Silni własną słabością?
Żeby
pisać o patologiach nie trzeba od razu wynajdywać przykładów
skrajnych. Tych dostarczają nam codziennie serwisy informacyjne. Bo
patologią są nie tylko rodziny alkoholików, narkomanów.
Być może oni nawet mają lepiej – w stanie upojenia nie myśli
się o życiu, żyjąc myśli się o kolejnej dawce alkoholu/narkotyku. Co
natomiast mają powiedzieć ci, którzy codziennie bombardowani
są przemocą psychiczną? Oni wyglądają normalnie, psychiczni kaci
troszczą się o to, by z zewnątrz nie można było powiedzieć o nich
złego słowa. Są przykładnymi ojcami, matkami, dobrymi pracownikami.
Nietrudno być dobrym pracownikiem, jeśli wszystkie frustracje
można wyładować w zaciszu domowym.
Dlaczego
tak?
Myślę, że powyższe pytanie ofiary zadają sobie bardzo
często. Odpowiedzi jest kilka, można stosować je wymiennie. Problem
zaczyna się, gdy w którymś momencie przestaje się wierzyć we
własne kłamstwa.
A przecież to nie kłamstwa, przecież to nasze
cnoty.
Rozsądek. Nie można iść przez życie samemu. Dookoła
wszyscy tworzą rodziny i jakoś żyją. Lepiej, gorzej, ale jednak.
Samotni są na uboczu, wyrzutki społeczeństwa, niemal margines
społeczny. Szybko się staczają. W małżeństwie się nie staczają? A
jakże, tyle że tam zawsze można się wyciągnąć na powierzchnię z
pomocą drugiej osoby. Albo pociągnąć ją za sobą, to zawsze
raźniej.
Posłuszeństwo. Czcij ojca, czcij matkę. Jeśli oni
mówią, że to już czas, to przecież wiadomo, że muszą mieć
rację. Przemawia przez nich głos, mądrość całych pokoleń. Ten głos
przemówi także przeze mnie, kiedy moje dzieci dorosną. Wskażę
im tę jedyną i właściwą drogę, gdzie wyrachowanie zastępuje uczucia.
Tylko czy znajdę coś jeszcze, czy do przekazania pozostanie tylko ta
jedna, wpajana od pokoleń formułka? Jesteście męż. i żon.
Wiara.
Bo przecież druga osoba się zmieni, tylko po ślubie. To będzie taki
magiczny, czy też uświęcony moment, że wszystko w człowieku pęka,
całe zło zostaje poza nami, rodzi się coś dobrego, będzie się to
rozwijało i umacniało. Że u innych tego nie obserwuję? Ślepota
pokoleniowa.
Ogromna
rola przyzwyczajenia
Nic tak nie napędza człowieka, jak
rutyna. Jest to niewątpliwie paradoks, ale na pewno nie sprzeczność.
Plany, nadzieje i marzenia zastępuje automatyzm. Idealnie, gdy jest
to połączone z jakimś bodźcem zewnętrznym, np. wychowywane dziecko,
nieważne, w jakim by ono nie było wieku. Wtedy swoją egzystencję
można tłumaczyć poświęceniem dla drugiej osoby, za którą się
przecież wzięło odpowiedzialność. To pomaga. Świadomość, że jest się
potrzebnym, nawet, jeśli złudna, idealnie uwiarygodnia potrzebę
dalszego życia. I legitymizuje zachowanie status quo, co –
kiedy nie ma siły na zmiany – jest prawdziwym błogosławieństwem
i przykryciem wyrzutów sumienia czy jeszcze gdzieś tlącego się
poczucia, że może by jednak warto było to wszystko zmienić, może
jeszcze się da, może nie jest za późno... Ale tak, przecież
mamy dziecko. Dla niego warto znieść wszystko.
Nikt nie
zastanawia się wtedy, czy to rzeczywiście najlepsze rozwiązanie dla
potomka.
Niestety, dostrzegam w tym pewien egoizm. Rezygnację
maskuje się zakłamaniem, złudną wiarą w to, że nawet największa
patologia jest lepsza niż wychowywanie w pojedynkę. To nie jest
strach przed normalnością, to strach przed tym, czy jeszcze ma się
odpowiednie umiejętności do tego, by zafunkcjonować w społeczeństwie
jako jednostka, a nie komórka, czyli rodzina w rozumieniu
2+1(,2,3..).
Silni
własną słabością?
Pozornie. Można odnieść wrażenie, że
przywykają. Sukcesywnie, dzień po dniu, zamykają się na coraz
mniejszym obszarze percepcji i ekspresji, skorupa zacieśnia się,
pogrubia. Jednocześnie to, co znajdzie się pod nią, ma coraz mniej
miejsca, ale jakoś sobie radzi. Do czasu. Pierwszą z widocznych
oznak, że skorupa jest już zbyt ciasna, są tiki nerwowe. Mogą być
ledwie dostrzegalne – drżenie kącika ust, wzruszanie ramionami,
drganie powieki. Są też tiki bardziej efektowne – nagła
potrzeba szybkiego zgięcia nogi czy ręki (czyli dłonią/pięścią do
ramienia, stopą do pośladka).
Z tą zawężoną percepcją to
przesadziłem. Z boku, owszem, może to wyglądać tak, że nie wszystko
robi na człowieku jakiekolwiek wrażenie. Ale jasnym jest, że to, co
najważniejsze, odbywa się wewnątrz.
Nawet najbieglejszy obserwator nie stwierdzi, co człowiekowi siedzi
na wątrobie, jeśli ów człek posiadł niewiarygodną wprost
umiejętność całkowicie skutecznego maskowania owych wątrobianych
wyrzutów.
I
żyli... długo?
Zwykle tak. Chociaż koniec w tym wypadku może
być równie odległy, jak i bliski. Dużo zależy od psychiki
ofiar, od tego, o czym już wspomniałem – czy jest dla kogo
ciągnąć ten wózek. Przyjemność można odnaleźć w nawet
najbłahszych sprawach. Codzienna paczka papierosów, książki z
biblioteki, o które prosiliśmy swojego kata przez kilka dni.
Niedzielne ciasto, które wszystkim smakuje i poczujemy się
przez chwilę docenieni. Czasami ciasto ląduje na ścianie, czasami
przykleja się do niego rzucony talerz.
Dobra piana w tym tygodniu
wyszła, trzyma się jak trzeba.
Bez
sensu
Ale i bez alternatywy. Jeśli ktoś był na tyle słaby, by
w toksyczny związek się wpakować, to raczej nie znajdzie w sobie
wystarczająco siły i odwagi, by próbować na powrót
rozplątać życiowe ścieżki dwóch osób, które niby
coś tam sobie przysięgały, ale to było dawno i właściwie po co to
pamiętać. A każdy dzień coraz bardziej uzależnia nas od takiego
życia. Bycie męczennikiem nie jest nałogiem, ale można to chyba
nazwać przyzwyczajeniem. Pogodzeniem się z przegraną szansą na dobre
życie, o ile z tym się można pogodzić. Mam nadzieję, że tak. Bo wtedy
chyba jest łatwiej...