|
Chyba wszyscy pamiętamy
Soldiers. W momencie swojej premiery miała to być gra przełomowa, wnosząca
świeży powiew do lekko skostniałej formuły gatunku. Wszystkie przechwałki
twórców potwierdzała doskonała wersja beta. Nie mogło być wtedy wątpliwości -
mamy do czynienia z produktem z najwyższej półki. Jednak, gdy trafiła do sklepów
okazało się, że w pełni wykorzystano tylko możliwości przecudnego silniczka
graficznego. Misje pozostawiały bardzo dużo do życzenia, a w większości były
trochę bardziej rozbudowanymi klonami tych znanych z Commandos. Potem pojawiło
się Outfront, solidarnie zjechane przez większą cześć growej braci. Nie wiadomo
nawet do końca czy był to pełnoprawny sequel, czy też dodatek. Tymczasem ukazało
się już Faces of War, które pierwotnie nosiło tytuł Oufront II. Czy mamy do
czynienia z kolejną powtórką z rozrywki? Zapraszam do lektury.
Podobnie jak to ma
ostatnio miejsce we wszystkich liczących się RTS-ach drugowojennych, także i w
Faces of War mamy możliwość rozegrania trzech kampanii: niemieckiej, alianckiej
i radzieckiej. W trakcie ich trwania przemierzymy Belgię, Węgry, Polskę, Niemcy
i Holandię. Weźmiemy udział w tak znanych operacjach jak Market Garden i desant
na plażach w Normandii (BTW - w Call of Duty 3 będą misje rozgrywane polskim
oddziałem!).
Twórcy postawili chyba
sobie za główny cel stworzenie idealnego systemy kontroli jednostek. Dzięki temu
otrzymaliśmy dość szeroki wachlarz możliwości. Możemy wydawać polecenia całemu
zespołowi, ale także poszczególnym wojakom. Aby przejąć nad kimś kontrolę
totalną wystarczy przełączyć się w tryb bezpośredniego nadzoru, gdzie do naszej
dyspozycji jest nawet malutki celowniczek. Jest to opcja bardzo przydatna w
misjach, gdzie sterujemy czołgiem. Gdy trzeba postrzelać żołnierzykiem robi się
nieciekawie. Zabawa przypomina wtedy troszkę Alien Shooter. Wnioski wyciągnijcie
sami. To jednak nie koniec wad. Podczas gdy my strzelamy jednym z elementów
oddziału, kompletnie tracimy zdolność do zarządzania pozostałymi. A ci robią
wówczas takie głupoty, że aż czasami wszystko człowiekowi opada (łącznie z głową,
która wali bezmyślnie w klawiaturę i powoduje po jakimś czasie restart kompa
:)).

W Faces of War nie
zrezygnowano też całkowicie z zadań iście Commandosowych. Czasem dyskretne
podkradnięcie się na tyły przeciwnika daje o wiele lepsze efekty niż frontalny
atak z Bogurodzicą na ustach. Można dzięki temu dużo zyskać, bo nie tracąc
prawie wcale ludzi, eliminujemy dość sporą liczbę oponentów. Warto też w takim
momencie pamiętać o zasłonach terenowych, które niejednokrotnie potrafią być
niesamowicie przydatne.
Niestety, co jakiś
czas w oczy rzuca się dość mały realizm rozgrywki. W trakcie gry dowodzimy
najczęściej małym teamem, który na pierwszy rzut oka wygląda dość niepozornie.
To jednak tylko złudzenie, bo ta grupka to wszystkowiedzący terminatorzy. Nie ma
maszyny, na której by się nie znali, granat wybuchający kilka stóp od nich nie
stanowi żadnego zagrożenia dla tych dzielnych chłopów. Serdecznie uśmiałem się,
gdy moi „robotnicy” rozbili w pył dość spory oddział niemiecki. Wspomnę tylko,
że proporcjonalnie liczba żołnierzy po obu stronach wyglądała mniej więcej tak:
1:20, oczywiście na moją niekorzyść.
Ciekawym pomysłem jest
wprowadzenie do RTS-a ekwipunku wojaków. W Faces of War można go uzupełniać
przeszukując ciała zabitych wrogów, bądź zepsute czołgi. Cennym źródłem
wyposażenia są też porozrzucane tu i ówdzie skrzynie z bardzo przydatnymi
niekiedy sprzętami. Jeśli jednak napaliliście się już na miks RTS i RPG to muszę
was rozczarować. Inwentarz ma tu formę bardzo ubogą, na dowód dodam tylko, że
przedmioty nie są opisane jakimikolwiek statystykami. Prowadzi to do dość
kuriozalnej sytuacji, bo zamiast wykorzystywać funkcjonalność danej broni w
danym terenie, w wyborze kierujemy się głównie kalibrem i wielkością magazynka.
Zdecydowanie, ten element można było dopracować dużo lepiej.
|
Bardzo denerwującym
elementem Faces of War jest też SI jednostek. Nasi chłopcy zadziwiają nieraz
kompletnym niezdecydowaniem. Raz wykonują nasze rozkazy ze śpiewem na ustach,
wtedy są w stanie zrobić niemalże wszystko, co się nam tylko zamarzy. Gorzej
jest, gdy wpadną w swój trans. Wtedy nie docierają do nich żadne polecenia, żeby
było śmieszniej, to jeszcze sami pchają się pod lufy wrażych karabinów. Potrafią
też zatrzymać się w najmniej do tego odpowiednim momencie i na nic zdadzą się
wtedy nasze próby ich przesunięcia. Może to bardzo irytować, bo nieraz jeden
taki głupi wybryk zaważy na końcowym wyniku misji, bo zabraknie nam właśnie tych
kilku ludzi do rozstrzygnięcia starcia na swoją korzyść. Na pocieszenie powiem
tylko, że oponenci wcale nie zachowują się mądrzej. Potrafią zrobić taki ruch,
który w normalnym graczu powoduje tylko atak spazmatycznego śmiechu. Widać, że
całe ich działanie opiera się w olbrzymiej większości na skryptach,
nienajlepszych zresztą.

Jeszcze
śmieszniejsza sytuacja miała miejsce, gdy w oddziale została mi pewnego razu
tylko dwójka ludzi. Wówczas znowu włączył im się ten cudny tryb hero i przeszli
przez okopy wroga, jakby tam nikogo nie było. Zaiste, uśmiałem się do łez, jak
to zobaczyłem. Ostatnim razem tak spontanicznie zareagowałem tylko na odpowiedź
kolegi na historii, według którego główną przyczyną wybuchu rewolucji
francuskiej był brak telewizorów ;). Przypominam tylko niekumatym, że mówimy tu
o XVIII wieku. Trzeba przyznać, że miał koleś pomysł na dowcip. Również w
kategorii żartu rozpatruję powyższe "kfiatki". Mam tylko nadzieję, że najbliższa
łatka rozwiąże te problemy.
Żeby nie było, że
tylko krytykuję, to teraz dla odmiany pochwalę grafikę. Jest ona bardzo ładna,
modele postaci, pojazdów i budynków zachwycają swoją szczegółowością. Byłbym w
siódmym niebie, gdyby na takim poziomie realizowane były wszystkie gry
strategiczne.
Bardzo dobre jest
również polskie wydanie tej gierki. Wzięła się za to Cenega, która umieściła ją
w swojej "Rewolucji Cenowej", dzięki czemu możemy nabyć ją za niecałe 30 zł. Ma
to niebagatelne znaczenie, tym bardziej, że jakość polonizacji jest naprawdę
dobra, a dołożono też dość sporych rozmiarów poradnik opisujący przejście każdej
misji.
Myślę, że gdyby twórcy
bardziej się postarali, to Faces of War mogłoby sporo namieszać na rynku growym.
Oczywiście, nie miałaby szans w walce z Company of Heroes, ale z Rush for Berlin
jak najbardziej. Tym bardziej jest mi szkoda, bo widać ogromny, niewykorzystany
potencjał.
|