« poprzednia | spis treści | następna »  
Przygody Blake'a cz.2
 

Blake umiał już liczyć do trzech, rozmawiać z samym sobą i wiązać buciki. Jego lewa noga miała się coraz lepiej, a prawe ucho, które oklapło po ostatniej wizycie w filharmonii, zaczynało przybierać normalny, zbliżony do ludzkiego, kształt.
- Fatalnie to wygląda – stwierdził barman "Odbitej Palmy", stojąc w kuchni i patrząc na miskę płatków owsianych zalanych wodą. Zestaw ten miał imitować wtorkowe śniadanie – pierwsze (normalne) śniadanie od blisko tygodnia. Jednak i tym razem posiłek nie wypalił. Może trzeba było użyć mleka z kartonu? Nie, to nie w stylu Blake’a, on nie wierzył w mleko z kartonu. Bo jak taka duża krowa może zmieścić się do małego, tekturowego opakowania, nie rycząc przy tym rytualnego „muuuuu” i nie wierzgając kopytami jak jelonek Bambi? Przecież to niemożliwe. Tak, jak niemożliwe wydawało się przygotowanie przez Blake’a czegoś jadalnego. Trzeba mu jednak oddać, że miesiąc temu prawie się udało. A było to tak:

Kiedy nasz bohater stał sobie kulturalnie w osiedlowym supermarkecie „Zofija” (notabene w kolejce po 0,7 l), w pobliskiej lodówce zauważył torbę z pierogami leniwymi. Były one tak leniwe, że same z siebie za nic nie chciały wskoczyć do sklepowego koszyka. Blake więc błyskawicznym ruchem wyciągnął je z zamrażarki i wsadził sobie za pazuchę. Następnie przeczołgał się przez dział „warzywa i owoce”, ogłuszył ochroniarza miotłą z promocji i wyszedł z „Zofii” tak szybko, jak w nią wszedł. Część misji została wykonana.

Po dotarciu do mieszkania świeżo upieczony złodziej bez zbędnych ceregieli wrzucił swój łup do mikrofalówki (a w zasadzie mokrofalówki, bo w opinii 90% gospodyń z Gdańska niezależnie od przeznaczenia nadal była to pospolita pralka „Hania”), pokręcił gałką w lewo, w prawo, wcisnął guzik „Pstryk” i chwycił za telefon, by zadzwonić do swojego szefa.
- Halo? – odezwał się przepity głos El Torro, dyrektora wykonawczego „Odbitej Palmy”.
- To ja, Blake, chciałbym dzisiaj wziąć wolne – gotuję obiad. – w jego tonie dało się wyczuć jednocześnie dumę i podekscytowanie.
- Co? Nadgodziny? Masz to załatwione! Umowa, że tak powiem, stoi! – odparł lubieżnie El Torro, myśląc, że rozmawia ze swoją masażystką.
- Nie, chciałbym dostać wolny dzień, urlop tak jakby, bo obiad gotuję.
- Yyyy? – elokwentnie spytał przełożony – ty i obiad?
 

Nastąpiła chwila krępującego milczenia. Wydawało się, że potrwa to wieczność, ale po pięciu impulsach El Torro ocknął się:
- Stój! To zbyt niebezpieczne! Nie mogę tak narażać swoich najlepszych ludzi. Ani ciebie.
- Ale robię tylko pierogi, leniwe, buchnięte z supermarketu. Właśnie je podgrzewam, a potem zamierzam zjeść ze smakiem albo z widelcem, o ile uda mi się odpowiednio wygiąć antenę od radiobudzika.
- OK., masz wolną rękę, tylko zrób z niej właściwy użytek. Na przykład puknij się profilaktycznie w łeb. Nie wierzę, że kiedykolwiek stworzysz coś jadalnego.

W tym momencie Blake wyczuł dwie rzeczy: nutkę ironii w głosie szefa oraz - co ważniejsze - dość niepokojący zapach spalenizny, wydobywający się z ziejącej ogniem kuchni. Był to sygnał, że czas kończyć rozmowę.
- Wiesz, Torro, robi się trochę gorąco. Mam wrażenie, że mój obiad się ulatnia. Pozwolisz, że zajrzę do niego spytać, jak się czuje?
- Idź już, idź! I następnym razem nie dzwoń na mój koszt!
- Sorry, może przypadkiem nacisnąłem specjalny numer.
- Dwudziestocyfrowy?!
Ale w tym momencie Torro usłyszał już tylko chrzęst odkładanej słuchawki.
- No cóż, przynajmniej nie żegnał się znowu litanią do Wszystkich Świętych – odetchnął chief i zszedł do piwnicy „Odbitej Palmy”, by osobiście nadzorować produkcję bimbru.

Blake tymczasem rzucił się do walki z ogniem szalejącym w jego mieszkaniu. Ogień szalał i szalał, a Blake myślał i myślał, jak tu ugasić piekielne płomienie. Najpierw spojrzał w lustro, zatrzymując wzrok w okolicach pasa.
– Nie, to zły pomysł, potrzebuję czegoś mocniejszego.
Wówczas to kątem oka spostrzegł wiszącą na ścianie gaśnicę.
– Tak, to będzie to! – stwierdził przytomnie, po czym ściągnął niezbędny przedmiot z haka, wziął zamach i wrzucił artefakt wprost do kuchni.

Tego, co wydarzyło się potem, nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie. Źródła zbliżone do autentycznych podają jednak, że po swoim brawurowym, świadczącym o wysokiej inteligencji i harcie ducha, wyczynie, Blake musiał wyskoczyć z balkonu swego apartamentu. Fakt, że ów luksusowy taras znajdował się na trzecim piętrze postkomunistycznego bloku, miał chyba coś wspólnego z późniejszą wizytą bohatera w szpitalu. Za cholerę jednak nie mogę sobie przypomnieć, co się wtedy stało...

 
« poprzednia | spis treści | następna »