|
Niewiele jest takich serii jak
Command & Conquer. Jest to nie tylko wizytówka wszystkich komputerowych RTS-ów,
ale także jeden z najbardziej zasłużonych tytułów w historii wirtualnej rozrywki.
Z tym większym zadowoleniem przyjąłem fakt, że twórcy nie spoczęli na laurach i
wydali kolejną część C&C, zatytułowaną Command & Conquer 3: Wojny o Tyberium.

Tiberium Wars opowiada historię z 2047 roku. Trwa wojna między dwiema
zwalczającymi się frakcjami: GDI i Brotherhood of Nod. Spór dotyczy tajemniczej
substancji - tytułowego Tyberium, które po raz pierwszy pojawiło się na Ziemi
niemal 50 lat temu. Od tego czasu zdążyło się dość mocno rozprzestrzenić siejąc
popłoch wśród ludności. Jest to minerał bardzo szkodliwy, który albo zabija
człowieka, albo wywołuje jakieś dziwne mutacje w organizmie. Dodatkowo w związku
z jego oddziaływaniem tworzą się burze jonowe. GDI to grupa, która obrała sobie
za cel zniszczenie Tyberium, lub chociaż maksymalne zahamowanie jego aktywności.
Natomiast Brotherhood of Nod dostrzegła w Tyberium coś, co ma związek z ich
religią i po jakimś czasie uznają, że tylko dzięki niemu mogą osiągnąć zbawienie.
We wspomnianym 2047 roku walka rozgorzała na dobre i objęła swym zasięgiem całą
planetę. Wkrótce jednak okaże się, że ludzie nie są sami i w ich konflikt włączy
się ktoś jeszcze.
Na samym początku należy się wyjaśnienie, że EA nie podążyło modną ostatnio
ścieżką przełomowości aż do przesady (vide Supreme Commander Chrisa Taylora i
spółki). C&C 3 to po prostu powrót do korzeni w jak najlepszym tego słowa
znaczeniu. Wszystko zostało tu pomyślane tak, żeby każdy, kto pamięta pierwsze
odsłony serii, mógł swobodnie przystąpić do gry. Dla nowicjuszy przygotowano
natomiast dość solidny tutorial, który dobrze wyjaśnia różne aspekty rozgrywki.
W sposób absolutnie charakterystyczny rozwiązano problem stawiania budynków, czy
tworzenia jednostek. Nie uświadczycie tu wzorem innych RTS-ów olbrzymich placów
budowy, które zdają się nigdy nie być do końca gotowe do służenia graczowi. W
C&C 3 mamy to, co wszyscy lubią i szanują. Jest jeden panel, z którego możemy
wybierać, co chcemy zbudować. Po kliknięciu pojawia się dobrze znany zegarek,
który odmierza czas potrzebny na przygotowanie budowli. Potem wystarczy wybrać
tylko miejsce i gotowe. Doskonale rozwiązano również system przejmowania przez
inżynierów wrogich budynków. Otóż obywają się oni bez wcześniejszego ostrzału,
co ma zbawienny wpływ na kondycję tych struktur. W sposób absolutnie idealny
zastosowano tu też kolejkę budowy. Jest to narzędzie, dzięki któremu można
zostawić mnóstwo gotowych budynków w "magazynie". Przydaje się to szczególnie w
przypadku wieżyczek artyleryjskich i przeciwlotniczych. Warto z ich postawieniem
poczekać do samego końca, by zorientować się, z której strony nadejdą wrogie
jednostki. Wystarczy wtedy rozmieścić je tuż przed zdezorientowanymi oddziałami,
by w chwilę się z nimi rozprawiły.

Bardzo ważnym elementem nowego C&C jest odpowiednio dobrana taktyka. O ile w
pierwszych misjach może się jeszcze udać przeżyć, gdy naprodukujemy sobie po
trochu każdego rodzaju wojska i pojazdów, o tyle później stanie się to
niemożliwe. Gdy grałem GDI, moim ulubionym sposobem na eksterminację wrogów było
powołanie do życia oddziału Czołgów Mamucich, szczególnie z udoskonalonymi
działami. Jest to broń niemalże doskonała, która nie tylko potrafi się
znakomicie bronić, ale także posiada niewyobrażalną siłę ognia. Jakby tego było
mało, tych, których nie zdąży zestrzelić, po prostu bezpardonowo miażdży pod
swoimi gąsienicami. Oczywiście, praktycznie każdą misję można rozwiązać na kilka
sposobów. Jednym z ciekawszych, według mnie, pomysłów jest zainwestowanie na
samym początku w lotnictwo, a następnie zrzucenie w sam środek obozu wroga
odpowiedniej ilości żołnierzy, którzy załatwią sprawę po cichu i z klasą.
Zupełnie inaczej należy się zachowywać grając NOD. Oni nie posiadają aż tak
rozwiniętych technologii, w związku z czym, nie ma, co liczyć na takie cudo jak
Mammoth Tank. Sposób, w jaki dowodzi się NOD-em doskonale oddaje powiedzenie "w
kupie siła". Rzeczywiście, jeśli przytłoczymy wroga falą piechoty, najczęściej
nie ma on zbyt wielkich szans. Dodatkowo, pomocna jest tu opcja ukrywania wojsk,
dzięki czemu są one przez długi czas niewidoczne dla oponenta.
Oprócz tego, w kampanii GDI oddano graczom do dyspozycji zupełnie nowe jednostki
ciężkiej piechoty, czyli Szturmowców. Według zapowiedzi mieli oni być kompletnie
nową jakością, ponieważ zostali przystosowani do działania także w miejscach
silnie skażonych Tyberium. Są oni bardzo skuteczni, zarówno w potyczkach z
ludźmi, jak i pojazdami. Posiadają też plecaki rakietowe, które w razie potrzeby
pomogą przenieść się z miejsca na miejsce. Niestety, posiadają jedną, acz bardzo
upierdliwą wadę - są prawie nieodporni na ataki z powietrza. Kilka razy przez
to, że nie posłałem z nimi w bój artylerii przeciwlotniczej, straciłem cały
oddział, co do jednego.
|

O ile kampanie dwóch głównych stron
konfliktu są zrealizowane bardzo dobrze, to całkowicie rozczarowuje zapowiadany
szumnie atak obcych. Twórcy nie wysilili się nawet na tyle, by zafundować
graczom jakieś nieznane dotąd z kina, gier, czy literatury oblicze kosmitów. Są
to mało oryginalne robaki, przypominające jako żywo te z ostatniego filmu
Spielberga. Żeby, choć odznaczały się jakimiś specjalnymi zdolnościami.
Scrinowie po prostu przylecieli na Ziemię zwabieni ostatnią eksplozją Tyberium.
Mają tylko jeden cel - absolutna eksterminacja ludzi, niezależnie, do jakiej
frakcji by nie należeli. Atakują ze wszystkich stron, rzucając do boju
niewyobrażalne ilości pająków i im podobnych. Jedynym według mnie sensownym
pomysłem są czarne dziury, jakie Obcy potrafią stworzyć, w celu zasysanie do
nich wszystkiego z najbliższej okolicy. To jedyna rzecz, która w tej inwazji
zrobiła na mnie jako takie wrażenie.
To jednak jeszcze nic, bo najbardziej zawiodłem się na tym, co do tej pory było
chyba jednym z najsilniejszych punktów całej serii, czyli na filmikach.
Tradycyjnie już, we wszystkich odsłonach C&C, fabuła była prezentowana przez
wszechobecne przerywniki filmowe. W Wojnach o Tyberium również ich nie zabrakło,
ale sposób ich realizacji woła o pomstę do Nieba. Ze wszystkich aktorów
zaangażowanych w to przedsięwzięcie, jedynie Joe Kucan grający Kane'a trzyma w
miarę równy poziom. Reszta to absolutne dno i żenada rzadko widywana w
produkcjach tej klasy. W niczym nie pomogło udoskonalanie filmików od strony
technicznej. Co z tego, że wszystkie są w HD, skoro ewidentnie widać, że były
kręcone w malutkich studiach o tekturowych ścianach, a na biurkach leży sprzęt,
którego nigdzie nie widziałem od paru lat w Polsce, a przecież akcja toczy się w
przyszłości. Czarę goryczy przepełniają mundury w sztabie GDI. Wyglądają po
prostu komicznie, bardziej przypominają mi serial Star Trek, niż grę
opowiadającą o konflikcie na Ziemi. Dodatkowo, nie oszczędzono aktorkom makijażu
i dość krótkich spódniczek - przecież właśnie tak ubierają się, na co dzień
wszystkie panie w wojsku w czasie wojny.

Ale dość tych narzekań! Co miałem do powiedzenia złego, to powiedziałem, czas
teraz polać trochę miodu. Największe oklaski należą się programistom za
stworzenie grafiki. Gra wygląda wprost obłędnie, a do tego wczytuje się
błyskawicznie. Gdy ujrzałem wymagania sprzętowe zamieszczone na pudełku,
pomyślałem sobie, że to chyba jakaś pomyłka. Nie wiem, jakim cudem się to udało,
ale C&C 3 pójdzie na wysokich detalach nawet na sprzęcie mającym już kilka lat!
Jeśli porównać to osiągnięcie z topornym pod tym względem Supreme Commander, to
odpowiednie wnioski nasuwają się same.
Kolejnym zaskoczeniem in plus jest długość kampanii dla pojedynczego gracza.
Dwie kampanie zawierają łącznie ponad 30 misji, z których większość, o ile nie
gramy na najniższym poziomie trudności, powinna nam zająć dość dużo czasu. Na
rozpracowanie całości potrzebowałem ponad 20 godzin, co dzisiaj, w dobie
powszechnego skracania i upraszczania gier jest wynikiem jak najbardziej godnym
zauważenia i pochwalenia.
Po takim tekście, chyba nie pozostaje Wam nic innego, jak tylko, czym prędzej
biec do sklepu. Nie wyobrażam sobie, żeby szanujący się fan RTS-ów nie posiadał
w domu swojego pudełka z Command & Conquer 3: Wojny o Tyberium. To kawał
świetnej roboty, która zapewnia solidną dawkę rozrywki. Przy tak bogatym
arsenale zalet, można przymknąć oko nawet na takie ewidentne pomyłki jak filmiki,
czy nieszczęsna inwazja Obcych.
|