|

Pewien mój kolega ma ostatnio dość
dziwny nawyk. Stale jęczy. W sumie to nikt bardzo nie wie, o co mu chodzi, a on
wciąż wydaje z siebie te nieartykułowane dźwięki. W związku z tym dorobił się
swojsko brzmiącej ksywki - Zombiak (gatunek ten zazwyczaj nie mówi, a robi coś w
rodzaju "yyy yyy", więc ów przydomek wydaję się być jak najbardziej na miejscu).
Zaraz też nasunęło mi się pytanie, dlaczego te miłe z natury stworzonka są
postrzegane jako coś strasznego. Najwidoczniej podobne myśli dręczyły też ludzi
z WIDELOAD Games, bo postanowili stworzyć grę, gdzie dane nam jest poznać trochę
inną-śmieszniejszą stronę zielonych zgniłków.
Z pewnością jest to nowatorskie, a
zarazem bardzo odważne podejście do tematu. Wszak zawsze istnieje spore ryzyko,
że reprezentant zupełnie nowego nurtu nie przyjmie się dobrze. Podjęto jednak
wyzwanie i stworzono Stubbs the Zombie - swoistą parodię dotychczasowego
wizerunku zombies.
Głównym bohaterem Stubbs jest
niejaki Edward Stubblefield, który niegdyś trudnił się akwizycją. Był tak
upierdliwy w swych działaniach, że jeden z klientów nie mogąc dłużej tego znieść,
zamordował go w bardzo brutalny sposób. Ciało zakopał gdzieś, gdzie diabeł mówi
dobranoc i myślał, że kłopot z głowy. Nadmienię tylko, że wszystkie te
wydarzenia miały miejsce w latach pięćdziesiątych XX wieku. Feralny zabójca nie
przewidział, że w owym miejscu powstanie dość duże i zwariowane miasto
Punchbowl. Zaś dokładnie w miejscu pochówku Edwarda wybudowano park rozrywki.
Tak to zdenerwowało szanownego nieboszczyka, że postanowił powrócić i zrobić
porządek. Przez te kilkadziesiąt lat zdążył mocno zzielenieć i zgłodnieć, a co
wcinają zombiaki? No właśnie - mózgi. Szykuje się krwawa afera.

Fabuła nie jest tu zbytnio
skomplikowana ani jakoś specjalnie wyszukana, ale mimo to na początku wprost nie
można się od gry oderwać. Dosłownie powalał mnie ten czarny, wisielczy humor,
który tworzył niesamowity klimat. To uczucie potęguje też otoczenie, w którym
się znajdujemy. Jest to swoista parodia amerykańskiego miast z połowy XX wieku.
Niby samochody zamiast jeździć unoszą się nad ziemią, ale jako żywo przypominają
te stare wehikuły. Takich smaczków jest tu więcej, tym bardziej warto ich
poszukać.
Mnie zawsze ciekawiło, jaką broń
dostaliby umarli, gdyby stworzono o nich tytuł. W przypadku Stubbs the Zombie
nie zawiodłem się na inwencji programistów. Wykazali się oni dużą pomysłowością
oraz poczuciem humoru. Główną bronią Edwarda i jego pobratymców jest wyżeranie
mózgów. Oręż bardzo skuteczny, bo pogryzieni ludzie natychmiast przeistaczają
się w zombiaki i przyłączają się do zielonej armii. Oprócz tego mamy do
dyspozycji granaty z jelit, opcję oderwania własnej głowy i zdetonowania jej w
odpowiednim momencie, jak również wstrzelenie się swoją ręką w głowę wroga, co
powoduje przejęcie nad nim kontroli. Najciekawszą "pukawkę" zostawiłem sobie na
koniec. Dużo bardziej pasowałaby do niej nazwa "pierdziawka". Większość z was
wie, że w rozkładającym się ciele wydziela się mnóstwo nieprzyjemnie pachnących
gazów. Nimi to, Edward może niemilców ogłuszać. Zainstalowano też różne pojazdy,
a większością z nich można osobiście pokierować. Szkoda tylko, że tak fatalnie
spisuje się ich fizyka i możliwość interakcji. Byle drzewko, czy płotek jest w
stanie zatrzymać potężny, kilkunastotonowy czołg. Nieporozumienie.
Mimo to ja twierdzę, że Stubbs the
Zombie stać było na więcej. Jest kilka elementów, które można było lepiej
dopracować, co na pewno uczyniłoby grę bardziej grywalną. Jedną z tych rzeczy
jest schematyzm. Każda misja wygląda niemal identycznie, nie ma jakiegoś powiewu
świeżości. Gdy zaczynamy zabawę na pewno bawić nas będzie wgryzanie się w czyjeś
mózgi i werbowanie nowych żywych trupów w nasze szeregi. Bardzo fajnie wygląda
buchająca jucha, kawałki mózgownicy latające dookoła. W pierwszym stadium jest
to jakieś wyzwanie, gorzej robi się później, bo oponentów likwidujemy cały czas
za pomocą tego samego triku. Wraz z każdą potyczką zwiększa się liczba "ludzi" w
naszych szeregach. Wystarczy im tylko dać rozkaz, by gryźli sobie czaszki, my
natomiast możemy stać sobie spokojnie z boku i obserwować rzeź niewiniątek.
|
Ogólny obraz gry ratują trochę
ostanie etapy, gdy na naszej drodze pojawia się dobrze uzbrojono wojsko.
Przeciwko nim nie wystarczy już puścić kilkudziesięciu zielonych, bo szybko
zginą od kul wypruwanych przez kałasze. Trzeba tu użyć specjalnych zdolności
Edwarda, o których pisałem wyżej. Według mnie numerem popisowym jest wysadzenie
własnej głowy - potrafi równocześnie załatwić mnóstwo ludzi.

Stubbs the Zombie hula na leciwym
już troszeczkę silniku, który napędzał Halo. Słowo "hula" wydaje się być jednak
stwierdzeniem dość mocno nad wyrost. Mimo, że mało jest tu różnych fajerwerków
graficznych, to gra potrafi bardzo mocno zwolnić na stosunkowo mocnym sprzęcie.
Dawno już nie widziałem produkcji, która by wymagała tak wiele, oddając w zamian
tak mało. Dziwić może to tym bardziej, że nawet główne miasto, które swoim
ogromem mogłoby pożerać moc obliczeniową, jest małe, można nawet rzecz, że
karłowate. Dodatkowo wiele uliczek ma niewidzialne bariery, które sztucznie
zmniejszają pole do działania. Nie napotkałem też miejsca, które zachwyciłoby
mnie pomysłowością wykonania. Wszystko jest tu proste i nieskomplikowane. Pod
tym względem StZ przypomina bardziej tytuły sprzed kilku lat, a nie najnowsze
osiągnięcia techniki, o Oblivionie już nie wspominając (dla porównania dodam, że
Oblivion na moim sprzęcie chodził troszeczkę lepiej od Stubbs the Zombie. Wydaje
mi się, że dalszy komentarz jest zbędny.
Kolejną, ewidentną wadą Stubbs the
Zombie jest bardzo krótki czas potrzebny na jej ukończenie. Jeśli ktoś by się
zaparł, to myślę, że jeden dzień spokojnie by wystarczył. I nie chodzi mi o
dzień w sensie od 8 rano do 3 rano, ale mniej więcej od 9 rano do 18. Znamienne
jest, że po jednokrotnym przejściu, nie chce się do niej więcej wracać, bo każdy
etap jest maksymalnie liniowy i niezależnie od tego, ile razy byśmy do niego
podchodzili, to i tak zawsze wygląda on tak samo. Próbowano czas zabawy
sztucznie wydłużyć, maksymalnie spowalniając naszych towarzyszy. Powoduje to, że
Edward musi się, co i rusz zatrzymywać i czekać na resztę wesołej kompanii.

Na uwagę zasługuje natomiast
ścieżka dźwiękowa. Odgłosy otoczenia zostały przygotowane bardzo solidnie.
Większych zastrzeżeń nie ma też odnośnie strzałów i wybuchów. Widać tu spory
profesjonalizm. Bardzo miłym akcentem jest też umieszczenie w grze utworów
dobrze znanych naszym dziadkom, jak choćby słynny Lollipop. Za każdym razem
bawiły mnie też jęki wydawane przez nasze ofiary. Mimo ewidentnego cierpienia,
jakie im zadajemy, nie opuszcza ich poczucie humoru.
Z całą pewnością docenić należy
inwencję chłopaków, którzy wysilili się i zrobili coś nowego, niespotykanego do
tej pory. Chciałoby się tylko zwrócić uwagę, by bardziej przykładali się do tego,
co robią, bo mogą w ten sposób uniknąć przykrych rozczarowań. Ale nawet mimo
tych braków Stubbs the Zombie nie jest bynajmniej pozycją złą. Co to, to nie. Ot
taki zwykły, szary przeciętniak, który przy odrobinie wyższych umiejętności mógł
zamienić się w hita i to takiego przez duże "H".
|