usłszałem, że ze Smereka. nie musiał dodawać,
że to głębia Bieszczad. Było bardzo wcześnie, gdy się spotkaliśmy, więc musiał wyjechać
bladym świtem, a właściwie nocą. W sumie nic takiego, ale za dobrą monetę wziąłem, że trafił
mi się bieszczadnik - gość miał wygląd dobrego zakapiora, a barwa jego nosa wskazywała, że
upodobania też. Przedstawił się z imienia i nazwiska, a za kolejną chwilę okazał się być
profesorem nadzwyczajnym SGH, który jedzie właśnie na obronę pracy doktorskiej, na której
spotka się ze swoim dobrym kumplem Leszkiem Balcerowiczem. Potem nie mówił o nim inaczej
jak Leszek. W swojej kanciapie w Smereku urządzał czasem seminaria dla studentów z Warszawy.
Z prawdziwym seminarium magisterskim miało to coś wspólnego tylko w okolicach południa,
potem zbliżało się do typowo zakapiorskiej biby. Powiedział, że gdybym chciał wpaść, to
niech przyjadę do Smereka i zapytam o profesora z Warszawy, a każdy pokaże mi drogę. Tylko
o ludziach z Bieszczad nie chciał jakoś opowiadać. Wspomniał coś o rozbitkach życiowych
i nagle zamilkł, a ja nie pytałem. W sumie i tak nieźle się gadało, a gdy rozstawaliśmy się
pod SGH, poprosiłem go, aby pozdrowił ode mnie Leszka. Wcześniej jeszcze zwiedziłem z nim
jedną z ciekawszych lokacji, w jakich miałem okazję być. Niewielu ludzi, którzy niekoniecz-
nie po swojej woli zawitało do garażu w Piasecznie, wyszło z niego na własnych nogach.
A mnie się udało. Profesor miał w Piasecznie dom, do którego wpadł włozyć ubranie bardziej
przystojące do zasiadania po prawicy Balcerowicza, mnie zaś obdarował książką własnego
autorstwa o tytule "Wzrost gospodarczy (...). Dla mnie jak science fiction, dodatkowo wydano
ją w 1989 roku, więc wartości merytorycznej też nie miała za grosz. Ale wpisał mi ładną
dedykację, więc podziękowałem i po powrocie wstawiłem na półkę. Stary i zapomniany wolumin
zyskał nową wartość jajcarską i sentymentalną, jako jeden z niewielu materialnych przedmio-
tów, które zebrałem na poparcie moich opowieści o fajnych kierowcach, co niejednokrotnie
dawali mi dowody sympatii albo ratowali tyłek. Byli też tacy, którzy nie dawali mi nic,
pojawiali się tylko na mojej drodze i brali na pokład, ale trafiał się przy tej okazji jesz-
cze jakiś przypadek, jakieś zrządzenie losu, które sprawiało że po spotkaniach z nimi
również czułem się obdarowany. Któregoś dnia na trasie Rzeszów - Łódź trafił mi się zastój.
Słoneczko, ruch wahadłowy, ogólnie warunki nie najlepsze. Zaczynałem już się konkretnie
nagrzewać, gdy pojawił się człowiek siedzący w zdezelowanej i zasyfiałej Ładzie. Powiedział
mi, że stąd nikt nie bierze, bo "tu mieszkają same fałszywe chrześcijany" czy coś na ten
kształt, a potem dalej się mądrzył. Moją uwagę zdążyły jednak przykuć duże ciemne butelki
z ukraińskimi inskrypcjami, zapytałem więc czy wiezie kwas chlebowy. Taki prawdziwy, z Ukra-
iny, to świetna rzecz. Gdy powiedział, że to piwo, nie poczułem się szczególnie zawiedziony
brakiem kwasu i zapytałem czy by nie zhandlował butelki. Był gotów sprzedać mi nawet
dwadzieścia, gdyż wiózł je na biznes, ale jako że miałem w perspektywie spotkanie jedynie z
dwoma kumplami, a to mocne piwsko było, i w litrowych butelkach, wziąłem trzy sztuki. Za
chwilę do gościa zadzwonił telefon, z którego dowiedziałem się że ma też fajki, więc mój
stan posiadania wzbogacił się o paczkę ruskich papierochów, na których ichni minister
zdrowia mógł sobie do woli ostrzegać cyrylicą, a na mnie nie robiło to wrażenia. A gdy
zdradziłem się mu że jadę na zjazd, na którym spotkam jeszcze więcej znajomych, zapytał:
"To może chcesz wódkę?" A jakże, chciałem. Dał mi nawet na spróbowanie. W paskudnym kubku
obrudzonym kawą. Przytknąłem do ust ciecz z drobinkami kawy i pociągnałem łyk. Paradna była.
Za chwilę kierowca kazał polać sobie i wypił ze słowami "Ja se jadę i se piję". Na koniec
złapał mi rzez CB-radio tira, a właściwie to wcisnął mu mnie na siłę - gość nie chciał się
zatrzymać, więc jechał za nim tak długo aż znalazło się jakieś w miarę ludzkie miejsce.
Potem kierocwy przerzucali mnie sobie przez radyjka do prawie samej Łodzi, spotkanie Jerzego
handlarza było więc fartem od początku do końca. Chociaż... byłem wtedy sam, a blisko grani-
cy z Ukrainą przecież może się zdarzyć, że... W każdym razie prawdziwego farta miałem
ostatnio w Lesku, będąc tam z wesołą AeMową gromadką w składzie: Pszczóła, Asztaka, Obywatel
i Sarius. Znaleźliśmy się na moim ulubionym rondzie, z którego droga zjeżdża już prosto do
Cisnej, mojej ulubionej wioski z ukochaną knajpą, Siekierezadą... ale to inna historia.
Wyruszyliśmy z Rzeszowa w różnych porach dnia, ale dała o sobie znać loteryjność stopowania
- gdy Julka i Sarius byli na wylocie, ja odbierałem nowy dowód osobisty, a potem przegoni-
łem ich w drodze, żeby ostatecznie wpadli na mnie na tym rondzie. Obładowani bagażami,
stojąc w rządku na poboczu prezentowaliśmy się jak uciekinierzy z PKS-u, którzy postanowili
nie płacić już więcej haraczy za przejazd paru marnych kilometrów i wybierają się do celu
okazją. Bieszczady było już czuć w powietrzu, więc powiedziałem reszcie ludzi, że zaraz
przyjedzie pusty autobus i weźmie nas wszystkich. Nie uwierzyli.Sam chyba też nie wierzyłem,
gdy podbiegłem do starej furgonetki z szoferką wyładowaną dwiema dorosłymi osobami
i niemowlakiem, ale kierowca krzyknął tylko na tył: "Marcel, rób miejsce!" po czym otworzyły
się drzwi od paki... ZA minutę siedzieliśmy na swoich torbach i trochę na sobie, w strasznym
ścisku i w upale, jadąc pięćdziesiąt na godzinę autem, o którym Marcel zdążył nam powiedzieć
że jedzie z Łodzi na Bieszczadzkie już trzeci dzień, bo dwa razy się rozkraczało, ale za to
w piątkę i w podróży do samego celu! To był dopiero wjazd w Bieszczad, godny najlepszych
czasów książeczek autostopowych i harcerzy podwożonych przez wywrotki. Samochód wyjechał
serpentynami aż pod miejsce, z którego już tylko zjeżdża się dół. Zabrakło mu jakichś
trzystu metrów. I stanął. Jego kierowca wysiadł ze stoickim spokojem, otworzył klapę,
pogrzebał w silniku i ruszyliśmy dalej, tylko po to, żeby sa st metrów znów stanąć. Jedyną
zmianą w jego reakcji było "siedźcie, siedźcie", rzucone na moją propozycję popchania. To
trzysta metrów okazało się być najcięższym odcinkiem jazdy, ale jakoś pokonaliśmy podjazd,
a do Cisnej zjechaliśmy siłą rozpędu, auto bowiem rozkraczyło się dokumentnie. Gdy kierowca
powiadamiał nas o poważnej awarii, ja leżałem na trawie w ziemi obiecanej, do której dał
radę nas dowieźć...
Czasami zdarzy się, że oprócz ciebie, kierowca zdecyduje się wziąć jeszcze jakiegoś
innego autostopowicza długodystansowca. W sumie nie ma w tym nic szczególnego, poza może
tym, że rzadko ma się okazję jechać w czwórkę czy piątkę. Raz tak jechałem nawet w tirze,
a razem ze mną dwie kobity, które były tak podekscytowane faktem jechania krążownikiem szos,
że gdyby nie jakieś tam ważne sprawy w sąsiednich wioskach, pewnie by pojechały z gościem
na Ukrainę. A chwalą się, idę o zakład, do dziś. Ale, to były miejscowe. Fajniej jest spot-
kać, gdzieś za Płońskiem, jakąś dziewczynę, jadącą tak jak ty z Wawy do Gdańska, która, jak
zaczniesz opowiadać o AMagu, przypomni sobie, że kojarzy coś takiego i kiedyś tam pisała,
i doda że spotykała się z jakimś gościem o ksywie Eld. Na pytanie kiedy pisała, odpowie
"Dawno", a jej oczy dodadzą "i nieprawda", po czym zdziwi się, że "to jeszcze istnieje".
Wydarłem od niej ksywkę, którą mało chciała zdradzić, bo jak mówiła, pisała wtedy bzdury.
Fajnie jest też jechać sobie z grubsza na Starachowice i skonstatować nagle, że tir zjeżdża
raptem na lewo, co tutaj nie powinno mieć miejsca. Potem kluczenie po rogatkach miasta, a
na końcu lądujesz koło jakiejś starej fabryki, kierowca każe ci czekać na boku,podczas gdy
sam odbiera wizytę dwójki tajemniczych ludzi, którzy przelewają paliwo ze zbiorników jego
tira do kanistrów. Mafia paliwowa i afera starachowiska w jednym. Nie powiem, że się bałem,
ale całkowicie spokojny tez nie byłem. Trudno o spokój w sytuacji kompletnie nieprzewidzia-
nej. I mógłbym tak jeszcze chyba długo, ale będę powoli zwijać namioty i kończyć. Ruszaj
Czytelniku do własnej przygody, do której mają Cię zachęcić co ciekawsze wątki z moich.
A jak zdecydujesz się jeździć stopem, to żebyś zawsze spotykał na swoim poboczu takich
ludzi jak choćby pewien dość nawiedzony człowiek z Gdyni, który szczycił się faktem posia-
dania trabanta i przynależności do jego fan-klubu i szukał na forach internetowych namiarów
na jakąś stodołę w sąsiedniej wsi, gdzie gość co raz w życiu widział komputer, a internetu
nigdy, trzyma pod sianem enerdowskie cacuszko.
Gdy stop łapie człowieka...
Słyszałam kiedyś, że osiągnięcie nirvany jest czymś niezwykle trudnym i udaje się
nielicznym. Jednak doświadczenie pokazało mi, że przekroczyć granice Poznania - w obie
strony - wcale nie jest tak trudne. Trochę gorzej bywa ze znalezieniem dobrego wylotu, już
po przekroczeniu tych granic. Wszak gdzie nie spojrzysz, tam droga szybkiego ruchu i droga
szybkiego ruchu... Jednak nie ma co tracić nadziei. Jestem przekonana, że nawet na autostra-
dzie zawsze jakieś miejsce się znajdzie i jakiś samochód się zatrzyma
Z tym przekonaniem maszerowałam wzdłuż drogi, mając u boku Dawida - i szukając miejsca,
gdzie mogłoby zjechać choćby małe auteczko. Takie miejsce się oczywiście znalazło.
Malkontenci mogliby powiedzieć, że nie było to najlepsze miejsce na łapanie stopa (użyliby
pewnie trochę innych słów) - ale zapewniam was, miejsce to nie wszystko :) Stanęliśmy więc
z Dawidem przy zjeździe na boczną, piaszczystą drogę; pęd samochodów rozwiewał włos, a
w głowie już rysowały się Góry Świętokrzyskie, w których chcieliśmy spędzić zbliżający się
długi weekend majowy. Nagle wydarzyło się coś, czego raczej wcale nie braliśmy pod uwagę.
Naszym oczom ukazał się bowiem tir, który tracił na prędkości w miarę zbliżania się, aż w
końcu zatrzymał się - tuż przy nas. Nie zjechał z drogi, bo nie miał jak, zwyczajnie by się
nie zmieścił. Było to tym bardziej niespodziewane, że wcale na niego nie machaliśmy, wyklu-
czając tiry ze stopowego planu.
Dawid podszedł niepewnie do kabiny; od razu rzuciła mu się w oczy turecka flaga,
zawieszona na przedniej szybie. Kierowca był dosyć ogorzały... W ręku trzymał mapę, a wokół
leżały kartki z rozpisanymi numerami polskich dróg i nazwami miejscowości. Pokazując to
wszystko, próbował nas wypytać (?) o coś, ale niestety cięzko nam było rozszyfrowac potok
tureckich słów. "Do you speak english" i "Sprichst du Deutsch" nie pomogło. Turek znał
jedynie swój język ojczysty - widocznie musiał być za granicą pierwszy lub drugi raz, w
przeciwnym razie byłoby tu bardzo dziwne. Na szczeście niezawodnym - jak zwykle w takich
przypadkach - okazałsię język "migowy", gestykulacja i mowa ciała. Tym sposobem dowiedzie-
liśmy się, że Mustafa (bo tak miał na imię ów Turek) kierował się przez Piotrków na południe
Polski i dalej przez Ukrainę oraz Rumunię aż do ojczyzny. I wszystko szło mu świenie do
momentu, gdy nieopatrznie skręcił z autostrady w krajową jedenastkę, kierując się jakimś
drogowskazem na Piotrków. Złapał więc nas na stopa, żebyśmy mu pomogli przejechać przez
Polskę (wiadomo, że po obcym kraju łatwiej poruszać się z jakimś tubylcem).
Rozsiedliśmy się w Mustafowym tirze - ja na przednim siedzeniu, a Dawid nieco z tyłu -
we wnęce służącej za łóżko. Jemu to Mustafa przekazał mapę - Dawid, siedzący z nią (nomen
-omen ;)) po turecku, i z tureckim papierosem w ustach, kiwając się razem z tirem wyglądał
niepowtarzalnie. Jechaliśmy spokojnie, 70 km/h, z przerwami co trzy godziny, jak nakazywały
unijne przepisy. Rozmowa w czasie jazdy trochę się "nie kleiła", ale nie traciliśmy dobrych
humorów - tym bardziej, że nasz kierowca sprawiał wrażenie, jakby bariera językowa nie
stanowiła dla niego żadnego problemu. Klepał nas przyjaźnie po plecach i uśmiechał się
szeroko. Gdy usłyszał z ust Dawida słowo CB-radio - uśmiechnął się jeszcze szerzej i włą-
czył swoje trzy kasety, które na przemian towarzyszyły nam przez kilka najbliższych godzin
(kto oglądał reklamę KitKata, ten wie o co chodzi).Gibaliśmy się w rytm tureckich melodii;
Mustafa kierował, gibając się z nami i podśpiewując sobie rozedrgane frazy. Obrazek godny
polecenia wszystkim znerwicowanym kierowcom :) W międzyczasie UnionJack i Zorka przesłali
nam kilka zwrotów, które były najbardziej niezbędne, takich jak: "tak", "nie", "w prawo",
"w lewo", "prosto", "dziękuję". Choć najbardziej zadziwiające dla Turka było zdanie:
"Tłumaczyć kolega słownik komputer" (miała to być informacja, skąd bierzemy te słowa.
Niestety ekipa poznańska znalazła tylko słownik angielsko-turecki, innych nie
ma - i tłuma-
czyła nam bezokolicznikami) oraz wykrzyczane przez Dawida "OLMAK BULDOK!" [JESTEM
BULDOK].
Tak mijała podróż - Mustafa był niezwykle gościnny i wylewny. Śmiał się, zagadywał po
swojemu, częstował nas wszystkim co miał, Dostaliśmy turecką wodę, tureckie ciastka (Pyszne!
Coś na kształt maślanej bułki z dżemem bananowym, w czekoladzie - mniam!) - a podczas
pierwszego postoju załapaliśmy się na turecką jajecznicę i herbatę, w szklankach przypomi-
nających wydłużone bańki lecznicze (były wyższe i mniej pękate). Popijając czaj, oglądaliśmy
tirową minispiżarnię, w której Mustafa trzymał rozmaite rozmaitości. Poznaliśmy też kilka
zwyczajów tureckich, takich jak zlewanie resztek herbaty albo przemywanie rąk i twarzy wodą
kolońską po każdym posiłku (i nie tylko - Turek wykonywał tę czynność średnio co 2 godziny).
Zaczęliśmy uczyć Mustafę polskich słów, pokazując mu rzeczy na drodze i na poboczach -
i nazywając je. On powtarzał nam później te słowa po turecku. Okazało się, że "problem"
i "traktor" to słowa uniwersalne i w obu językach brzmią tak samo.
Tak dojechalismy do Piotrkowa. Było już koło 17:00, a tu Mustafa znów zarządził przerwę.
Chcieliśmy dojechać do kieleckiego schroniska jeszcze tego samego dnia, więc ze smutkiem
pożegnaliśmy Turka i ruszyliśmy do miasta. Gdy tak szliśmy, coś nas jednak tknęło. Pomy-
śleliśmy sobie, że skoro to stop złapał człowieka, a nie człowiek stopa - to stop musi
człowieka puścić. Ta myśl dodała nam skrzydeł! Pobiegliśmy do sklepu by kupić chleb i
ciastka - tym razem my chcieliśmy poczęstować Mustafę polskimi smakołykami. Tureckiemu
kierowcy zaświeciły się oczy na nasz widok, ale jednocześnie sprawiał wrażenie,jakby wie-
dział że do niego wrócimy. Uścisnął nas, włączył silnik i ruszyliśmy. Tutaj jednak pojawiła
się pewna trudność - okazało się bowiem, że tir nie ma jak przejechać przez Piotrków-
trzeba nam było wrócić na autostradę, któtą Mustafa opuścił za Poznaniem na rzecz krajówki.
Ponieważ nie było żadnych oficjalnych zjazdów na autostradę w okolicach Piotrkowa - Dawid
poprowadził Turka przez wioski, w których ludzie chyba po raz pierwszy w życiu widzieli tira
na oczy. Atrakcja prawie jak UFO :)
... jak już pokazałem Mustafie na migi, że "do miasta nie można, bo za ciężki samochód,
(a wiózł dwadzieścia ton elementów łóżek - dowiedzenie się tego zajęło nam dwadzieścia
minut i wymagało narysowania tira z brodatym facetem za kierownicą i wielkiego pytajnika
na pace tego tira. A i tak Mustafa na początku zaczął się śmiać jak ktoś, komu dają
jego portret.) wyjechaliśmy z Piotrkowa w kierunku, z którego wcześniej przybyliśmy,
szukać zjazdu na autostradę. Miałem tylko fragmentaryczne instrukcje od niezbyt kumatych
miejscowych, że niby pod lasem jest jakiś dojazd do autostrady, ale szybko zgubliśmy
jakikolwiek dojazd pod las i Mustafa nieco spanikował. Zatrzymał tira na jezdni, wyszedł
z niego i zaczął wymachiwać rękami na samochody jadące z naprzeciwka. A jak ktoś jedzie
sobie miło i widzi dwóch ciemnych brodatych gości machających gorączkowo łapami, to nie
składnia go to zbytnio do zatrzymania się. Za tirem zaczął ustawiać się sznurek trąbią-
cych aut, a my machaliśmy w najlepsze. W końcu jdnak jakiegoś kierowcę tknęła litość
i udzielił mi wyczerpujących instrukcji o dojeździe. Wtedy przypomniało mi się, że
gdzieś na wysokości Bełchatowa widziałem jakiś niebieski wskaźnik z napisem "Lublin",
tirem i strzałką w prawo. Mogli napisać po ludzku "Piotrków, Radom - tranzyt w lewo",
a nie zakładać, że każdy Turek wie, że ta droga jest też na Lublin. Złość na burków
od znaków minęła mi, gdy Mustafa wjeżdżał w coraz węższe wiejskie jezdnie, myślałem, że
zaraz asfalt się skończy na rzecz dwóch wyrytych w ziemi śladów. Wtedy byłoby wesoło.
Na szczęście udało się jakoś wymanewrować przyczepę na zakretach i dojechaliśmy do auto-
strady, z której był normalny wjazd na obwodnicę Piotrkowa.
Za Piotrkowem Mustafa zrobił kolejny postój, tym razem dłuższy - zadzwonił bowiem do niego
Arkadasz [przyjaciel] z wiadomością, że zbliża się bajram [święto] i tiry bez zezwolenia ma-
ją zakaz ruchu. No tak... godzinnymi krokami zbliżał się 1 maja, więc przed tureckim kiero-
wcą pojawiła się perspektywa 24 godzin stania. Ta wiadomość zdeterminowała nas, by jednak
się odłączyć. Pożegnaliśmy się, wymieniliśmy numerami telefonów i stanęliśmy na poboczu
z kciukami w górę. Tymczasem ruch jakby zamarł. Zaczęło zmierzchać, robiło się zimno -
wykorzystał to Mustafa, który przyszedł do nas, zatrząsł się od chłodnego wiatru (w
Turcji chyba się z takim nie spotkał) - i zaczął nas na migi przekonywać, żebyśmy przenoco-
wali u niego. A robił to w taki sposób, jakby wręcz nie wyobrażał sobie, że moglibyśmy odmó-
wić. Hmmm... nocleg w tureckim tirze? Czemu nie! :) Uśmiechnęliśmy się wesoło i
wmaszerowaliśmy do pojazdu. Mustafa zamknął drzwi i okna (żeby zimno nie wchodziło), po czym
rozsiedliśmy się we wnęce służącej za łóżko, którą nam Turek potem odstąpił do spania. Sam
położył się we wnęce nad nami, służącej za łóżko piętrowe. Zanim jednak poszliśmy spać, umi-
liliśmy sobie czas różnymi rozrywkami, takimi jak na przykład kolacja (do chleba mieliśmy
jeszcze poznański dżem - prezent od Uniona, jaki dostaliśmy po zjeździe wielkopolskim)
czy origami ze wszystkich kartek, jakie były pod ręką. Dawid zrobił nie-ptaka dinozau-
rowego, którego daliśmy w prezencie naszemu arkadaszowi. Na koniec wypalilismy wiśnową fajkę
pokoju i poszliśmy spać.
Rankiem wyruszyliśmy - juź w dwójkę - w dalszą drogę. Mustafa jednak nie opuścił nas tak
całkiem - jego telefony i sms-y towarzyszyły nam jeszcze później, w Górach
Świętokrzyskich,
w Rzeszowie...a nawet w Elbągu i Gdańsku! Uwierzcie mi - nie ma nic bardziej ekstremalnego,
niż rozmowa telefoniczna z obcokrajowcem, mówiącym w zupełnie abstrakcyjnym dla was języ-
ku, z którego poznaliście kilka słów. Cóż było robić? Uśmiechać się do słuchawki :) I powta-
rzać w kółko te kilka słów, z naciskiem na "Mustafa Arkadasz".
...a ja po tym dłuuugim weekendzie wynalazłem na forum Wyborczej jakieś podforum tureckie
i zaopatrzyłem się w kilka stosownych zwrotów. Turecki jest bardzo logiczny, ma tylko jeden
niereguarny rzeczownik i jeden czasownik, poza tym ma te swoje samogłoski z ogonkami, ale to
absolutnie wszystkie kwiatki, jakie czekają na uczących się go. Poza oczywiście kuciem egzoty-
cznych słów i fraz. Może i się go naumiem dla farjdy, jeśli to ma być proste. Póki co umiem
kilka zwrotów. Pierwszy i sztandarowy to: "Mustafa, proszę, odpowiadaj tylko <<tak>> lub
<<nie>>, aby na zadane pytanie typu: "Czy będziesz na granicy" Nie usłyszeć "bleubleubleug-
ęgęegęgę". Kto wie, może jeszcze się z nim gdzieś zabierzemy...
Albo może nie, bo wysyła do Asi za dużo sms-ów bez okazji z Turcji.
Donald Tramp
Pszczóła Tramp
13 XI 2007