Deszcz
Czekałam na to. Żeby wreszcie przez otwarte okno napłynął ten zapach, który tak dawno mnie nie odwiedzał. Zapach deszczu. Do tej pory pachniało słońcem. Wyschniętymi liśćmi i suchym piaskiem na ulicy. Pachniało brakiem cienia i wiatru. Dlatego dziś, kiedy powiew powietrza rozwiał mi włosy, poczułam taką cichą radość oczekiwania. Już niedługo…
I zaczęło się. Z nosem przyklejonym do szyby patrzyłam na pierwsze krople, widoczne na tle zapalonej lampy przy moim domu. Kap.. kap… kap… Ale jeszcze nie teraz, to jeszcze nie to na co czekam. Mijały minuty a ja trwałam w oczekiwaniu. W oddali zagrzmiało. Burza zapowiadała swe przybycie. I w końcu deszcz się zmienił. Przestał delikatnie gładzić trawę, tak jakby się z nią bawił. Uderzył całą swoją siłą, którą gromadził przez tak długi czas. Zbierał ją z każdego zakątka ziemi, pielęgnował i kształtował, aby z małych jej części stworzyć większe dzieło. Aby być dowodem, że ta siła jest cały czas wokół nas, mimo, że jej nie widzimy.
Bose stopy zbiegają po schodach. Jak najszybciej, żeby nie stracić nic z tego co się dzieje na zewnątrz. Trzasnęły drzwi od tarasu i poczułam pod palcami najpierw mokre kafelki a potem zimną trawę. Nie czułam nic poza nią i poza deszczem spływającym po moich włosach i po twarzy. I poza radością. Taką prostą, najzwyklejszą. Z tego, że ta trawa tak cudownie chłodzi zmęczone nogi, z tego, że jest ciemno, a mimo to wiem, jak musi teraz być pięknie. Z tego, że deszcz jest wszędzie wokół mnie, że otula mnie swoją otoczką, przyjmuje do siebie. Słyszałam tylko krople padające na moje ciało i grzmoty gdzieś tam, wysoko. Ale nie bałam się ich. Bo dlaczego miałabym się bać? Mokra koszula kleiła mi się do ciała a grzywka wpadała do oczu. Wiatr opływał mnie i czułam się tak jakby mnie unosił, jakby była tam na górze, wysoko, ponad chmurami i wpatrywała się w księżyc. I nie wiem skąd wzięło się we mnie to przekonanie, że przecież wszystko będzie dobrze. Może to deszcz przyniósł wraz ze sobą taką wiadomość od kogoś, kto chciał, abym to poczuła. Nie wiem. Ale czy to ważne? Ważne jest to, że ta pewność we mnie pozostała.
Później długo leżałam w moim łóżku w ciemnościach i ciszy, zakłócanych jedynie przez szum deszczu i światło błyskawic. Gdzieś tam szumiał wiatr w gałęziach drzew. Nie wiem co powiedziała mi ich muzyka, ale wiem, że niosła ze sobą spokój i ukojenie. To, czego ta bardzo dziś potrzebowałam. I teraz jakoś lżej i ciszej w moim sercu. To nie jest euforia, nie skaczę z radości. Nie uwierzyłam w niemożliwe, nic gwałtownego się nie stało. Ale ja chyba wreszcie zrozumiałam, że jestem szczęśliwa.