Długo zastanawiałem się, jak….
Długo zastanawiałem się, jak opowieść tę rozpocząć. Wydaje mi się, iż parę razy – tak, było ich kilka – przez krótkie, migotliwe chwile wiedziałem co dokładnie chcę opowiedzieć. Historie mają jednak to do siebie, że w ich zwyczaju leży wewnętrzna zmienność, zwinność jaszczurzych łusek i przekorny, pytający uśmiech.
Bo dany mi jest rzadki przywilej: znam ostatnią z nut tej historii. Znam jej zwieńczenie. Bursztynową kulę na szczycie smukłej laski.
A wam starał się będę pokazać, jak wspaniale światło rozszczepiało się w miąższu wnętrza i jakie to z krwawych chrabąszczy wspinały się mi po nogach i ramionach.
Lustra zaś zbijemy tylko z roztargnienia.
1.
Są chwile... są chwile, gdy w raptownym błysku i huku polaroidowego flesza życie zawisa w centrum uwagi. Zatrzymuje się, głośne i brzękliwe, zatrzymuje się nagle - i wybudza mnie z chwilowego odrętwienia, z topornego zaślepienia rzeczywistością.
Śledziłem tajemniczą ścieżkę jaką obierały kolejne migotliwe krople na jej skórze. Te maleńkie tory, ścieżynki, wydeptane wilgocią kręte i niestałe krzywe.
Jej skóra; tu - delikatny jeszcze odcisk idealnie uległej torebki, dobranej tak umiejętnie, iż zespalała się z całą postacią, umykała mi, obserwatorowi przecież dociekliwemu, jak słany przez próg uśmiech pozostawiający w powietrzu jedynie szkliste wspomnienie różanych ust. Woda, gorąca, aż parująca ukropem. Na szkle lustra można rysować nietrwałe linie i kształty, choć zostaną przeinaczone, zamazane, w końcu zatarte.
Z niemałą przyjemnością obserwowałem jak myła włosy: kobiety robią to zawsze specyficznie, a ta subtelność - niepowszednia - z jaką ujmowała już namokły ich ciemny brąz, z jaką pochylała nieznacznie głowę, z silnie w końcu zaciśniętymi powiekami(niech nie wleci żadna kropla, mówiły) - bywała wizualną ucztą dla mnie, profana sztuk codziennych. W końcu odwracała się, zwinnie przenosiła ciężar ciepłego ciała z jednej stopy na drugą, delikatnie je unosząc, jak gdyby przymierzały się już-już do kroku. W jej ciemnych, długich włosach, których ostatnie sploty przyjemnie i śmiało obejmowały kształtne biodra, woda tworzyła małe pryzmaty. Krople, gdyby się im z banalnej ciekawości przyjrzeć, przypominały diamenty, spinające się w jakąś nieokreśloną a misterną konstrukcję. Uśmiechała się i śmiała. Choć rozmawiała ze mną, nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć, jak nuci - chwilami tylko jakiś strzępek słów, za którym pamięć zgodnie wlokła fragment tematu muzycznego, takt, może - ale to były chwile zaledwie, sekundy zaraz zapadnięte w niedawną przeszłość.
Bywałem nieznośnie, bezczelnie uśmiechnięty! Cieszyłem się jak dziecko - głośno, szczerze, z należytą zadumą skupioną w parę sekund, która zaraz umykała do wesołego roztrzepania i roztargnienia.
Ona sprawiała, że potrafiłem ś m i a ć s i ę z rozkoszy, zagryzać własne, a chwilami i jej palce, przygryzać na granicy delikatności ich miękkie opuszki, wyprężać grzbiet w bezdechu, pozbawiony słów, tak słodko pozbawiony słów, trosk i wszelkiego niepotrzebnego milczenia w świecie, który nie istniał.
2.
To studium obrazu byłoby fałszem, gdybym nie pisał o chwilach chłodniejszych, o tym, iż niebo bywało bure i szarawe, a deszcz wcale nie romantyczny, ciepły i przyjemny, tylko zimny, brudny, nieprzyjemny a nade wszystko bezsensowny!
Żałuję, choć może to tylko figura retoryczna, iż tak wiele razy popadałem w nieprzyjemne odrętwienie, sparaliżowany obrzydzeniem i niezdolny do życia. Z godnym równego mojemu pożałowania zapałem sprawiałem ból, który - przyznam - przez moment sycił mnie i uspokajał. A że jad - ja, niczym wysysający truciznę z rany lekarz, ale tu przecież byłem bliższy szarlatanom, a jad był moją własną trucizną i toksyną - po chwili gorzkniał, pozostawiał popielny posmak pustki?..
Nie cieszyłem się tym. Te chwile, w których ona nie potrafiła, nie była zwyczajnie w stanie być równie zjadliwa jak ja, równie krańcowo bestialska, ani zła na wskroś, jak ja niegodna przeprosin - te chwile wywoływały w końcu rezygnację i zniechęcenie. To("takie") studium wymaga rysów może szybkich(generalizujących ruchy dłoni, sumujących zwinne kroki), ale troszczących się o nastrój, śmiech i łzy.
Nierzadko więc bywało, iż goszczący nas w sobie dzień całkiem miły, pogodny, zrozumiały, może nawet radosny i uśmiechnięty przeistaczał się w absurdalnym momencie mojej słabości we własną katastroficzną karykaturę, wariację molową, całkiem już banalnie przykre myśli, słowa, j e j oczy zamknięte w cichym, bo bezsłownym, wyrzucie.
Nauczyłem się, że cisza, owe sławetne milczenie, również może być bolesna. Bywało, iż odwracałem się plecami - chłód, drogi czytelniku, ścinałby hipotetyczną wodę w nieprzezroczysty i zapowietrzony lód, równie hipotetyczne ptaki zamarzałyby w locie, a całkiem już wyimaginowani ludzie zastygaliby w połowie niedokonanych bzdurnych czynności - cichy i obrzydliwie spokojny. Milczeliśmy.
Czegóż jeszcze brakuje w tym studium? Ach, no tak, Humbercie… Widoku wykrzywionej twarzy dziecka.
3.
Gdy kończę czytać naprawdę dobrą książkę, opowiadanie, chwilami wiersz, z ostatnimi stronami, a czasem nawet z ostatnimi słowami nadchodzi(co jest bliskie reguły) pewna instynktowna chyba, bazująca już na doświadczeniu, a może jeszcze na wróżeniu świadomość, że zaraz tekst się skończy(...wiem, oczywiste), a ja pozostanę przyjemnie maltretowany uśmiechem silnie wyginającym wargi i z dreszczami na karku.
Ostatnie akapity są trudne do napisania; rdzeń bowiem jest już ułożony i utwardzony w czytelniku, podobnie jak początek opowieści.
Pozwoliłem sobie do tej pory omijać wszystko, od czego ta historia się zaczęła. Nie pisałem więc o pociągach i odległych miastach, o zadziwiająco zwyczajnym uścisku dłoni i o nurkowaniu w wyblakłej zieleni, o ciasnym, zgoła roślinnym splocie dwóch odległych sobie opowieści. Mam jednak wrażenie, że zwyczajne, kronikarskie streszczenie wydarzeń nie dość, iż nie wyłoniłoby ich prawdziwej natury to jeszcze wypaczyłoby je, zakatowałoby pursensownymi wyrażeniami!
Na marginesie pragnąłbym teraz zapisać(gdybyśmy odczytywali pewne urokliwe zapiski drukowane na zwyczajnie tragicznej jakości papierze), że koniecznym wydaje mi się stosowanie w tej opowieści tak banalnych jak szalenie użytecznych wykrzykników i znaków zapytania.
Początek, o którym nieraz myślałem, rozkładałem na kolejne chwile i łączyłem w krótsze lub dłuższe i odgrywane z różną prędkością sekwencje sekund, należy umiejscowić przez mieszaninę daty, miejsca, pogody i archetypicznych bohaterów, prawda?..
Oczy miała zielone. Bardzo niezręcznie było mi wpatrywać się w tą ich zupełnie specyficzną wyblakłą zieleń tęczówek, przywodzącą na myśl pewne gatunki roślin, gdzie blaszki liści są jasne, kolory nigdy nasycone, a zawsze w owym wymieszaniu szarości i zieleni. Jest coś o kształcie krzywego, niepewnego uśmiechu w przyznawaniu się, iż pojęcie "głębia" przy jej oczach zaczynało mieć niebezpieczny wydźwięk. Hum-hum... tak, oczy miała zielone, spojrzenie zręczne, rzęsy - długie, i tę fascynującą głębie, w którą osuwałem się na przekór własnej woli, z zaledwie wyczuwalną nutą sprzeciwu.
Do czego więcej mam się przyznać? Miesiące później, gdy budziłem się w nocy nieświadomie wsłuchany w suchy szelest wydawany przez szarawe ćmy, ona budziła się również - patrzyłem, odległy na pół szeptu od jej ust, tak jak tamtego niewyraźnego, nieprzyjemnie deszczowego dnia.
Były takie z jej snów, z których budziła się ze szlochem. Nie mogłem jej często uspokoić; wyciszała się powoli, stygła i gasła, delikatny oddech jak szept stroszył jasne włoski na karku. Zaciskała ramię na mojej szyi, starając się opleść mnie jeszcze mocniej i bliżej wtedy, gdy bliżej i mocniej już nie można, bo to byłoby przelewanie się ciała w ciało, osmoza tkanek i coś nieludzkiego w takim pragnieniu bliskości. Bała się. Bywała przerażona strachem prawie zwierzęcym, zezwierzęcona wszystkim, co wykręcało jej sny w drewniane i podgniłe płoty, skrzypiące pejzaże opuszczonych Wesołych Miasteczek, spróchniałe wnętrza drzew, magicznie wydłubywane czarne oczka pluszowych zabawek - w końcu we mnie się wszystkie jej koszmary spełniały. We mnie przejaskrawionego owym niestałym balansem logiki snów, we mnie, mój drogi czytelniku.
A chwilami ufna jak dziecko zasypiała, spokojna, rozkosznie, pachnąco senna i w rozkoszne marzenia osuwała się z wolnym oddechem, i z westchnieniem, i ze światłem gładko rozproszonym na skórze. Wsuwałem dłoń w jej włosy.
4.
Pamiętam pewne gry, gry dzieciństwa którego następował zachód, w zimnych jak księżyc mrokach lasu. Ciemność nocy ciężką i obfitą, i powietrze, które wypełniało szeleszczące oddechem płuca, i chłodny dotyk srebrnego listowia na twarzy. Pamiętam kruche jak szkło gałązki pękające przy każdym kroku. Szalejący od ślepoty wzrok, desperacko wyczulony słuch. Las oddychał wolno, wiatr rozszeptywał drzewa, a pachniało żywicą i wilgotną ziemią, którą chwytałem silnie małymi piąstkami, z każdym roślinnie powolnym, pajęczo stabilnym krokiem. Zaślepiałem się w ciemność. Nasłuchiwałem. Obserwowałem niewyraźne, blade świetliki i gwiazdy, tlące się w swych rozwiewanych refleksach powierzchni leśnego jeziora. Wrażliwymi opuszkami palców badałem głębie czerni i delikatne zwichrowania gęstości fuliginowego fioletu nocy. Byłem cichy. Pozbawiony kształtów przez ciemności. Zredukowany do zewnętrznych granic solipsyzmu i nasączony myślami.
W tych grach, czytelniku, byłem uwodzony przez świat.
A dziś jeżdżę pociągami i metrem. Gry mojego dzieciństwa zostały przeinaczone i wyszarpnięte z ciepłego miąższu. Mniej już cynamonu, mniej słodkawych zapachów, natomiast więcej przekory w uśmiechach.
Spędzam długie godziny w bezruchu.
To puste chwile.
5.
Było wiele chwil, gdy wątpiłem we wszystko. Nie potrafiłem sobie poradzić, bo nie potrafiłem się przekonać, że właśnie to, w co wierzę, nie pozwala mi funkcjonować. Może byłem/jestem egoistą nawet w myślach? Może naprawdę zależało mi od zawsze na własnej wygodzie? Nawet wtedy, gdy - z definicji - powinienem przestać myśleć o sobie? Może jestem na tyle prymitywnym zwierzem, że kurczowo trzymam się słuszności własnych przekonań, tego wszystkiego, co z maniakalną manierą budowałem, co rewolucjonizowałem co jakiś czas, co kształtowałem z przekornym szaleństwem w uśmiechu?
Nigdy nie cierpiałem na chroniczne bezsenności. Ceniłem sen; ceniłem odpoczynek, rozkoszne lenistwo; cień, który można było uczcić wolniejszym, swobodniejszym krokiem niż ukrop i spiekotę słońca; chłodne jogurty i oszronione szklanki, w których z przyjemnym stukiem obijały się o siebie amorficzne kostki lodu, wreszcie - przyjemne, sorbetowe, sobotnie i popołudniowe chwile bezmyślnej, beztroskiej, kształtnej ciszy. Sięgam pamięcią do zaledwie jednego okresu, który zacierał mi powieki piaskiem niewyspania. Pięć dni, które dziś pamiętam raczej jako fakt z życia, mglistą i niekonkretną wzmiankę, i pięć nocy, zadziwiająco długich, zastałych, zastygłych, wyprofilowanych samym cieniem i światłem.
Czasowa ta bezsenność związana była - jak teraz przypuszczam - z prymitywnie banalnymi zmartwieniami, które dziś może nie straciły swego brzydkiego wydźwięku, ale nabrałem do nich dystansu danego sprawom sprzed lat, tym samym zaś - są bliskie nieważkim i nigdy nieistniejącym. Ta amputacja(wybacz, ufny czytelniku, że tak błądzę po przeszłości), przecież jedna z wielu, była niezauważalna w analizie czasu rzeczywistego. Teraz straciła nawet i wszelki pył, który pozostawia po sobie wszystko to, co palimy i zapominamy.
Chrabąszcze, te żywiące się takimi popiołami, mięsiste i spasłe, żerują w innych miejscach.
Dziś, podczas chwil zwątpienia, tak bliskich zwątpieniu tych, którzy wierzą w metalogiczne i metafizyczne bóstwa, czuje się bezbronny, ale potrafię zasypiać. Teraz zobacz - jak bardzo można nie zważać na to, co w dzień przynosi radość, a w nocy wbija się głębiej w skórę i kaleczy usta. Bluźniłem. Nie potrafiłem dłużej wierzyć. Zaprzeczałem. Sobie i jej.
A nad ranem... myśli okazywały się nieskładne, pozbawione sensu, niezręcznie bezzasadne. Uśmiechałem się.
Uśmiechałem.
Trochę.
6.
tu psota, tam figiel
Jak kot. Ruszałem się i mruczałem. Uśmiechałem, jak kot - przekornie. Nie przywiązywałem do ludzi. Polowałem na ćmy.
A życie zostawiało mnie z garścią słów, których nie zdążyłem już powiedzieć, i mizernie nieważkim plecakiem. Z tym pozbawionym smaku ciężarem na duszy. Z resztkami uśmiechu i tak słyszalnie rytmicznym stukotem pociągu.
Pół tysiąca kilometrów, sześć dni i teraz wracam, znów, tak odpychająco i tak rozkosznie zapamiętany w zapachu jej skóry.
Tak... było. Zabrakło mi, hm, wiary w coś i nie mam już powodu, by dalej pisać. Ot, od jednego milczenia do drugiego wypowiada się wiele słów.
Widzicie: jednak nie miałem pojęcia, jak ta historia się skończy. Teraz uśmiecham się, ale tak trochę bez wyrazu. Tak trochę niepotrzebnie.
" - Biolog powiedziałby, że masz szkielet zewnętrzny. Większość ludzi ma szkielet wewnętrzny. Lecz ty, z powodów znanych tylko Bogu, jak zwykło się mówić o ciałach anonimowych, spędziłeś całe życie na wymyślaniu sobie szkieletu zewnętrznego. Jak kraby i homary. I to, widzisz, jest okropne, bo robaki dostają się do środka i, jak babcię kocham, czują się tam jak u siebie w domu"
W. Golding
Kkot
piszcie:
poen@wp.pl
Tekst ten miał być chyba świadectwem czegoś innego. Może jednak i tak jest miłą odskocznią od tego, co zwykle piszę? Bo przez pewien okres... był.