Zielona firanka powiewa na wietrze. Smutno mi. Zielony kolor kojarzy mi się z pewnym zielonym pokojem. I przypomina, natarczywie o tym, co było kiedyś. O tych dłoniach i oczach. Zielonych oczach, trochę ciemniejszych od moich. I o zielonym lesie, w którym okazało się, że przemoczenie butów niekoniecznie musi być nieprzyjemne. Zielonych butów.
A za monitorem rysunek. Dwa ludki siedzą na skałach i smutno patrzą sobie w oczy. Na oddzielnych skałach. „Przyznaj się, co miałaś na myśli, gdy to rysowałaś?”. I tak wiedziałeś, więc po co miałam mówić? Tak samo jak wiedziałeś co znaczył ten rysunek wiszący na ścianie obok. I tamten… I ten też…
Na biurku stoi kubek. Zwyczajny. Ale też nie mogę na niego patrzeć. Bo dałam komuś podobny. Do kawy. Żeby miał w czym pić w długie jesienne wieczory. I o kim myśleć. Wtedy, kiedy atmosfera za oknem wpełza do pokoju i dotyka zimnymi mackami, a każde jej dotknięcie to nowa łza. Te myśli ją odpędzały. Nadal mają tę moc?
Wyżej, na półce czarny piórnik. Biały napis korektorem rzuca się w oczy. „Ale to nie wszystko!”. I znowu… Nasza piosenka. Dłoń na moim kolanie i droga przed nami. I włączone radio i płyta nagrana przeze mnie. I szczęście które było we mnie, w Tobie, wszędzie wokół. Było powietrzem. Nigdy wcześniej ani później tak nie było. Swoją drogą… Nadal wierzysz, że to nie wszystko?
Widzę płyty, które mi dałeś. Widzę film, do którego muzyki tańczyliśmy ten pierwszy raz. Widzę Czerwony Kamyczek, ten na szczęście… I zastanawiam się skąd tyle Ciebie w moim pokoju, w którym przecież nigdy nie byłeś…
Może dlatego, że właśnie tyle Ciebie jest we mnie?
PS: (1 Kor 13)