| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
Poniedziałek 13 sierpnia 2008 roku był dniem długo oczekiwanym przez miliony polskich uczniów, ich rodziców, rodzeństwo, znajomych, znajomych rodziców, sąsiadów, dalszych krewnych, słowem przez prawie wszystkich. Tego dnia Minister Edukacji Narodowej Roman Jacek Giertych przestał być Ministrem Edukacji Narodowej. Został odwołany ze swego ważnego stanowiska i nic już więcej nie wymyśli głupiego. Co by o nim nie mówić, jedną dobrą rzecz zrobił. Chodzi o pomysł, żeby wywalić Gombrowicza ze spisu lektur obowiązkowych.
Czytanie Gombrowicza w kręgach pseudointelektualnych jest dziś prawie tak samo modne, jak czytanie "Mistrza i Małgorzaty". Wszak był zakazany za komuny, więc musi być wielkim pisarzem. Wszyscy krytycy literaccy - nawet ci, którzy zamiast zaczynać dzień od przeczytania recenzowanego właśnie dzieła, zaczynają go od lektury recenzji tegoż dzieła, stworzonej przez kolegów po fachu, by za chwilę napisać coś o dokładnie odwrotnym wydźwięku - zgodnie wynoszą Gombrowicza pod niebiosa. Gombrowicz jest sexy, Gombrowicz jest trendy. W dodatku gdy pewnego pięknego dnia okazuje się, że w proponowanym przez min. Romana wykazie lektur szkolnych zabrakło miejsca na Gombrowicza (co za bezczelny atak na Gombrowicza!), najostatniejsi maruderzy pośród krytyków, co dotąd jakimś cudem nie zdążyli wygłosić ani jednego peanu na cześć Gombrowicza, teraz automatycznie widzą Gombrowicza w panteonie polskich bóstw, gdzieś między Janem Pawłem II a Piotrem Wysockim *. Gombrowicz zostaje świętym męczennikiem klasy intelektualnej, ukrzyżowanym przez krwiożercze hordy Młodzieży Wszechpolskiej.
Równocześnie z kanonizacją Gombrowicza następuje automatycznie wielka nagonka na autorów tych lektur, które nie są zgodne z duchem Gombrowiczowskim. Przede wszystkim lecą litry plwociny na Sienkiewicza, bo wieść głosi, że Sienkiewicz podoba się ministrowi Giertychowi. No, jeśli Giertych lubi Sienkiewicza, to ten Sienkiewicz to z pewnością nic innego, jak kicz i tandeta dla mas! Nie może być zresztą Sienkiewicz wielkim pisarzem, skoro jego dzieła jest w stanie zrozumieć każdy. Wielcy pisarze muszą być w połowie zrozumiali tylko dla krytyków literackich, a w drugiej połowie w ogóle niezrozumiali. Muszą też być zakazani w czasach komuny, a przecież Sienkiewicz nie był zakazany ("Ogniem i mieczem" tylko potwierdza regułę).
Zaraz znajduje się tysiąc argumentów przeciwko Sienkiewiczowi. A to, że pisał pod publikę, dla samej chęci zysku (co za niegodziwiec!). A to, że przekłamywał niezbite fakty historyczne (zbrodnia!). A to, że miał matkę Żydówkę **. Nagle okazuje się, że to nikczemnik i bandyta, ale w wyniku rozlicznych manipulacji najpierw endecji ***, potem hitlerowców, a wreszcie komunistów wyrósł nagle na narodowego wieszcza i dziś dopiero, w wolnym, demokratycznym (ave!) kraju ośmielamy się podnieść kurtynę zakłamania i pokazać Sienkiewiczowi, gdzie jego miejsce.
Autor niniejszego felietonu bardzo szczerze wam powie, że ma głęboko gdzieś, czy Pan Wołodyjowski istniał naprawdę i czy wysadził się w zamku kamienieckim, bo nie chciał poddać się niewiernym Turczynom, czy też zginął podczas próby sromotnej ucieczki z tegoż zamku. Tak czy siak ciekawiej się czyta o przygodach Małego Rycerza i Pana Zagłoby, aniżeli o beznadziejnie nudnych poczynaniach Józia, profesora Pimki i innych Syfonów. Chciałbym ten dobitny fakt uświadomić przytłoczonym ciężarem własnych ego mózgownicom szanownych panów krytyków. Żyjemy w czasach wtórnego analfabetyzmu. Jeśli młodzież nasza piękna kiedykolwiek zechce coś przeczytać poza ciekłokrystalicznymi ekranami swoich telefonów komórkowych, to nietrudno przewidzieć, że prędzej będzie to Sienkiewicz, niż jakieś banialuki o pupach i gębach.
Niezależnie od tego, czy Trylogia jest uważana za garstkę wymądrzających się kretynów za powiastkę sensacyjną, ociekającą seksem, przemocą i rasizmem, jest to powiastka wielka. Jest wielka, ponieważ ośmiela się pokazać Polskę jako mocarstwo, któremu nikt nie podskoczy, choćby się pięć wrażych narodów naraz nań rzuciło. Jakie to dziś niemodne. Modnie jest dziś mówić, że Polska jest beznadziejna i nic, tylko stąd spieprzać, byle szybko i w podskokach, jak św. Witold Gombrowicz w 1939 roku. Mamy same afery, korupcję, polityków-nierobów, mafię katolicką, tępe i zalkoholizowane społeczeństwo, a w ogóle to komuniści tutaj kamienia na kamieniu nie zostawili. Bo taka jest obowiązująca, jedynie słuszna wizja naszego kraju, tak nam ją wymalował Mistrz Gombrowicz! I co z tego, że to wszystko prawda? Nie ma to najmniejszego znaczenia, bo książki nie są po to, by pokazywać to, co jest. Koń jaki jest, każdy widzi. Rzecz w tym, żeby ktoś od czasu do czasu powiedział parchatej szkapinie, że jest pełnokrwistym ogierem, a być może ona w to uwierzy i popędzi naprzód jak ogier. Siła perswazji potrafi czynić cuda. Także w drugą stronę. Jak się przeczyta "Ferdydurke" czy "Trans-Atlantyk", ma się tylko ochotę wbić sobie samurajski miecz w brzuch i powoli czołgać się w stronę cmentarza. Byle tylko katolickiego. (Czemu powoli? A spróbuj się szybko czołgać z metrowej długości kawałkiem żelastwa w bebechach.)
Wracając jednak do dzieciątek naszych kochanych. Dlaczego i za jakie grzechy mają one, zamiast lekkostrawnego i optymistycznego Sienkiewicza czytywać po nocach nudnego i defetystycznego Gombrowicza? Czy zależy nam, by biedactwa całkiem zniechęciły się do literatury? By doszły do wniosku, że książki to tylko bezsensowne biadolenie i rozrywka dla wapniaków? Czy w ogóle obchodzi nas, co młodzież czyta, czy też może chodzi li i jedynie o to, by paru debili z wysokim mniemaniem o sobie miało możność pokazania maluczkim, że Gombrowicz wielkim pisarzem jest?
Czasami zastanawiam się, czy istnieją jakieś wytyczne co do tego, co powinno znaleźć się na liście lektur. Kiedyś na pewno istniały. Za tej znienawidzonej i wyśmiewanej komuny nikt jakoś nie zmuszał dzieci do czytania wypocin Marksa, chociaż ideologicznie pasowały, były nudne i niezrozumiałe dla większości ludzi. Lektura doskonała, zdaniem dzisiejszych krytyków . Podobnie jak Gombrowicz. Nie jest przypadkiem, że właśnie Gombrowicz jest dziś na wyżynach. Jest nudny. Jest niezrozumiały. Jest zgodny z ideologią. Ideologia XXI wieku to powszechna i bezgraniczna tolerancja. Dlatego właśnie na czele lektur musi być książka napisana przez geja. A treść? Nieważna. Koniec, bomba, kto czytał, ten przeczytał.
Pewien Gość
zlosliwiec(usuń)epf.pl
PS. Wcale nie uważam Gombrowicza za palanta. Potrzebowałem chwytliwego tytułu.
* Podporucznik, nocą z 29 na 30 listopada 1830 roku pod jego przywództwem zaatakowano Belweder, inicjując powstanie listopadowe. Powstanie oczywiście upadło, a jedną z przyczyn było przekazanie władzy osobom przeciwnym walce z zaborcami. Co nie przeszkodziło zaliczyć Wysockiego i innych do grona bohaterów narodowych.
** Sienkiewicz wywodził się z rodziny szlacheckiej, co prawda ubogiej, ale na pewno nie żydowskiej. Niemniej - zgodnie z narodową tradycją - jeśli chcemy już kogoś poniżyć, to znajdujemy mu żydowskie korzenie.
*** Narodowa Demokracja - coś jakby LPR początku XX wieku. Jednym z żelaznych punktów programu politycznego ND był zagorzały antysemityzm.
26.08.2007