|
O Zielonym słów kilka...

Do diaska. Rok 2000, grafika z takimi pikselami, że można z nich domy budować,
krótsza niż defragmentacja dysku, muzyka na szczęście lepsza niż Hiroshima Motel
lub inne Spam 69. I kurde nie mogę uwierzyć, że w nią gram, mimo że
S.T.A.L.K.E.R chodzi u mnie na wysokich detalach. Bo ta platformówka przebija
Larę Croft o kilka stopni. Nie wiem, czemu, gra jest dla dzieci, fabuła
infantylna... Może dlatego, że kochałem tę grę, gdy posiadałem od pół roku kompa
z 600 megahercowym procesorem. I w sumie kocham nadal.
"Whos the bitch
now?!"
Croc- Legend of the Gobbos przenosi
nas w świat małego smoka/krokodyla o imieniu Croc. Mieszka sobie Zielony z
małymi stworkami, Gobbosami (nie mylić z hobbytlami). Nagle przychodzi wielki
Wredal i robi taki ambaras, że musimy 4 wyspy pokonać (a dokładniej 3 wyspy i
zamek) żeby mu pokazać "whos the bitch now".
Jak już wyżej wspomniałem, gra ma
dosyć starą grafikę, muzyka też nie jest z pierwszego tłoczenia, natomiast sama
grywalność... No, coś niesamowitego! Różnorodność plansz, zagadki, ciekawi
bossowie, to wszystko do mnie przemawiało i przemawia nadal, mimo że mamy czasy
Crysisa i Half-Life 2.
|
Hyszpla!!!
Postać samego Zielonego złożona
jest z kilkunastu polygonów, mimo to porusza się z gracją słynnej Ciotki Róży
(KMN jakby co). Potrafi skakać, pływać, atakować ogonem i czymś w rodzaju "bardzo-szybki-spadek-w-dół-miażdżący-wszystko",
dzięki któremu rozbijamy skrzynki z diamentami i Gobbosami. Bardzo mi się podoba
okrzyk jaki wydaje w czasie atakowania i wspinania się. Hyszpla!, Kazoom!, Jesou!
to kilka z nich, a ten kto je usłyszy będzie je powtarzał zawsze, nawet jak
odejdzie od komputera.
Tajemnica nieznajdywalnej gry...

Croc- Legend of the Gobbos obecnie
trudno znaleźć na półkach sklepowych. Swego czasu była na CoverCD w CD-Action.
Kto kupował CDA od początku najpewniej posiada ja w swoim zbiorze, zakurzoną i
zapomnianą. Więc apeluję, jeśli ktoś ja posiada, zainstalujcie!!! Polecam!!!
|