Fikcje



Jeśli rządzą nami przypadki, to jaką możemy czerpać przyjemność z życia, które przypomina obserwowanie flippera z perspektywy kulki? Jeśli instynkty wygrywają z logiką, na co nam proces myślenia, zdobywania wiedzy? Gdy wszystkie nasze poczynania sprowadzają się do zaprogramowanych odruchów, trudno o nową jakość. Co by nią mogło być? Asertywność – odpada, poglądy – odpadają, wypracowywanie kompromisu, kulturowego czy społecznego – odpada. Bo instynkt, instynkt, instynkt.

Jego zaprzeczeniem jest już napis na pudełku zapałek: nie dotykać, gdy płonie. Przeczytać ostrzeżenie i dotknąć zapalonej zapałki to dwie różne sprawy. Podobnie jest z tekstami. Nie wystarczy umieć czytać, nie wystarczy umieć pisać. Co gorsza, zwykle nawet połączenie dwóch powyższych umiejętności nie gwarantuje niczego dobrego. Najprościej jest się od razu sparzyć.



Muchy i ludzie

Na średniej wielkości muchy nie zwraca się większej uwagi. Niesłusznie. Średni czas potrzebny na zabicie średniej muchy wynosi pięć minut. Przypuśćmy, że takich much mamy codziennie dwie sztuki. Przez dwa miesiące wakacji daje to 62 dni x 10 minut, czyli w sumie 620 minut. Przy trzech miesiącach wakacji liczba minut wzrasta do 920. Daje to ponad piętnaście godzin, czyli w czasie trzech miesięcy ferii letnich jeden dzień przypada na zabijanie upierdliwych much.

Skąd u Daniela ta niczym nieuzasadniona mania musza? Dochodzi tu jeszcze fiksacja matematyczna, prezentuje nam on również dokładne wyliczenia. Być może chciał się wpisać w znaczący przecież nurt grecki, tyle że zamiast Homera na przewodnika wybrał sobie Pitagorasa. Pobrzmiewa w przytoczonym fragmencie nuta niedowartościowania, tak, jakby ową średnią muchą był sam autor, którego nikt nie docenia, nie poświęca należytej uwagi. Wszyscy dopominamy się akceptacji, najwyraźniej potrzeby Daniela są w tym względzie dużo większe niż u innych. No bo czy komuś przyszłoby do głowy wyliczać czas potrzebny na zabicie x much? To takie wołanie, dopraszanie się o uwagę. W domyśle czytelnik powinien zadać sobie pytanie, ile czasu poświęcił na kontakty ze swoimi bliskimi (tu pod postacią much). Oczywiście najbardziej zależało pewnie Danielowi na uświadomieniu, jak mało zajmuje się wąsko rozumiane społeczeństwo nim samym, jak mało znaczy w porównaniu z muchami, którym poświęca się cały dzień. To oczywiście duże uproszczenie, ale z jakże dużą siłą rażenia.



Piły i drzewa

Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile człowiek wyposażony w elektryczną piłę motorową może zmienić w otaczającym was krajobrazie? Jest sobie piękny, rozłożysty i rzucający cień dąb. A tu nagle: ziuuum! i nie ma dębu. Albo weźmy na ten przykład tamtą topolę – stoi, a tu nagle: ziuuum! i nie ma topoli. Fajnie nie? Iść sobie z włączoną piłą w dłoni i ziuuum! na prawo, na lewo. Chciałbym tak sobie dreptać z morderstwem w dłoni, kosząc nie pasujące mi elementy. Ciachać, ciąć i rżnąć, aby po chwili stanąć samotnie wśród rozczłonkowanych korpusów sikających krwią...

Jeśli Phantasmagor chciał dostarczyć pożywki krytykom światka gier komputerowych, którzy upatrują w nim wszelkie zło, to mu się udało. W przytoczonym fragmencie brakuje właściwie tylko ludzi, ale to sobie można dopowiedzieć, alegoryzując drzewa do postaci dwunożnych, dorabiając ideologię tysiącletniego dębu Bartek (imię niejako samoistnie nadaje mu cechy ludzkie). To jednak tylko powierzchowne spojrzenie na powyższy cytat. Dąb i topola mogą bowiem równie dobrze symbolizować nie ludzkość jako taką, a jedynie jej bardzo szczegółowych przedstawicieli, najpewniej rodziców autora. Pozostaje pytanie o przyczyny tak wielkiej nienawiści do własnych protoplastów. Wszak krew z krwi, kość z kości – wydawałoby się, że Phantasmagor powinien być im wdzięczny. A jednak nie, kiełkuje w nim ziarno destrukcji, a nawet autodestrukcji, bo przecież zabijając dawców swoich własnych genów zabija jakąś część siebie. Sytuacja porównywalna do tej, w której rodzice uśmiercają własne dzieci. Krew z krwi... Oczywiście cały czas mam świadomość, że póki co radosna destruktywność jest jedynie pobożnym życzeniem autora, ale właśnie: życzeniem. A więc czymś, co chciałby, aby się spełniło i do czego będzie z pewnością dążył w przyszłości. Czy ktoś zdoła odpowiednio wcześnie zaalarmować Phant-mamę i Phant-tatę?



Ave Fella-tio

Na wyżyny samowystarczalności wspina się jednak Phantasmagor w swym największym dziele – „Mam jedenaście palców, o jeden za dużo”. Ta miniaturka z przewodnim motywem fallicznym wywołała słuszne oburzenie w kręgach katolickich, które do tej pory uznawały prokreację za coś, czego nie ma, ale też jednocześnie za nadrzędną wartość w związku małżeńskim. Phantasmagor idzie krok dalej, pokazując, że dodatkowy „palec” jest właściwie człowiekowi zbędny, bo jeśli nawet komuś nie wystarczą własne paluchy, to zawsze może poprosić o użyczenie tychże ot choćby jakiegoś przypadkowego przechodnia przechodzącego późną porą przez park, o ile oczywiście ów przechodzień nie zacznie z niezrozumiałych powodów krzyczeć. Zdarza się i tak.



A za stołami

Nie można pominąć wysokiego „C” w zbiorku opowiadań Martiki. „O ja pierdolę, myszy na stole” stanowi znakomity przykład dytyrambu optymistycznego, w którym bohaterka spotyka się ze znajomymi, kupuje w sklepie likier jagodowy i upija się tym likierem do nieprzytomności. Kiedy budzi się około północy, obserwuje niezwykłe zjawisko: białe myszki harcujące w najlepsze między słonymi paluszkami i orzeszkami zimnymi. Na to wyrywa się dziewczynie okrzyk „Hurra, widzę!”, zapomina ona bowiem o tym, że tego wieczora nie piła trefnej, rosyjskiej wódki, a jedynie likier.



Podżegnania

Na deser zostawiłem wywrotowy esej Donalda o znowelizowanym kodeksie karnym. Ów dokument zawiera kilka ciekawych punktów, między innymi możliwość zastrzelenia kierowcy, który nie zatrzymuje się przy autostopowiczach (rozszerzona obrona konieczna) oraz przyzwolenie na kradzież w sklepie spożywczym jednej butelki wódki i jednego słoika kiszonych ogórków w momencie, gdy człowiekowi naprawdę, ale to naprawdę chce się pić (to w ramach solidarnego państwa socjalnego). Niestety kodeks przemilcza tak istotne sprawy, jak kara za rzut glebogryzarką w sąsiada czy potajemne wypicie ostatniej butelki wina na imprezie składkowej. Wprowadzenie znowelizowanego kodeksu w życie napotka zapewne opory ze strony karnistów, którzy twardo stoją na stanowisku, iż osoby przebywające w zamkniętych zakładach psychiatrycznych nie powinny stanowić prawa. Ale to się jeszcze zobaczy, bo jak powiedział premier – „Kto wie, czy właśnie tam, w tych białych salach bez klamek, czy tylko tam nie dotarł jeszcze wszechwładny układ...”

Psychiatryk ostatnim bastionem normalności? Właściwie czemu nie.



Tuxedo