Cichoszące miejce
1.
W moim domu rodzinnym nie było zegarów. Minuty przelewały się, zauważane jedynie w krótkie,
zimowe dni i ciemne ich poranki. Więcej wtedy cieni i więcej kurząt w parorożnych pokojach; szafy
zyskiwały na nowo ciemny czar przyjemnych czerni, skrzypiące zawiasy tak weseliście wyolbrzymiały
mi w cichych, przepastnych przestrzeniach. Krzesła i krzesełka, podnóżki i fotele z westchnieniem
wzbijanego kurzu usadawiały mnie we własnych wnętrznościach. Znad sufitu przyglądał się mi kocur,
którego nigdy nie musiałem dokarmiać.
W te dni, te najkrótsze, pojawiałem się w różnych zakątkach ubrany we wzorzysty i ciepły sweter,
brązowy z brzozami na piersi, a smutnym uśmiechem w oczach; w te dni przypominałem sobie o
pokoju babci, który ze swoimi szafkami, ukrytymi błyskotkami i twardymi poduszkami był mi bliski.
Wtedy też nikt nie pytał się o jakąkolwiek z godzin; głuchy zrozumieniem dom był zakątkiem na całej
mapie wysadzanych gwiazdami niebios. Pijąc jeszcze parujące mleko godne najsłodszych świątyń i
najmilszych panien wprost z rżniętego w herby pucharu przypatrywałem się refleksom światła i
załamaniom blasku. Przytulałem policzki do ciepłego szkła, zamykałem oczy – niejedno widziałem
mimo zamkniętych powiek.
Nierzadko wtedy, gdy niezaspokojony, wymykałem się z ciepłych wnętrzności pokoju do ciasnych
kitek wieszaka; tam, między ciężko pachnącymi ubraniami, których kolor wszedł mi głęboko we włosy,
oblegałem własną pomysłowość kilka nieskończonych knotów chwil, by wyskoczyć spomiędzy w
powszechnej ciszy. Między otaczającymi mnie przygarbionymi żebrami drewna wyzierały przeróżne
kamienie, przewieszone sznurkami, splecione w wesołym nieuporządkowaniu trwalszym niż wzory
piasku. Wyciągałem w półotwarciu ust rączkę, by zakosztować ciepła skóry i materiału ubrań. Ostre
cienie od niemej ulicy przechylały się, dogasając, posufiście. Oglądałem się za siebie, czując, jak z
przyczajonych ciemności coś się wylęga, jakieś zło, jakaś zjawa, bo wielkie były moje efemeryczne
giganty wyobraźni; pozbawione cielesności kończyły krzykiem gdzieś w kolejnym splocie zrozumienia.
Zza ściany przypatrywały mi się stare, a we mnie na nowo gaworzące, opowieści.
Były dni ciepłe mimo zimnych pór, mimo zaskarbionego do buzi puchu i śniegu. Owe dni bawiły mnie
soplami lodu, nawet znad przyziemnych wyżyn dostępnych moim małym, słabawym piąstkom.
Wzgórza zza okien przeradzały się w białe przestworza, powoli, wolno bielejąc zaparowanymi
szybami, w których odbijało się odbicie moje i jego.
2.
Tego dnia znad łoża wyglądał na mnie łapczywie swymi szklistymi i pełnymi niemego wyrzutu
oczkami. Był porzucony, jak zwykle, a pozbawione palców łapki zdawały się drgać w niecierpliwości
podniecenia. Siedziałem wrośnięty w głęboki fotel, wśród wytartych i rozprutych żółcią sypkiej gąbki
poduszek. Otrząsnąłem się dopiero słysząc chrobot i łoskot olbrzymich kluczy, noszonych przez mego
ojca. Skryłem się na to głębiej w fotelu; postać przeszła przez mrukliwą ciemność przedpokoju,
strzepnęła śnieg z ramion a do moich uszu doszedł przeraźliwie głośny odgłos rzucanych na blat stołu
kluczy.
Dni takie jak ten przebywają zapewne do dziś gdzieś w moich zakamarkach, ich niepoliczalny łańcuch
splecionych włókien złota, srebra, powykręcanego pamięcią szkła.
Wtedy ojciec mój, wielki sztukmistrz z miasta zielonego, zrzuciwszy sukno wierzchnich ubrań, a już
wiedzący swymi tajemnymi sposobami o mojej w fotelu obecności, przewędrował przez pokój babciny
i otworzył szerokie okna. Świetlisty czar zaklęty głęboko w unoszącym się w powietrzu kurzu
rozbrzmiał na nowo, sycąc mnie niejadalnie.
Przez na oścież rozparte lustrzane tafle szyb dotarł do mnie narkotyczny przepych kadzideł; wielkie
święto w chorągwiach i sztandarach musiało odbywać się za górzystym parapetem. Podbiegłem do
ojca, w jego spodni nogawkę wczepiłem się wątłymi piąstkami.
- Pawełku... wstań już z kolan – powiedział do mnie, przekrzywiając nieznacznie głowę; uśmiech na
jego twarzy odznaczał się delikatnie wyciętymi cieniami. Tak znajomy, tak bliski, że na jego widok
roześmiało się dziecko, jakim niechybnie byłem. Noszone okulary zdjął; teraz w dłoniach skrył swoje
oczy, przecierając z wolna powieki.
Po tym wszystkim wziął mnie i podniósł w wielkiej sile na dłoni, jak lekki kopczyk ze srebra,
wysadzany brązami szafirów. Na ulicę widok rozpościerał się szeroki, aż wsparty dłońmi o parapet
przybliżałem do szyby twarz. Zewsząd otaczały mnie maski, pokrzywione uśmiechy z papieru i czarne,
paciorkowate kocie oczy na krawężnikach. Do nieba wspinały się pajęcze stelaże szkielecich drzew.
- Zima... – zaczął mój ojciec – trzeba nam odkurzyć sanie i iść w bliskie góry. Co ty na to? Później
herbata, tak gorąca, że sama para ogrzeje zziębnięte czoło, czubek nosa i policzki...
Dni mijały, a ja poznawałem ciągle od nowa białe, nawisłe czapy śniegu, drzewa, które nawet korą
drzew nie przypominały. Chadzaliśmy, chwilami w wesołej rozmowie równych sobie, bliskich ludzi.
Czasami to przyjemne skupienie skrzypiące śniegiem pod stopami było ciepłym zimowym
towarzyszem. Ciasne trakty w śniegu kierowały nas ku krainom, których znane już miejsca, doliny i
wznoszące się łagodnie stoki, nabierały cech nowych, czaru jakby dawniejszego i bardziej
tajemniczego niż kiedykolwiek.
Wracaliśmy do ciepłych pieleszy domowych nieskończonych przedsionków i izb. Trzy schodki, po
których przez długie lata chodziłem z niepewnością i przepojony lękiem o karkołomny upadek, by
zaraz skrzypiącą klamką rozewrzeć ciemności przedpokoju. Zza załomów ścian i krętych przejść
między pokojami światło i zapach wypychało najmniejsze zakamarki, szczeliny pełne pajęczych nici.
Wiele lat później te same drzwi otwierałem w równym rytmie. Melodia przenosiła stopę za stopą, a od
drzwi, zerkając i wdychając pełną piersią, witałem cały mój dom, skurczony już i bardziej zamknięty w
starzejących się wraz ze mną ścianach.
- Wróciłem... – padały słowa.