Blake umiał już liczyć do trzech, rozmawiać z samym sobą i wiązać buciki. Jego
lewa noga miała się coraz lepiej, a prawe ucho, które oklapło po ostatniej
wizycie w filharmonii, zaczynało przybierać normalny, zbliżony do ludzkiego,
kształt.
- Fatalnie to wygląda – stwierdził barman "Odbitej Palmy", stojąc w kuchni i
patrząc na miskę płatków owsianych zalanych wodą. Zestaw ten miał imitować
wtorkowe śniadanie – pierwsze (normalne) śniadanie od blisko tygodnia.
Jednak i tym razem posiłek nie wypalił. Może trzeba było użyć mleka z
kartonu? Nie, to nie w stylu Blake’a, on nie wierzył w mleko z kartonu. Bo
jak taka duża krowa może zmieścić się do małego, tekturowego opakowania, nie
rycząc przy tym rytualnego „muuuuu” i nie wierzgając kopytami jak jelonek
Bambi? Przecież to niemożliwe. Tak, jak niemożliwe wydawało się
przygotowanie przez Blake’a czegoś jadalnego. Trzeba mu jednak oddać, że
miesiąc temu prawie się udało. A było to tak:
Kiedy nasz bohater stał sobie kulturalnie w osiedlowym supermarkecie „Zofija”
(notabene w kolejce po 0,7 l), w pobliskiej lodówce zauważył torbę z
pierogami leniwymi. Były one tak leniwe, że same z siebie za nic nie chciały
wskoczyć do sklepowego koszyka. Blake więc błyskawicznym ruchem wyciągnął je
z zamrażarki i wsadził sobie za pazuchę. Następnie przeczołgał się przez
dział „warzywa i owoce”, ogłuszył ochroniarza miotłą z promocji i wyszedł z
„Zofii” tak szybko, jak w nią wszedł. Część misji została wykonana.
Po dotarciu do mieszkania świeżo upieczony złodziej bez zbędnych ceregieli
wrzucił swój łup do mikrofalówki (a w zasadzie mokrofalówki, bo w opinii 90%
gospodyń z Gdańska niezależnie od przeznaczenia nadal była to pospolita
pralka „Hania”), pokręcił gałką w lewo, w prawo, wcisnął guzik „Pstryk” i
chwycił za telefon, by zadzwonić do swojego szefa.
- Halo? – odezwał się przepity głos El Torro, dyrektora wykonawczego „Odbitej
Palmy”.
- To ja, Blake, chciałbym dzisiaj wziąć wolne – gotuję obiad. – w jego tonie
dało się wyczuć jednocześnie dumę i podekscytowanie.
- Co? Nadgodziny? Masz to załatwione! Umowa, że tak powiem, stoi! – odparł
lubieżnie El Torro, myśląc, że rozmawia ze swoją masażystką.
- Nie, chciałbym dostać wolny dzień, urlop tak jakby, bo obiad gotuję.
- Yyyy? – elokwentnie spytał przełożony – ty i obiad?
|
Nastąpiła chwila krępującego milczenia. Wydawało się, że
potrwa to wieczność, ale po pięciu impulsach El Torro ocknął się:
- Stój! To zbyt niebezpieczne! Nie mogę tak narażać swoich najlepszych ludzi.
Ani ciebie.
- Ale robię tylko pierogi, leniwe, buchnięte z supermarketu. Właśnie je
podgrzewam, a potem zamierzam zjeść ze smakiem albo z widelcem, o ile uda mi się
odpowiednio wygiąć antenę od radiobudzika.
- OK., masz wolną rękę, tylko zrób z niej właściwy użytek. Na przykład puknij
się profilaktycznie w łeb. Nie wierzę, że kiedykolwiek stworzysz coś jadalnego.
W tym momencie Blake wyczuł dwie rzeczy: nutkę ironii w głosie szefa oraz - co
ważniejsze - dość niepokojący zapach spalenizny, wydobywający się z ziejącej
ogniem kuchni. Był to sygnał, że czas kończyć rozmowę.
- Wiesz, Torro, robi się trochę gorąco. Mam wrażenie, że mój obiad się ulatnia.
Pozwolisz, że zajrzę do niego spytać, jak się czuje?
- Idź już, idź! I następnym razem nie dzwoń na mój koszt!
- Sorry, może przypadkiem nacisnąłem specjalny numer.
- Dwudziestocyfrowy?!
Ale w tym momencie Torro usłyszał już tylko chrzęst odkładanej słuchawki.
- No cóż, przynajmniej nie żegnał się znowu litanią do Wszystkich Świętych –
odetchnął chief i zszedł do piwnicy „Odbitej Palmy”, by osobiście nadzorować
produkcję bimbru.
Blake tymczasem rzucił się do walki z ogniem szalejącym w jego mieszkaniu. Ogień
szalał i szalał, a Blake myślał i myślał, jak tu ugasić piekielne płomienie.
Najpierw spojrzał w lustro, zatrzymując wzrok w okolicach pasa.
– Nie, to zły pomysł, potrzebuję czegoś mocniejszego.
Wówczas to kątem oka spostrzegł wiszącą na ścianie gaśnicę.
– Tak, to będzie to! – stwierdził przytomnie, po czym ściągnął niezbędny
przedmiot z haka, wziął zamach i wrzucił artefakt wprost do kuchni.
Tego, co wydarzyło się potem, nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie. Źródła
zbliżone do autentycznych podają jednak, że po swoim brawurowym, świadczącym o
wysokiej inteligencji i harcie ducha, wyczynie, Blake musiał wyskoczyć z balkonu
swego apartamentu. Fakt, że ów luksusowy taras znajdował się na trzecim piętrze
postkomunistycznego bloku, miał chyba coś wspólnego z późniejszą wizytą bohatera
w szpitalu. Za cholerę jednak nie mogę sobie przypomnieć, co się wtedy stało...
|