|
Cała społeczność graczy od dłuższego czasu z niecierpliwością oczekiwała na
jakiś tytuł, który wniósłby coś nowego do skostniałego gatunku FPS, który
praktycznie stoi w miejscu od momentu ukazania się świetnego Half-Life 2. Takim
objawieniem miał być Prey - gra tworzona przez ponad 10 lat, która wreszcie
doczekała się swojej premiery. Nie będę się tu rozwodził nad jej historią, bo
jest długa i zawiła, nadaje się wręcz na osobny artykuł. Powiem tylko krótko: to
najlepszy shooter od H-L2. Po szczegóły zapraszam niżej.

Masz na imię Tommy i jesteś Indianinem, który nie ma żadnych perspektyw na życie.
Wciąż marzy tylko o wyrwaniu się z tej szarej rzeczywistości, która go otacza.
Jedynym światełkiem w tym zafajdanym tunelu jest twoja dziewczyna, która pracuje
w pobliskim barze. Niestety, nie ma ona najmniejszej ochoty gdziekolwiek się z
Tommym ruszać, dobrze jej tu, gdzie jest. Tommy'ego poznajemy, gdy znudzony
życiem stoi w barowej toalecie i ogląda w lustrze swą niezbyt ciekawą facjatę.
Ale za chwilę spotka się ze swą lubą i tylko to się dla niego w tej chwili liczy.
Po drodze natknie się jeszcze na pewnego natrętnego dziadka, który nawija
cokolwiek od rzeczy. W barze możesz pobawić się trochę telewizorem, a także
pograć w jednorękiego bandytę. Jednak oczywiście najważniejsza jest ona, tym
bardziej, że zaczyna być ordynarnie podrywana przez dwóch podpitych kolesiów.
Jak przystało na prawdziwego bohatera, Tommy łapie za klucz francuski i
doszczętnie rozwala im czaszki. To tylko przygrywka do wydarzeń, które będą
miały miejsce za chwilę. Już za parę minut stanie się coś, czego nawet najstarsi
Indianie nie pamiętają - całe towarzystwo zostaje porwane przez UFO! W tym
momencie Tommy wraz z kompanią zostają przetransportowani na statek. Najpierw
cała trójka zwiedza go biernie, bo niosą ich jakieś tajemne maszyny. Wkrótce z
ich szponów udaje się wyrwać Tommy'emu, a dziewoja wraz z dziadkiem lecą dalej.
Od teraz głównym celem naszego bohatera staje się uratowanie dziewki(a przy
okazji całego świata).
To tyle tytułem wprowadzenia do historii. Zajmijmy się teraz oferowanym przez
Prey orężem, które wspomoże nas w walce z obcymi. Na samym początku możemy użyć
tylko wspomnianego klucza francuskiego, jednak w miarę szybko dorobimy się
kolejnych, coraz mocniejszych pukawek. Już po chwili zabawy na statku
otrzymujemy do rąk karabin, który wystrzeliwuje pociski energetyczne. Jest to
broń bardzo skuteczna, a zarazem ekonomiczna, bo magazynek wystarcza na długo.
Rolę granatów pełnią w Preyu pająki, a konkretnie ich odnóża, które po oderwaniu
i wyrzuceniu wybuchają. Kolejne zabawki są trochę bardziej wymyślne, ale za to
nie przydają się zbyt często, głównie ze względu na dość nikłą ilość amunicji.
Są to: Karabin wielofunkcyjny, który jak sama nazwa mówi może służyć wielu celom
(m.in. zamrażaniu wrogów), Minigun (chyba najmniej przydatny, ale za to ma dwa
bardzo ciekawe tryby działania), Strzelba kwasowa i Wyrzutnia rakiet. Dzięki
odrobinie inwencji gracze mają wrażenie, że każda z broni żyje swoim własnym
życiem, co dodaje zabawie nieco pikanterii, bo domyślam się, że w rzeczywistości
tylko nieliczni zdecydowaliby się na pozbawianie olbrzymich pajęczaków ich
kończyn.

W Preyu na bardzo wysokim poziomie stoi też interakcja z przedmiotami i ogólnie
pojęta fizyka. Już w pierwszym etapie, w łazience, można spędzić kilka dobrych
minut bawiąc się kranami i suszarkami do rąk (swoją drogą, ciepły strumień
powietrza bardzo ładnie wykrzywia obraz). Jednak nie to decyduje o niezwykłości
tego tytułu. Czynią to przede wszystkim różnego rodzaju portale, ciała astralne
i lekko pogibana grawitacja. Ten ostatni efekt uzyskano poprzez umieszczenie w
grze specjalnych chodników umożliwiających nam poruszanie się po ścianach i
suficie. Najpierw ciężko jest się do nich przyzwyczaić, ale po jakimś czasie
jesteśmy już w stanie w pełni wykorzystać ich możliwości. Szczególnie zabawnie
wygląda sytuacja, gdy zabijemy jakiegoś wroga stojącego na owym chodniczku, a
ten potem leci do góry lub w bok, czyli tam, gdzie znajduje się prawdziwa
podłoga.
Niemniej ważnym elementem Preya są portale, które zasługują chyba na miano
małego dzieła sztuki komputerowej rozrywki. Pojawiają się dosyć często w formie
czarnych elips. Gdy się do nich podejdzie, to można zobaczyć, co się za nimi
znajduje, natomiast po ich ominięciu widzimy dalszą część pomieszczenia.
Niesamowite wrażenie robi sam moment przejścia przez to cudo. Bez żadnych
ekranów loadingu zostajemy błyskawicznie przeniesieni w zupełnie nowe miejsce.
Bardzo dobrym przykładem jest fragment gry występujący też w demku, gdy
podchodzimy do makiety planety. Okazuje się, że ona też jest portalem, a bohater
został bardzo zmniejszony i umieszczony na niej. Cooool.
|
Ostatnią ze wspomnianych przeze mnie nowości są ciała astralne. Konkretnie,
chodzi o to, że mamy możliwość wyjścia z własnego "ja" i przemieszczanie się po
planszy jako duch. Daje to dużo dodatkowych możliwości, które są niedostępne dla
istoty cielesnej, jak choćby przechodzenie przez pola siłowe i ukryte mosty.
Często zdarza się, że tylko jako duszek możemy wcisnąć przyciski, które utorują
nam dalszą drogę. W tym stanie nie jesteśmy też całkowicie bezbronni, bo
nieprzyjaciół możemy eliminować za pomocą specjalnego łuku. Oczywiście autorzy
nie ograniczyli w żaden sposób owego rozdwojenia. Możemy pozostawać poza ciałem
tak długo jak się nam tylko podoba. Jednak kłopoty mogą się zacząć, gdy wrogowie
dostrzegą bezbronnego, pozbawionego duszy Tommy'ego. Potrafią sprawić wtedy
takie srogie lanie, że na drugi raz solidniej przemyślimy ile czasu bawić się
Patricka S. ;).
Jak zapewne wiecie, pierwotnie Prey był tworzony przez 3DRealms, czyli twórców
Duke'a. Mimo, że w międzyczasie projekt przejęło Human Head Studios, to i tak
obecność Księcia jest jak najbardziej widoczna. Już sam bohater swoim
zachowaniem bardzo go przypomina. Jest niezwykle wygadany, w sposób bardzo
dowcipny i niebanalny potrafi skomentować sytuację. Oczywiście większość z tych
wypowiedzi nie nadaje się do powtórzenia przed 23, ale grunt to poczucie humoru.
W Prey'u nie brakuje też odwołań do innych znanych tytułów. W chwili, gdy
niespodziewanie gaśnie światło Tommy krzyczy: "I'm doomed!", taki trochę
prztyczek w nos dla Carmacka i spółki, bo HHS nie powieliło ich błędu i chwile
gdy robi się naprawdę ciemno można zliczyć na palcach jednej ręki. Dodatkowym
smaczkiem jest fakt, że Prey bazuje na silniczku, który ongiś napędzał Dooma.
Nie ma to jak wdzięczność:).

Nie wspomniałem jeszcze o jednej bardzo ważnej nowości. Jest
nią nieśmiertelność naszego Indianera. Tak, tak, po wyczerpaniu paska żywotności
nie pojawia się znienawidzony przez wszystkich napis "Game Over", a zostajemy
przeniesieni do miejsca, które śmiało można by nazwać "Krainą wiecznych łowów".
Tym razem polujemy na niebieskie i czerwone ptaki. Im więcej uda nam się
ustrzelić, tym więcej dostajemy "życia" po powrocie do gry. Według mnie jest to
bardzo dobry pomysł, który szczególnie powinien przypaść do gustu młodszym,
mniej hardcore'owym graczom. Dla nich będzie to świetna zachęta by grać dalej i
nie przejmować się chwilowymi trudnościami. Dzięki takiemu rozwiązaniu prawie
nie musiałem używać opcji quick save/load, co znacząco poprawiło płynność zabawy.
Napisałem już wyżej, że Prey bazuje na silniczku Dooma, musi to być, więc
produkt oferujący wspaniałą grafikę. Tak też jest w rzeczywistości, a
programiści dokonali naprawdę wiele na polu optymalizacji kodu gry, bo mimo, że
grafa prezentuje się znacznie lepiej niż u Id, to na moim sprzęcie na średnich
detalach wszystko chodziło jak złoto, a Doom kilka lat temu ciął się. Tutaj
wszystko wygląda wspaniale. Tekstury w super jakości, efekty specjalne, których
nie powstydziłyby się najnowsze hity amerykańskie. Bardzo ładni (oczywiście w
sensie technicznym, a nie rzeczywistym) wrogowie, których można się niekiedy
autentycznie przestraszyć.
Od
reszty nie odstaje też poziomem audio. Ścieżka muzyczna potrafi przykuć
człowieka do monitora, nawet, gdy oczy odmawiają już posłuszeństwa, bo każdy
dźwięk jest świetnie wkomponowany w akcję. Nie gorzej prezentują się wszystkie
dialogi między postaciami. Mają sens, a co najważniejsze równie świetnie brzmią.
Wydaje mi się, że w przypadku Preya wszelkie podsumowania nie mają większego
sensu, bo i tak powtarza się tylko wcześniejsze zachwyty. Dodam jednak odrobinkę
goryczy do tej beczki słodkości: Prey jest zastraszająco krótki! 9 godzin i po
sprawie, to stanowczo zbyt mało. Nie zmienia to na szczęście faktu, że mamy do
czynienia z produktem niemal idealnym, który zapewne na długo zadomowił się na
pozycji lidera komputerowych FPS-ów.
|