Durnoty
miernoty, czyli czy ktoś go czyta?
Zawsze byłem twardo utwierdzony w przekonaniu, iż publiczne ośmieszanie jakiejś niemiłej nam osoby, tylko po to, by pokazać zgromadzonym wkoło, jaki to z nas „madafaka spod trzepaka” jest nie dość, iż przekomicznym dowodem już nie błazenady, a zwyczajnego buractwa (żeby nie rzec dosadniej – głupoty i debilizmu) to jeszcze godzi w dumę niczym kolec w odbycie. Dlatego też, z niemałym zaskoczeniem skonstatowałem, że Michał Chmielewski, człek światły, mądry i sprytny jak lisie prącie, w ten denny, uwłaczający godności poważnego writera sposób postanowił ostatnimi czasy smyrać swoje nabrzmiałe do wielkości, ekhem, namiotu EGO. Bo czy nie śmiesznym wydaje się Wam fakt, iż Komandos Pjerszego Stopnia, Wielki Wódz, Rząnież, i ogólnie Ziąą nie mówi wprost, o co mu chodzi, a jedynie maskuje się zaplutymi jadem, jak mikrofon Borka śliną przy stanie 7:1 dla Azerbejdżanu, metaforami, dobranymi tak nieźle, jak skarpetki ślepego paralityka, by w jak największym stopniu ośmieszyć swego oponenta? Bo dla mnie, choć może tylko dla mnie, jest to dosadny znak permanentnego „skurwienia się”. Wybaczcie dosadne słowa, (tak, to do Ciebie fistaszku było), ale nawet „Zaczarowany ołówek” ktoś w końcu musiał ukrócić (i zatemperować, bo tępy był ostatnio niemożebnie).
Tekst ten nie powstał pod wpływem
impulsu, tudzież złości za wielce udany atak na moją skromną osobę.
Bynajmniej. Po prostu, śledząc przez jakiś czas poczynania wspomnianego tu Małego
CHińczyka, stwierdziłem, iż lubię go na tyle, by mu powiedzieć, że
robi bardzo źle, wyrządzając sobie samym wielkie kuku, oraz zaapelować to
tej części jego dumy czy honoru (optymistycznie zakładając, iż takowe
posiada, co jednak wcale takie pewne nie jest biorąc poprawkę na poziom
merytoryczno-humorystyczny jego ostatnich „dzieł”), która odpowiada za ową
postępującą autodestrukcję i rzec jej, iżby w miarę możliwości nie spadała
poniżej poziomu gówna, bo to się ociupinę niesmaczne zrobi.
Doskonale też zdaję sobie sprawę z faktu, iż klepiąc na klawiaturze
(fokstrotem zapewne, do którego Cię teraz odsyłam, byś przeczytał za co
karciłeś kiedyś teksty w AM, a co świetnie teraz do Ciebie pasuje) te swoje
„códa na patyku”, a wraz z nimi przemyślenia głębokie jak kałuża na
pustyni, żeby właśnie doczekać się tego co właśnie robię. Podstępnego
ataku, ciosu z piąchy w jądro, barbarzyńskiego szału, na który mógłbyś
odpowiedzieć w ramach stosowanej przez wujka H. zasady „oko za oko, członek
za członek”. Toteż wiedz, fistaszku Ty mój najdroższy, że czynię to w pełni
świadomie i wyzywam Cię do otwartej wojny na argumenty. Takiej, której od długiego
czasu w AM nie było, a za jakimi wiele osób tęskni. Odpowiesz? Dasz radę? Chcesz? Spróbuj się śmiertelniku. Skończyły się żarty – gówna
nie będzie pomników.
Dlatego też lojalnie uprzedzam, oświadczam, trąbię i nadaję – radzę
Ci wrócić do tamtych ciekawych reportaży (jak „Ja, żołnierz) albo też mądrych
wywodów, z których słynąłeś niedawno, a skończyć wyczyniać akrobacje na płonącej linie, albowiem to
grozi upadkiem. A te jak wiemy – bolą. Rzeknę też, że ja nie tyle będę
na Twój upadek czekał, co jeszcze obrzucę Cię kamieniami, samemu wprawdzie
bez winy nie będąc, ażeby ów upadek przyśpieszyć. To, co ostatnio
pokazujesz nam, szczerząc ząbki z uciechy i czekając na pochwały, to już
nie są wesołe polemiki, w których nie zgadzasz się z autorem, a chamskie i
dziwne zaczepki z „tobie_tylko_wiadomych_powodów” ot, tak – coby szczać
w portki z uciechy.
Tak, więc podsumujmy: słyszysz szczęk żelaza w pobliżu? To ja, rzucam
Ci rękawicę. Podejmiesz? Wykrzesasz ze swego niewątpliwie nadwątlonego
ostatnio „monopolu ironii” dość iskierek sarkazmu, by mnie spalić?
Zobaczymy...
PHANTASMAGOR
Nie podskakuj za wysoko, nie chciej chłopcze bym Cię
sklął.
Z wielkim fuck’iem do Phant’ego – trzymaj się.
Dziwko, joł!
PS. Słuchałem „Chłopaki z Elementu” Gurala
PSS. Postaram się być w miarę grzeczny i nawet dam Ci, fistaszku fory,
jeśli oczywiście odpowiesz.
PSSS.
Argument pt. “Ty zrobiłeś to
samo” możesz sobie o kant dupy rozbić. Kopnąłem Cię w rzyć, chcąc
sprawdzić czy zaboli.