Jeśli tytuł tego filmu nasuwa wam
skojarzenie z Bruce Allmighty to znaczy, że daliście się nabrać na
marketingowy chwyt i ostatnią deskę ratunku na odzyskanie choćby części
utopionej w Evanie kasy. Chcę już na początku jasno powiedzieć, że Bruce'a i
Evana łączy tylko wspólny zawód (spiker telewizyjny), postać Boga w tle no i...
Na tym podobieństwa się niestety kończą.
O wyłącznie marketingowym
charakterze tytułu świadczy fakt, że nie ma on absolutnie żadnego związku z
treścią filmu. O ile Bruce posiadł boską moc i można go było nazwać
wszechmogącym, o tyle Evan to zwykły śmiertelnik bez żadnych
nadprzyrodzonych zdolności.
Evan to człowiek sukcesu.
Wspina się po szczeblach kariery bardzo szybko, zaniedbując przy tym rodzinę.
Zmienia dom, samochód, pracę i wszystko wskazuje na to, że będzie żył w
luksusie długo i szczęśliwie, aż pewnego dnia jego życie zostaje wywrócone
do góry nogami.
Bóg ma dla niego misję, której
nie pozwoli mu odrzucić. Baxter musi wybudować Arkę. Wszelkie materiały i
łopatologiczną instrukcję dostarczają Niebiosa, człowiek musi tylko wziąć
młotek i ciężko pracować.
Postać Boga w tym filmie to nie
tylko zabawny starszy jegomość, ale również bezwzględny tyran, który nie
cofnie się przed niczym by swój cel osiągnąć. Tak więc prześladuje biednego
Baxtera nawet w drodze do pracy, zsyła nań chmarę dzikich zwierząt, które
lgną do niego jak pszczoły do miodu, aż w końcu Noe XXI wieku daje się
złamać i przystępuje do budowy Arki.
Tak można w skrócie opisać
fabułę filmu i nie będzie to w żadnym razie zbyt ogólnikowy opis. Dodać do
tego należy również wątek rodzinny i nieśmiertelną dla amerykanów (sic!)
wyższość rodziny nad karierą, skorumpowanie wśród najwyższych polityków,
brak poszanowania dla środowiska oraz katastrofalne tego skutki itp. itd.
Jednym słowem, w tym filmie jest wszystko, co było już wałkowane tysiące
razy w lepszych i gorszych produkcjach i choć wartościom tym bez wątpienia
hołdować trzeba to oglądanie ich po raz enty wcale do najprzyjemniejszych
nie należy.
Uwaga, będzie dowcip! Dobra,
czekamy /...napisy końcowe.../.
W końcu to komedia, więc czego,
jak czego, ale śmiechu nie powinno przy jej oglądaniu zbraknąć. Tymczasem
podczas seansu na twarzy widza pojawić się może, co najwyżej sarkastyczny
uśmieszek pełen pogardy lub uśmiech pełen zażenowania, gdy nieopatrznie
kogoś (nie daj Boże dziewczynę) zaprosimy do kina na tego gniota. Tak więc
apeluję do wszystkich by (jeśli muszą) wybrali się na Evana w samotności.
Już pierwszy gag w filmie jest wyjątkowo niskich lotów, ot pies przybłęda
gryzie Evana w krocze. Dalej niestety nie jest dużo lepiej: a to Evan uderzy
się młotkiem w palec, a to Bóg ukaże mu się w niezbyt komfortowej sytuacji,
a to stado zwierząt pogoni go przez miasto... Sceny naprawdę śmieszne
policzyć możemy na palcach jednej ręki.
Jeśli idzie o obsadę aktorską
to przyznać trzeba, że kilka z kluczowych postaci w filmie wykreowano
naprawdę nieźle. Postać Boga bardzo dobrze i dowcipnie zagrał Morgan
Freeman, świetnie wypadła Wanda Sykes i Steve Carell, grający Evana.
Niestety głupota twórców znów wzięła górę i przez większą część filmu Baxter
porośnięty jest gęstą brodą (niczym Noe) i ten rekwizyt zabił potencjał
Carella, który nie miał możliwości wykazania swych zdolności aktorskich.
Niestety, człowiek-mop nie jest najlepszym materiałem na głównego bohatera
komedii. Przecież w tym gatunku szalenie ważna jest mimika twarzy, a to
koszmarne brodzisko uniemożliwiło Carell'owi zagranie na miarę swych
możliwości.
|
W roli czarnego charakteru wystąpił
John Goodman i powiem szczerze, że nie wypadł najlepiej. Może to moje
uprzedzania tudzież przyzwyczajenia, ale tego aktora widzę jedynie w rolach
pozytywnych i w żaden sposób nie mogłem poczuć odrazy do kreowanej przez niego
postaci sprzedajnego polityka.
Aktorzy grający role drugoplanowe
ani ziębią, ani parzą. Wypadli przeciętnie, nikt się wielkim talentem nie
popisał, ale też nie było widać jakichś specjalnych uchybień. Ot, grali bo grali,
byli bo być musieli.
Budżet filmu był wręcz kosmiczny,
jeszcze żadna komedia na tej planecie nie była tak 'dolarochłonna'.
Zastanawiające jest, kto o zdrowych zmysłach utopiłby w tej produkcji 175
milionów dolarów? Na pewno bym tego nie zrobił po lekturze scenariusza, w
Hollywood jakiś idiota się jednak znalazł.
Większość pieniędzy pochłonęła
zapewne scena 'potopu', która nawiasem mówiąc, nie była ani zbyt śmieszna, ani
dramatyczna, ani efektowna. Nijaka, jak cały ten film, a do tego ekstremalnie
nierealna. Proszę sobie wyobrazić fale na kilka(naście) metrów, powalające
budynki i łajbę (sporą bo sporą, ale jednak łajbę), na której grupka osób stoi
sobie spokojnie bez obaw, że kogoś zmyje z pokładu. Dużego pojęcia o żeglarstwie
nie mam, ale ja bym w takiej sytuacji spieprzał pod pokład, aż by się za mną
kurzyło. Rozumiem, że Noe został i z Bożą pomocą przeprowadził łódź po
niebezpiecznych głębinach, ale cóż tam robili zwykli śmiertelnicy? Oczywiście
nie oczekuję po filmie, w którym głównemu bohaterowi broda odrasta w okamgnieniu,
dużego realizmu, ale zdrowy rozsądek byłby jak najbardziej na miejscu.
Mimo tych wszystkich wad film może
zainteresować. Nie wyszedłem z kina w połowie seansu nie tylko dlatego, by mieć
materiał na recenzję, ale najzwyczajniej w świecie chciałem zobaczyć jak to
wszystko się skończy.
Będzie Potop czy nie? Bóg wykiwał
naszego Baxtera, czy może faktycznie wybrał go do czegoś wielkiego? Mimo iż w
większości tego typu filmach zakończenie jest na wskroś przewidywalne to epilog
Evana może być dla niektórych zaskoczeniem.
Ocena: 3/10
Data premiery: 22.06.2007r. (USA)
24.08.2007r. (Polska)
Produkcja: USA
Reżyseria: Tom Shadyac
Scenariusz: Steve Oedekerk
Gatunek: Komedia
Obsada: Morgan Freeman, Steve
Carell, John Goodman
Najciekawsze fragmenty: Napisy końcowe(?)
|