Sarius w poszukiwaniu zaginionego internetu.
Jest 28 lipca 2007 roku, siedzę w swoim gorszym domu w Lipsku, przy swoim gorszym kompie, do którego jest zaprzęgnięty jeszcze gorszy net (nawet najgorszy ze wszystkich które miałem okazję użytkować). Weszłoby się na forum, pogadało z kimś, poczytało jeden z milionów nudnych serwisów, które zabierają miejsce na światowych serwerach, spamują nasze skrzynki pocztowe lub krzyczą że powinniśmy kupić ich super-hiper-extra-maxi-gówienko_w_kolorowym_papierku, bądź powiększyć sobie penisa. I jak myślicie? Czemu tego nie robię? Bo cholerny dostawca internetu, pewna firma, której nazwy nie wspomnę, ma tak daleko poza zwieraczami użytkowników swoich łącz, że dalej śpi w najlepsze.
Dobrze, dosyć wrzucania na ISP (Internet Service Provider) , czas opisać coś od strony kuchni. Otóż ja, zwyczajny (albo i nie) człowiek, mam okazję użytkować łącze tej_firmy, a jednocześnie być jej pracownikiem (wakacyjne dorabianie). Sprawa nie wygląda różowo, a życie pracownika tej_firmy nie jest usłane różami, ani nawet fiołkami czy innymi rumiankami, chyba już najprędzej pinezkami :). Człowiek pracujący w firmie takiej jak ta, nie ma zbyt miłego życia. 6 dni w tygodniu, domyślnie 8 godzin (co potrafi się przeciągnąć nawet sporo powyżej 10 czy 12), narażony na różne niebezpieczeństwa, nieprzyjemne warunki atmosferyczne albo na przykład... firmowe samochody.
Powiedzmy że od nich zacznę – samochody w firmie to wręcz potwory – miałem okazję poruszać się trzema z czterech dostępnych aut. Mówię Wam, cudowne przeżycia. Pierwszy dzień pracy – poniedziałek. Spoglądam na niezbyt zachęcającego, zniszczonego i dziurawego niczym ser szwajcarski poloneza (chociaż myślę że wytwórcy w/w wymienionego sera mogliby brać z niego przykład), to mój dzisiejszy środek lokomocji, po zabraniu podstawowego sprzętu niezbędnego do pracy (wiertarka, wiertła, kabel-skrętka, anteny, stelaże, falowody) razem z nowo poznanym współpracownikiem wsiadam do tego cudu techniki końca XX wieku. Kilkanaście sekund później jesteśmy już w drodze do pierwszego klienta... no tak... jesteśmy w drodze, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu... otóż limuzyna, którą mieliśmy okazję jechać, z niewiadomych przyczyn stanęła na środku najbardziej ruchliwego skrzyżowania w mieście i ni cholery nie chciała ruszyć. No cóż, takie życie. Trzeba pchać. Po sporym wysiłku związanym z pchaniem trupa na kółkach w 38-stopniowym skwarze w końcu ktoś odholował drania. Cóż, to tylko samochód. Oczywiście to nie jedyna przygoda z samochodami w tej firmie. Poldek #2 to pojazd trochę mniej dziurawy niż pierwszy, ale do stanu używalności nadal wiele mu brakuje. Zmuszeni koniecznością wykonania zadania, zapakowaliśmy do niego niezbędnik monterski (dorzucając jeszcze drabinę i linę) i z bardzo entuzjastycznym podejściem („Czy ta j***na kupa g**na w ogóle jeździ?”) wsiedliśmy do środka. Bardzo optymistycznie nastrajał syf, jaki był wewnątrz, a chyba już najbardziej perspektywa jazdy przy 38*C w samochodzie, w którym połowa okien się nie otwiera. Na szczęście traumatyczne przeżycia nie trwały zbyt długo... samochód, przeczuwając naszą niechęć, wywalił cały tylny układ hamulcowy tuż za bramą zakładu... Ojeeeeej cóż to za ogromne nieszczęście :P. Podejście #3: Volkswagen, auto niemieckie, koloru białego, oczywiście w podobnym stanie co dwa poprzednie egzemplarze. Jak zwykle, po zapakowaniu „niezbędnika” wyjechaliśmy ciężko pracować – 35*C, po wykonaniu pierwszych 'questów' (w zaskakująco krótkim czasie oraz bez większych problemów) przyszła pora na gwóźdź, niekoniecznie programu... chyba już prędzej do trumny: w polach, gdzieś daleko poza cywilizowanym światem, w miejscu gdzie gołębie zawracają dał się słyszeć huk, którego skutkiem było urwanie tego co pozostało z tłumika, oraz zatrzymanie pojazdu. Po jakiejś godzinie, nadciągnięciu odsieczy i odholowaniu wozu, znalazłem się w firmie. Pozostałych „limuzyn” nie było. Dzięki temu przypadkowi, zostałem oddelegowany do pracy w klimatyzowanym (i zasyfionym) serwisie komputerowym.
Serwis to takie miejsce, gdzie ludzie przynoszą swoje kompy, drukarki, monitory, oraz inne podobnego typu rzeczy i będąc niemożliwie upierdliwymi dla serwisantów osobnikami egzekwują naprawę sprzętów, „na wczoraj”. Na nic tłumaczenie że jest się już po pracy, że w domu czeka rodzina, że jest się umówionym – ot po prostu ma być i koniec. A dlaczego? „Bo syn nie ma na czym grać”, „Bo żona mnie zabije”, „Bo chcę obejrzeć film”, co to kogoś obchodzi że serwisant, będąc również monterem przesiadywał pół dnia na wieży kościoła, uwiązany badziewną linką, żeby komuś dać okienko na świat? Albo że o mało nie spadł ze śliskiego dachu domu, ratując się tylko marnym gwoździem, próbując po raz setny optymalnie ustawić tę pieprzoną antenę? Co kogoś obchodzi że w pracy siedzi już 12 godzin zamiast regulaminowych 8? No właśnie... nikogo! Ostatnio współpracownicy zostali zmuszeni do pracy na dachu, w bardzo wysokich temperaturach (38* w cieniu, plus jeszcze nagrzana do wysokiej temperatury blacha) montując maszt antenowy (pierońsko długie, i raczej średnio łatwe w montażu cholerstwo z wielką anteną), tylko dlatego, że jakiś nienormalny człowiek zażyczył sobie netu... „tu i teraz”, a nie „za parę dni, jak będzie chłodniej”. I jak myślicie, jak się to skończyło? Ano świetnie – 2 ludzi do pracy mniej - udar słoneczny = hospitalizacja. Świetnie, zleceń coraz więcej, rąk do pracy mniej, pełen serwis kompów, pełen komputer zleceń. W jednej chwili zajmuję się składaniem 2 komputerów i instalacją systemów na 4 kolejnych, bo: „klientowi trzeba kompa na godzinę 17.00”, dodatkowo jedząc na szybko śniadanie (a może i śniadanio-obiad), a kogo obchodzi to że dostawca płyty Asusa, miał gdzieś ludzi, którzy będą musieli zająć się złożeniem sprzętu i nie dał sterowników? Internet w ruch, pendrive w ruch (niech spoczywa w pokoju:( ), dupa w ruch (zasada 3x ruch) i do roboty. Godzina 19.00 - 2 godziny po oficjalnym zakończeniu dnia roboczego – gdzie? Ano w pracy, jeszcze 2 kompy „to go” i można jechać do domu (stopem, w deszcz, bo autobusów już nie ma – takie życie, a ludzie z Radomia są wredni i rzadko biorą na stopa). Oczywiście są też wyrozumiali klienci, ale raczej rzadko, zazwyczaj pierwszą osobą, która dostaje opiernicz że coś nie działa jest serwisant (jakby to była moja wina że ktoś kupił wadliwą kartę graficzną, albo nie wyłączył kompa podczas burzy).Z ciekawszych przypadków, jakie mi się trafiły, to choćby kobieta która przynosi swojego kompa około 4-5 razy w miesiącu, bądź komputer, który za cholerę nie chce się zresetować (nawet pomimo tego że właściciel z uporem maniaka zapewniał iż są z tym problemy), na nic całodobowe benchmarki! Albo klient, któremu rzekomo nie działał net – jak się okazało, jego pecet miał spalony zasilacz oraz płytę główną i w ogóle się nie uruchamiał, ale fakt – jak nie działa komputer, to i internet nie zadziała:P Logiczne.
Oczywiście nie samym serwisem człowiek żyje - czasem zdarzają się fajniejsze rzeczy. Na przykład ostatnio, w jakiś bliżej nieokreślony sposób (net stumbler:P), główny admin i człowiek_który_wie_wszystko wykrył urządzenie, które było przyczyną zakłóceń w sieci osiedlowej. W akcji rodem z filmu sensacyjnego, wyposażeni w anteny kierunkowe, notebooki, zewnętrzne karty sieciowe, oraz MAC-Adres nadajnika, pod osłoną nocy ruszyliśmy w okolice zakłócanego osiedla. Po kilkudziesięciu minutach, udało się namierzyć dom, a tutaj już zadziałała policja, wraz z administratorem sieci. Mission Acomplished:P.
A żeby nie było że firma jest święta, trochę o jej postępowaniu w stosunku do klientów. Jak wiemy internet ma złożoną strukturę, sieć serwerów, różnego typu połączenia pomiędzy nimi, różnego typu karty sieciowe, punkty dostępowe, routery, a gdzie dużo połączeń, tam też dużo problemów. Ludzie zakładają internet, myśląc że odmieni ich życie... fakt, czasami odmienia, ale czy na lepsze? Godziny telefonów, dni, tygodnie a czasem miesiące czekania... i co? Właśnie, ciągle jakieś problemy, ciągle coś trzeba naprawiać, ciągle zmieniać, ulepszać, a i tak ciągle komuś coś nie działa... a jak reaguje serwis? „Tak, wiemy o problemie, dzisiaj ktoś państwa odwiedzi, dziękuję za rozmowę”, tak wygląda teoria – wręcz wzór postępowania z niezadowolonym klientem. Gorzej jednak w praktyce – w panelu serwisowym, w którym przyjmowane są zgłoszenia niektórzy ludzie czekają na serwis nawet po 1-2 miesiące... oczywiście nadal płacąc za internet i... VOIP. Tak, ta_firma dostarcza również usługi telefonii internetowej. Może to i ciekawe rozwiązanie, ale w wykonaniu takim jak tutaj nie polecam - stabilne jak dawno zainstalowany i zaniedbany Windows '98. Już prędzej pocztą polską uda się wysłać ważne informacje i ich nie zgubić, niż porozmawiać za pomocą tej „cudownej usługi”.
Hmmm... o czym jeszcze nie wspomniałem? A, już wiem, o oprogramowaniu stosowanym w firmie:). Od frontu, od tej jasnej strony księż... yyyy firmy, wszystko ładnie, pięknie, plakaty promujące oryginalne oprogramowanie, olbrzymie pudła stylizowane na BOXowe wydania oprogramowania MicroShi...softu, a co na zapleczu? Ano właśnie – istny „dark side of the moon” - nielegale, brak certyfikatów, pobieranie opłat za reinstalacje systemu, bez żądania jednocześnie płyty z oryginalnym softem. No cóż, najwidoczniej: „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Po co się przejmować tym, że kogoś się w ten sposób okrada? Ważne żeby napchać swoją kieszeń, no nie? Czy ktoś to zmieni? Nie! Bo po co?
Lada chwila, kolejny dzień pracy, kolejny dzień walki z antenami, skakaniem po
wysokich dachach, męczenia się z niemiłymi klientami, niezbyt „user-friendly”
komputerami i sam (któryś) bóg wie jeszcze czym. Ale tak już jest – chcesz mieć
co żreć? To zap*****laj! Bo za darmo to nawet w mordę nikt Ci nie da. :P
Tekst ten został napisany w celu zniszczenia stereotypu informatyka – człowieka
który ma ciepłą posadkę, pracuje w dobrze wyposażonych firmach, ma wysoką
pensję, dobry samochód służbowy i ogólnie cud miód i orzeszki, a także ku
przestrodze – nie wierzcie nigdy informatykowi/monterowi – oni lubią kłamać:P.
Jeszcze niedawno sam myślałem że każdy człowiek który ma do czynienia z
komputerami ma genialne życie (no chyba że jest się adminem w dużej firmie:) ),
jak widać, niekoniecznie:).
Tekst dedykuję tym którzy chcą, aby dla nich był dedykowany, oraz mojemu pendrive'owi, który został w jakiś niewyjaśniony sposób zabity przez komputer serwisowy ( R.I.P)
P.S. Chomiki rules! :P
P.S.2 Tekst spóźniony o miesiąc, ponieważ moja pierdołowatość pozwoliła zapomnieć o wysłaniu go do AM :)