Always Look On The Bright Side Of Life
- V ZJAZD ACTION MAGA - Wrocław - 20-24.VII 2007
PROLOG - PROLOGOS - PRELUDIUM
Użyjcie wyobraźni. Posłuchajcie, co wam teraz powiem.
|
Gorąca i upalna jak cholera lipcowa noc. Wbrew pozorom, nikt nie wybiera się do Hogwartu - cała Polska układa się do snu, ludzie żyją własnymi zmartwieniami. Praca, choroba matki/ojca/kuzynki/niepotrzebne skreślić, sesje poprawkowe, obowiązki, pierdy dnia codziennego. Nie wszyscy śpią, oczywiście - gdzieś na końcu świata, w wiosce, o której wszyscy zapomnieli, szykuje się weselisko w remizie, nocni maruderzy wychodzą na skrzyżowania, ktoś dostaje po pysku, ktoś jeszcze inny śle miłosne SMS-y do swojej sympatii, z którą nie widział się już dobre dwie godziny, ktoś dowiaduje się o swoim awansie, ktoś inny snuje plany wakacyjne (Teneryfa? Majorka? Seszele?). Ludzie pracujący na nocnych zmianach sennie włóczą się po miastach, udając że spieszą się na swoje autobusy. Ktoś inny znów nie może spać i ogląda po raz setny „Bezsennośc w Seattle”, w przerwach na reklamy doczytując „Ulissesa”. Ot, nic szczególnego, obrazek jak z jakiejś piosenki Myslovitz. Noc, zwykła noc.
Tylko w kilkunastu domach, porozrzucanych po przeróżnych miastach tego pięknego kraju, sztywna skorupa rutyny zaczyna powoli pękać. Roztrzaska się ostatecznie dopiero dnia następnego… ale nie uprzedzajmy faktów, Trzydzieści małych żaróweczek, jak u Pomysłowego Dobromira, zapala się nad głowami trzydziestu młodych ludzi - już od kilku dni zachowują się dość odmiennie od reszty społeczeństwa. Przynajmniej od kilku dni uśmiechy nie schodzą im z twarzy, niezależnie od tego, czy to Wielkopolska, Podkarpacie, Lubelszczyzna albo Górny Śląsk. Te żaróweczki świecą jak najęte, nie dają o sobie zapomnieć, nie pozwalają się zgasić na zawołanie - nie ma co liczyć na spokojny sen. Oni - ci ludzie - wiedzą to doskonale.
Wczesny ranek - żaróweczki dzwonią na alarm, Wspomniana trzydziestka powoli zwleka się ze swoich posłań. Każdy w innym tempie, każdy o innej godzinie. Tu pełnowartościowe śniadanie, tam sucha bułka, gdzie indziej - zaledwie kubek herbaty lub kawy. Ścierając sen z oczu, sprawdzają swoje torby i plecaki, po czym suną w kierunku stacji kolejowych, dworców PKS i szos - jedni pełni energii, drudzy niewyspani. Polska widziana z satelity staje się pajęczyną dróg i sieci trakcyjnych, zbiegających się w centrum pewnego nadodrzańskiego miasta, położonego w województwie dolnośląskim. I choć każdy wyrusza według swojego własnego uznania i o wybranej przez siebie godzinie, wszyscy prędzej czy później wpadną w pajęcze sidła. Taki jest zresztą ich zamiar…
… bo jadą na V Zjazd Action Maga, :)
INTERLUDIUM - PRZERYWNIK - INTERLUDOS
Stworzenie zjazdu nie przychodzi łatwo Pierwszego dnia, pierwszego dnia...
Czyli pierwszy (i najdłuższy) dzień zjazdu…
Historię tę należałoby zacząć, o braciszkowie moi, od momentu, w którym wszyscy AMagowcy dotarli do miejsca przeznaczenia - ale to jest po nastojaszczy historia, nie jakaś tam zwykła paplanina - toteż tak się nie zacznie, ;) Licencyją Poeticą jest to stwierdzenie, jakoby trzydziestu zjazdowiczów przyturlało się do Wrocka jednego dnia, bo tak nie było. Ale oprócz tego, wszystko, co przeczytacie poniżej, a co Wasz Szanowny Autor (i jego kompania) napisze, będzie to prawda sama prawda i tylko prawda.
Wszyscy, którzy przyjechali (i kilku z tych, którzy nie przyjechali) wiedzieli jednak, że tegoroczny zjazd w ogóle nie musiał dojść do skutku - a przynajmniej w lipcowym terminie. Sam nie mogę pojąć, o braciszkowie, ile to tupetu trzeba mieć, ile pychy w sobie i bezczelności, żeby w dniach, przypadających na zlot organizować w najpiękniejszym mieście w Polsce iście nieAMagowy festiwal „ERA - Nowe Horyzonty”! Ula i Maciek stanęli przed faktem dokonanym - wcześniej zarezerwowane przez nas miejsca w akademikach, zostały przeznaczone dla japiszonów i gości tego filmowego przedsięwzięcia. Kiedy wydawało się, że nic już nie można zrobić, a Niżej Podpisany zaczął otrzymywać od Donalda SMS-y o treści „reflektujesz na spanie w namiocie?”,[Ja tam zapaliłem się do tego pomysłu. Zjazdu pod namiotami jeszcze nie było – ZoltaR] opatrzność pokazała nam, że Action Mag zajmuje szczytowe miejsce na jej liście z nagłówkiem „ulubione”. Dzięki szybkiej interwencji Ssaków Naczelnych, niekończącym się pertraktacjom, kilkunastu telefonom i odrobinie szczęścia, na około dwa tygodnie przed zjazdem buchnęło jak z nieba: „JEST!”. Udało się zorganizować miejsca na styk, co przyczyniło się do wzrostu napięcia przedzjazdowego - każdy AMagowiec musiał potwierdzić swój przyjazd na trzysta procent, w zastaw dając życie matki, wujka, dziadka i świnki morskiej. Udało się jednak. Jak to skonkludował Donald: „Maciek jest Nadbogiem”. (i jak będzie potrzebował nerki albo kawałka wątroby to niech sie nie wstydzi prosić! :) - D.)
Planowany czas i miejsce spotkania wyznaczyła Ula vel Vene vel Wrocławski Łącznik - 15:30 pod pomnikiem Fredry na rynku. O tej godzinie wszyscy mieli zgodnym krokiem ruszyć ku akademikowi (a właściwie to hostelowi) Straszny Dwór, nieopodal Placu Grunwaldzkiego, celem zakwaterowania się. (ale nie ruszyli o tej porze, bo historia lubi się powtarzać: - D.) [A w ogóle to ten cały akademik miał być tuż tuż, niczym pewien browar tuż za własnym rogiem, a tu tyle marszu z ciężkimi bagażami, przy których nawet największy wymiękał. Niósł mi torbę tylko minutę, po czym odpuścił – ZoltaR]
Wrocław powitał nas upałem - wylądowaliśmy tam około 11:00, a jakieś pół godziny później rozsiedliśmy się w Spiżu, czyli knajpie, leżącej tuż pod pomnikiem Fredry. Szybki cynk do ekipy z Szewskiej - i oto rozpoczyna się rozpoczynanie się zjazdu w pełnej krasie. Najpierw na miejsce dotarł Caleb, co to właśnie powrócił z gór i widać to było po jego obdartej koszuli, potem zaś przywitali nas Ghall, Placeq vel Ciasteq oraz Vene. Z tego, co było nam wiadomo, od około ósmej rano po mieście kręcił się Phantasmagor, ale niestety nikt z nas nie miał z nim kontaktu (i dlatego nieraz nam się zgubił :)) Wstępna integracja w Spiżu zajęła nam w sumie około czterech godzin - w międzyczasie zdążył dołączyć do nas Kot z Cheshire vel Vith. Nikt nie miał pojęcia jak wygląda, a w dodatku on również nie był pewny co do tego, jak my wyglądamy. Za pomnik Fredry wziął Pręgierz po drugiej stronie rynku. (W każdym razie Kotu zupełnie wystarczał - poczuł się on tak wzbity faktem gładkiego trafienia z dworca na rynek, że stwierdził, iż pod nim zostanie. Mielibyśmy więc dwa równoległe zjazdy AM, ale ktoś poszedł po rozum do głowy i przyprowadził go do nas. - D.) Gdzieś w międzyczasie dołączył do nas sZakOOu, a ostatnim z tak zwanej Pierwszej Ekipy, która spędziła w spizowym ogródku te kilka godzin, był Splatch.
W międzyczasie zaczynają nas dochodzić pierwsze sygnały od AMagowców, przybywających na dworce PKP i PKS. Najpierw pada postanowienie, żeby wyjść po kogoś na dworzec, ale konieczność wyższa zmusza nas do stróżowania pod pomnikiem - na Wrocławiu Głównym zbiera się coraz większa grupa, telefony zaczynają się urywać, stagnacja idzie precz - czekamy w napięciu, Napięcie kumuluje się pod postacią wyładowań atmosferycznych i oto na piękny rynek spadają pojedyncze krople deszczu.. W chwilę później spiżowe parasole nie są w stanie dłużej chronić wszystkich zgromadzonych - chowamy się w Zaułek Grotowskiego i… czekamy.
Dostajemy wiadomość, że ludzie z dworca suną w nasza stronę - brodzą w tej ulewie i lekkiej szarudze, ale who cares? (Łi kers! :) Wrocław nas pięknie przywitał - deszczem i dreszczem. Ale jak wiadomo, co nas nie zmoczy, to zauroczy i w oczekiwaniu na wszystkich pociągowców i pekaesowców graliśmy w zwierzaki, by potem dzielnie, przepięknie ruszyć pod pomnik Fredry, jupijaaaaj, jupiiiijej :) -nZ.) W końcu jest zjazd! I oto nastała wiekopomna chwila - z oddali słychać już gwar rozmów, zza węgła wyłania się grupka ludzi z plecakami, torbami, namiotami… Eeee… no, może bez namiotów. ;) Ziemia drży, deszcz powoli ustaje, a na czele grupki sunie znajoma postać…
„Przed państwem - Krzysztof Kononowicz!”
Ten okrzyk Donalda oznacza mniej więcej tyle, że na czele Drugiej Ekipy stoi sam Człowiek O Wielu Ksywkach i Ogromnym Serduchu, vel PMG. W ślad za nim przybywają asztaka, Vigmyn, ZoltaR, Kulturny, gloggson, nZorka, Ceeebula, LCD, Evolva oraz Phantasmagor vel Rodzyn. Dwadzieścia wesołych mordek, promieniejących czystą, zjazdową radością, dwadzieścia indywiduów, próbujących pomieścić się w ciasnym zaułku i przywitać się ze starymi znajomymi, lub poznać kogoś nowego - to jest to. Jest około 15:00. Kierunek - hostel. (Tak, to było istne pandemonium, jak się tak wszyscy na siebie rzucili. Z rozpędu z nZorką przywitałem się dwa razy a z Gloggsonem ani razu - D.) (mnie bardzo rozweselił Obywatel, który idąc tuż przede mną [z czego nie zdawał sobie sprawy] próbował zatrzymać grupę mówiąc „ej, zaraz, kilku osób jeszcze nie ma. Kulturnego na przykład...” :D – Kulturny) [Ja, jako nieobyty człek, poprosiłem Donalda o wypowiedzenie najsłynniejszego słowa w historii AM, Huynji, na co dostałem odpowiedź: „A co to ja, do szafy grającej grosik wrzuć”? :D – P]
Straszny Dwór leży właściwie tuż nieopodal reszty znanych wrocławskich akademików. Wbrew tej strasznej nazwie, nie było tam duchów, [Nie było też podziemi, toteż nie dało się wraz z nZorką nakręcić sequela naszego toruńskiego pornola – Z.] (ayfkm? (C.)) nikt tez nie odtwarzał motywu z opery Moniuszki na pobudkę (nawet karaluchów nie było ;)). Zakwaterowanie nie należało do skomplikowanych, ekipa szybko dobrała się trójkami w celu zajęcia pokojów, a Wasz Szanowny Autor postanowił, że dokoptuje do swojego lokum grupę w postaci: Kulturny, gloggson i Vith. Nasz czteroosobowy pokój okazał się pokojem trzyosobowym, a zapewnienia w rodzaju „zrobimy wam dostawkę”, nie spełniły się aż do końca zjazdu. Summa summarum, integracja na większą skalę rozpoczęła się dopiero, gdy wszyscy zrzucili z siebie toboły i pozwolili sobie zażyć odrobiny odpoczynku. Ula i ekipa wrocławska zostawili nas i uzgodnili, że spotkamy się za jakiś czas na rynku. Michał Chmielewski i jego towarzyszka nie dotarli na czas - jak się okazało, nie zaszczycili nas swoją obecnością w ogóle.
Jako że na pierdołach słodko czas upływa, wieczór nadchodził powoli i nieubłaganie, a ludzie zaczęli się chwytać każdej możliwej formy aktywności. Donald i Wasz Szanowny Narrator w atmosferze oczekiwania na mającą się pojawić w najbliższym czasie Dodo oraz Uniona i pszczółę, postanowili wyjść z akademika i zaszyć się gdzieś w Pasażu Grunwaldzkim, żeby zabić te dwie godziny oczekiwania. Tutaj zaliczyliśmy spostrzeżenie, że AMag kieruje się instynktem stadnym - choć zakomunikowaliśmy, że idziemy tylko po to, żeby czekać na ludzi, spora część grupy powędrowała za nami, jakby w nadziei, że zaprowadzimy ich w jakieś ciekawe miejsce. ;) (było ciekawie! Już chociażby sam test „ilu amagowców potrzeba do zablokowania obrotowych drzwi?” jest godny odnotowania :P – K.) [Oczywiście to ja dostąpiłem zaszczytu zablokowania ich – S.] W końcu poradziliśmy im zgadanie się z ekipą z Szewskiej i marsz na rynek - my sami mieliśmy postąpić analogicznie, po skompletowaniu tak zwanej Trzeciej Ekipy.
Oczekiwanie w pojedynkę na zjazdowiczów nie jest zbyt wdzięcznym tematem do opisów, toteż i nie ma o czym gadać. W pewnym momencie minęła mnie ekipa, która pospieszała już do Centrum - a mnie się aż durnowato zrobiło, że tak czekam, jak na Godota. Rodzice Dominiki vel Dodo (razem z nią oczywiście) trafili w końcu w okolice Pasażu, Donald zajął się eskortą, a Wasz Pokorny Narrator niecierpliwił się z minuty na minutę, wypatrując na horyzoncie elfa i dobrej wróżki. Trafili w końcu - zagubieni w wielkim mieście, wiedzeni mylnymi wskazówkami od przechodniów. Zapamiętajcie, moi braciszkowie - jeśli ktoś we Wrocławiu powie wam o jakimś miejscu, że jest „prosto jak w mordę strzelił”, zapytajcie na wszelki wypadek, czy chodzi o lewy, czy prawy sierpowy. ;)
Zjazd od jakiegoś czasu przeniósł się do podziemnej jamy w „Małgosi”, czyli AMagowym pubie z tradycjami. Tam właśnie, pośród tej duchoty, skumulował się jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny klimat - na miejscu był już Qń`ik, a po chwili, z wielkim entre, dołączył do nas Gregorius i jego dziewczyna. Zjazd był niemal w szczytowej fazie. (To ja miałem entre!! Po zakwaterowaniu Dodo i zruganiu Uniona za to że przyniósł pecha Asi, jak i przywitaniu Asi, która przyjechała dokładnie o czasie, leciałem jak dziki przez ulice i tramwaje, bo mi uciekał początek zjazdu!!! Aż wreszcie... - D.) Po opuszczeniu pubu wyszliśmy na rynek i oczekiwaliśmy przyjazdu przedostatniego (jak nam się wtedy wydawało) zjazdowicza, z AMagiem skoligaconego bardziej pośrednio, niż bezpośrednio - Plewina vel Łukasza vel Szczypiorka. Nie zawiódł - przyjechał z gitarą i sporym ładunkiem pozytywnej energii. (Vene w międzyczasie pokazała nam intrygujący zestaw „zrób to sam” i trochę się uśmialiśmy obserwując, jak jakiś napalony japoński turysta próbuje wyrwać krasnala – K.) No i nastał czas napychania żołądków, nieudanego szturmowania Wyspy Słodowej, wygłupów na rynku, odstawiania numerów nieziemskich i rożnych takich cudów dziwów, które ciężko spamiętać po kolei. ZoltaR z Plewinem mieli dać koncert na dwie gitary , w tym samym czasie wrocławska epika z Ghallem na czele marudziła na repertuar (Kaczmar :)) - wiatr smagał nam zmęczone twarze, fontanna tryskała, a setki krzesełek poustawianych przed nadmuchiwanym ekranem (plenerowe projekcje Nowych Horyzontów…) tylko czekały, aż AMagowcy je zajmą. Kiedy już mieliśmy opuścić to miejsce, chłopaki postanowiły dokonać ‘rytualnego umoczenia” - i tak oto tyłek Smutnego Jak Cholera Wędrowca zanurzył się w fontannowym brodziku. [Na początku Qń i Caleb mieli obiekcje jakoweś. Rozwiał je dopiero Placeq, sprintując ku nim i wydatnie pomagając w spełnieniu rytuału :p – P.] Nowa świecka tradycja nam się rodzi, jak widać. Co tak przyciąga AMagowców do fontann? Jako że Karolina vel Trocinka miała przybyć na dworzec dopiero około drugiej w nocy, potrzebna była knajpa, w której Action Mag mógł się zaszyć aż do tego czasu. Znaleźliśmy zaciszne dosyć lokum z tanim piwem, schowane misternie przed oczyma plebsu, gdzieś w podziemiach. Nie wszyscy wytrzymali jednak nawet do północy - Phantasmagor vel Rodzyn, który jako pierwszy przyjechał do Wrocławia, również jako pierwszy zasnął na kanapie, ;) (bo „przyszła pora na Phantasmagora” ;) – K.) W końcu poszliśmy na dworzec.
Wasz Szanowny Narrator również poczuł, że siły powoli go opuszczają - odłączyliśmy się więc od reszty, by razem z Dodo, ZoltaRem, PMG i Vithem ruszyć do akademika. Poszliśmy drogą alternatywną, co oczywiście było przewidziane i zaplanowane w ramach niespodzianki. :) [Runda honorowa po prostu. Nadal uważam, że droga była identyczna pod względem długości. – Z.] [Nadal uważam, że zrobiliśmy dwa boki trójkąta, zamiast iść prosto do celu. Ale ok., biorąc poprawkę na teorię względności, teorię chaosu i Siły-wyższe-wiedzą-czego-jeszcze, może to i była „droga identyczna pod względem długości” ; - ) – Dodo] Zwiedziliśmy ciekawe przejście podziemne, a następnie rozłożyliśmy się na swoich miejscach. Ale tak po prawdzie, pobrzdęgoliło się tylko odrobinę na gitarze, dotrwało się do czwartej nad ranem, (nie omieszkaliśmy uczcić tego odpowiednim kawałkiem) a nawet doczekało się powrotu zmęczonej ekipy. Wchodzi Szanowny Narrator Tej Opowieści do pokoju, a tam Kulturny i gloogson śpią jak zabici, pozwala więc Vithowi zająć ostatnie łóżko, samemu uwalając się pokotem na podłodze w pokoju z ZoltaRem, Vigmynem i PMG. W tenże oto sposób Niżej Podpisany spędził wszystkie cztery noce na zjeździe. ;) [Żeby było śmieszniej - jak PMG pojechał, łóżko się zwolniło a Obywatel nadal jak spał na podłodze, tak spał – szaQ]
I tak skończył się najdłuższy i najbardziej męczący dzień pierwszy, czyli piątek. ;)
I uznaliśmy, że to było mądre Na tym się skończył pierwszy dzień zjazdowy
PRZERYWNIK - INTERLUDOS - INTERLUDIUM
W działaniu trzeba poznać kolej rzeczy Drugiego dnia, drugiego dnia...
Ekipa AMagowa nie jest w stu procentach jednomyślna - trudno się dziwić, wszak byłoby to cholernie nudne - toteż podnoszenie tyłków z miękkich posłań i podłóg zajęło mi trochę czasu. Summa summarum, ostatnim, który podniósł się z wyra, był bodajże Vith - około dwunastej.(... ja wstałam o 15? :P- nZ.) Tak, zdecydowanie brakowało mi w tym miejscu Kokleta, który zagwarantowałby niezawodne opóźnienie całej ekipie. ;) Wiadomo było, że Wrocławianie i ludzie z Szewskiej podniosą się odrobinę później - nie czekając na nich, podjęliśmy w końcu męską decyzję: idziemy na rynek.
Ten dzień był jednym z tych, które trzeba jakoś spędzić, by dotrwać do wieczora. Wieczór miał być istną eksplozją czystej, zjazdowej treści, mistycznym zjednoczeniem przełyku z szyjką (plus beknięcie) i kumulacją wrażeń - zupełnie jak w totku. Znaczy się, po nastojaszczy impreza się kroiła.
Pierwszy przystanek - Piwnica Świdnicka. Oj, to był horror szoł, braciszkowie moi. Boć to knajpa porządna, burżujska lekko, z secesyjno-międzywojennym wystrojem, (założę się że na drinki chodziły tam całe pokolenia, Prusacy, Austriacy, Czesi, hitlerowcy i kto tam jeszcze był na Śląsku od 1273 roku, czyli od założenia tej knajpy) restauracyjna dosyć, a w asortymencie właściwie tylko jedno piwo - ale za to jakie! Biały Baran, bo tak się ów trunek nazywał - w dodatku znaleźliśmy kanapę, na której pomieścili się prawie wszyscy (z akcentem na PRAWIE :p) zjazdowicze. A asztaka zamówiła oszywiście kawę. ;) [Oczywiście, mrożoną. I parę osób poszło w moje ślady. Bita śmietana dla wszystkich! :D – asz.] [Evolva ze swoja herbatą również zaserwowała nam pokaz wyższości nad piwożłopami :D – P.] Bo trzeba wam wiedzieć, że mimo wszystko strasznie wczesna godzina nam jeszcze miłościwie panowała - i czas zlatywał powoli.
Głód! Tak, głód, rzecz jasna, występował, i to w dużych ilościach. Mało tego - był zaraźliwy. AMagowcy stołowali się podczas zjazdu w takich miejscach, jak: Miś, Miszmasz, Przydrożne Budki Z Knyszami, Kebab House’y Na Rynku, Tawerna Pod szczęśliwym Kupcem […STP czyli Szybko, Tanio, Pysznie choć nie było ani szybko, ani tym bardziej tanio! – szaQ] i… McDonald. („cóż, wcześniej, tak jak pan, czytałem podobne artykuły. tylko proszę zauważyć, że każda kanapka ma swój timer i te przeterminowane są podawane górą i wrzucane do kosza” .. timer, heehe, we Wrocku kanapki mają timery! :D (C.)) Zwłaszcza ten ostatni podbił serca wielu ludzi, którzy szukali taniego i w miarę strawnego jedzenia, czego efektem było nieustanne odłączanie się poszczególnych osób od grupy. Gdyby zjazd jako czysty, niematerialny abstrakt, mógł zmaterializować się i zaśpiewać piosenkę, z pewnością zaintonowałby „ooo, jaki jestem rozpieprzony, rozpieprzony…” - ludzie chodzili własnymi ścieżkami, a raz o mało co nie zgubił się Phantasmagor. ;) Jeśli jednak chodzi o samo jedzenie - najbardziej opłaciły się wycieczki do wspomnianego już Kupca, gdzie każda pizza kosztuje jedyne 10 złotych (a Cola jedyne 4,50… :P). [hehe, pizza była dobra, ale pudełka fajniejsze, używając ich jako oręża, wraz z sZakOOu odegraliśmy dramatyczną bitwę – S.]
Ekipa z Szewskiej dołączyła do nas jeszcze w Piwnicy a potem podsiadła dla reszty zjazdu megastolisko w Spiżu, gdzie to zjazdowicze mieli okazję uraczyć się piwem pszenicznym, tudzież miodowym - rzecz wyjątkowo dobra. Piwu towarzyszyły - tradycyjnie - kanapki ze smalcem, oraz, mniej tradycyjnie, bańki, które przyniosła Trocinka i puściła dookoła stołu. Każdy wydmuchał kilka sporych banieczek, przy okazji przekonując się jak to jest „być emo”. Noc była jeszcze młoda, bo to dzień był tak właściwie - zaczyna się mieszać w głowie od różnych trunków (bezalkoholowych) - zwiedzamy Wrocław. :)
Nikt nie myśli jeszcze o powrocie do akademika, ale nad głowami krążą czarne chmury, widmo imprezy zaczyna powoli nad nami ciążyć. Efektem jest ogólny rozpieprz, który spowodował, że każdy poszedł szukać sobie czegoś do jedzenia, a ci, co głodni nie byli oglądali sobie malownicze uliczki Wrocławia o zachodzie słońca, tropiąc krasnale i różne inne easter eggs, poukrywane w mieście. Na ten przykład pomniki zwierząt hodowlanych, ufundowane miastu przez, cytuję, „konsumentów”. Dziwnie się człowiek czuje, patrząc na taki obrazek (a jeszcze dziwniej, gdy go ujeżdża xD – K.). Inna sprawa, że w innej części miasta znajduje się „zestaw do samodzielnego montażu”, (czyli wspomniany wcześniej „zrób to sam” – K.) (Ja nie radzę się samemu tam montować ;P :) - pszczóła :)) który polecam sprawdzić samemu, o ile nie obrazi to czyichś uczuć religijnych. Zaiste, dziwne i zakręcone to Breslau - ale pewnie dlatego daje się polubić od pierwszego wejrzenia.
Kiedy pomysły się kończą, ekipa zbiera się pod Fredrą, by rozdzielić się ponownie. Tym razem pada postanowienie, że wszyscy spotkają się w akademiku. Wygłodniała tłuszcza AMagowa rusza po prowiant. Zaopatrujemy się w niego głównie w pobliskim Albercie oraz w różnych delikatesach, poukrywanych po Pasażu Grunwaldzkim. [Złapałyśmy tam z nZorką stopa, prowadzonego przez nieletniego kierowcę. Niestety jego wóz był przytwierdzony do podłogi Pasażu. ;) – asz.] Uzbrajamy się po zęby w żarcie i picie… Ruszamy na akademik. Po drodze przysiadamy na Ostrowie Tumskim. Kto wie, czy było to zmęczenie, czy brak motywacji, czy też totalny tumiwisizm, które na moment opanowało ekipę, czy też może Tradycja Poprzednich Zjazdów, każąca ludziom klapnąć się na trawie. :) Autor Tych Słów wziął gitarę, i zaintonował z Donaldem genialnie oddające klimat chwili „Encore, jeszcze raz”. (bo oto jeszcze raz był zjazd, jeszcze raz miała być całonocna impreza, ach, który to już raz - D) [Wykonanie przypadło mi do gustu, choć było oryginalne pod względem bicia ;) – Z.]
Właściwie rzecz biorąc, nie wydarzyło się do wieczora nic szczególnego - panie z recepcji zgodziły się na pobyt niezakwaterowanych ludzi w świetlicy hostelu (Przemknęliśmy na paluszkach obok stróżujących ;) - pszczóła :)) [Bo wcześniej poszliśmy do pań z recepcji z misyją. Miałam to niby załatwić ja, ale szybka kalkulacja w celu zwiększenia dyplomatycznej siły przebicia nakazała mi wziąć ze sobą Uniona. Strzał w dziesiątkę. :D], za oknami zmierzchało, a wszyscy przygotowywali się do balangi, która miała potrwać do białego rana. W istocie, zebrali się praktycznie wszyscy. I rycerze, panowie dworu, i kucharze, i stolarze... eee, nie ta bajka. AMagowcy z wszystkich miast urządzili w świetlicy zjazd, w każdym razie. I momentalnie gwar zapanował niesamowity, chaos totalny, rozpieprz maksymalny, po prostu horror szoł! Ghall i Caleb sprawdzali wytrzymałość obrotowych krzeseł, cała reszta zajęła miejsca na swoich zydlach, tudzież stołach do ping-ponga, nielicznym jednostkom musiała wystarczyć podłoga. Dyskusje rozgorzały w mig, a do ogólno-panującego zgiełku doszedł jeszcze nieśmiertelny duet ZoltaR - Plewin. Ci dwaj doskonale czuli się w samym epicentrum chaosu. Zaczęło się kameralnie, od brzdąkania jakichś Zeppelinów, potem udało mi się nawet namówić Łukasza na „The Foggy Dew”, a potem zaczęły się standardowe narzekania na repertuar (bo znów poleciał Kaczmar ;)) [Ci ludzie się nie znają na muzyce ;) Ja wraz z Plewinem bawiliśmy się bardzo dobrze, poza tym później wykonywaliśmy RHCP, do których przyśpiewywał nam sam narrator i dziewczyna Grega, to jest Marta – i za to wam dziękuję, świetne chwile – Z.]. Maciek mówił „Zagrajcie coś wesołego”, a minę miał przy tym posępną. ;) W gust tłuszczy trafił chyba dopiero Niżej Podpisany, gdy zaintonował najprostszą piosenkę na świecie, czyli „Gdy Nie Ma Dzieci” Kultu (wersja, jakiej nauczył mnie Ceeebula vel Julek - a-moll, e-dur… i tak w kółko ;)). A potem hałas znów zapanował straszny, hałas potworny, prowadzenie dyskusji stało się trudną sztuką, mimo że nastrój i klimat były iście AMagowe, a ogólna atmosfera imprezy - sprzyjająca. Gdzieś w międzyczasie Dwaj Zajebiści Wymiatacze zaintonowali wspólnie „Hymn Wieczoru Kawalerskiego”, ku ogólnej aprobacie tłumu, ale Szanowny Autor Wasz zmęczył się z deczka dniem poprzednim i niezbyt spokojną nocą, co jakiś czas szukał więc wytchnienia na korytarzu. Gdzieś tam w głowie huczało mu stado wron albo syreny z dyskoteki w remizie, a w dodatku Plewin obiecał jemu i Asi zaprezentowanie dwóch ukraińskich pieśni w swoim wykonaniu. Jakże mogli na to nie przystać Agentka Rumianek i Ambasador Ukrainy? Zacisznym miejscem okazała się toaleta nieopodal świetlicy - korzystając z błogiego spokoju zorganizowaliśmy tam kącik poezji śpiewanej (a ludzie przychodzili, coraz bardziej zaciekawieni). Asia zdołowała mnie i Donalda swoją interpretacją „Przesłuchania Anioła” (brrr, okropny wiersz) - potem, pozostając w temacie, wykonała jeszcze „Walkę Jakuba z Aniołem”. A gdy Niżej Podpisany namówił ją na bis, uraczyła nas swoją wersją „Poezji” i „Pieśni V”, gdzie starał się sam podśpiewywać w chórkach, jako że uważa się za nieoficjalnego odkrywcę tych wykonań. ;p [Ekipa interświetlicowa przeszła zaś w końcu do weselszego repertuaru – Z.]
[Około 23:00 - w drzwiach świetlicy pojawia się jakiś bliżej niezidentyfikowany człowiek. Krzyczy komuś nad uchem „nie uważacie że tu jest za głośno?”, na co Donald odpowiada: „może pan powtórzyć, bo nie słyszę!”. ;P] (A to był kierownik akademika :). I nie znał regulaminu własnej świetlicy, bo chociaż w Strasznym Dworze cisza zapadała rzeczywiście o 23, to w owej godzinę później! - D.)
Maciek, prowadzący swoją Krucjatę Na Rzecz Optymizmu Narodowego, co jakiś czas przypominał nam dobitnie, że impreza jest w świetlicy, a nie w korytarzu, czy gdziekolwiek indziej ;) W ogóle to chodził po różnych lokacjach i zbierał do kupy AMagowców, a z tymi co woleli wpaść w doły niż w zjazdowy klimat, do skutku rozmawiał, aż odniósł sukces. ;) [Niektórzy woleli wpaść do wyra, ale tak to już jest jak człowiek nie śpi drugą dobę. Ale do tradycyjnego „Ram cam cam” wytrwałem! :P – szaQ] Potem było wspólne śpiewanie i granie „Knajpy Morderców” przed północą, a gdzieś w tych okolicach ZoltaRowi przypomniało się, że oprócz Kaczmara potrafi zagrać jeszcze Red Hotów. ;) Oo, radość wielka była, Plewin podgrywał solówki, a ci, co znali słowa, ryczeli ile wlazło. Z tego co pamiętam, grana była jeszcze „Jałta” i na pewno „Lekcja Historii Klasycznej” - niestety, tutaj coś zaczyna już szwankować w pamięci. Około drugiej, kiedy wydawało się, że zgon imprezy nastąpi szybciej, niż w istocie nastąpił, Autor pożegnał grupę i legł na swym miękkim, wyścielanym panelami podłogowymi łożu. ;) A impreza jednak ani myślała wymiękać i na złość narratorowi postanowiła toczyć się dalej. :) Zmęczonych już nieco Amagowców zebrał po raz kolejny Maciek do kupy i zaczął zabawiać pytaniami w stylu „Jakim zwierzem chcielibyście być”. Zabawy wyglądały na idiotyczne dopóki nie padło pytanie „Co dziwnego potraficie zrobić”, pszczóła nie wywinęła języka w koniczynkę, a Trocinka - uwaga - nie polizała własnego łokcia. I okazało się że na zjeździe wszystko jest możliwe. (Przy okazji - w życiu nie widziałem tak zdziwionego Qn`ia. - D.)
[Ważne: rytualne odtańczenie ramcamcama na terenie zabudowanym, odbyło się i to ze wszystkimi szykanami. Richtige tempo było jak się patrzy. ]
[Ważne 2: rytualnego brudzia wypiło na imprezie kilkanaście osób, sam Autor nie jest się w stanie doliczyć]
(O czwartej nad ranem odśpiewaliśmy czwartą nad ranem, po czym impreza dała się wreszcie skończyć, a ekipa z Szewskiej i osoby towarzyszące wysunęły się z akademika w kierunku spania. Po drodze zaszły do czynnych 24 godziny na dobę delikatesów, co by kupić jakieś picie czy przekąskę na drogę. Jednakże kolejka, w której stanęły, była czynna tylko od 8 do 16, gdyż pani sprzedawczyni obsługiwała tylko tę drugą, alkoholową, do której wciąż dochodzili ludzie. Dumni AeMowcy woleli jednak zostawić to, co przynieśli do kasy i wyjść bez zakupów, a Caleb wolał nie zostawić. Wziął chipsy ze sobą, mówiąc że on chciał je kupić, tylko mu nie sprzedali. - D.) I uznaliśmy że to było mądre Na tym się skończył dzień zjazdowy drugi
INTERLUDOS - INTERLUDIUM - PRZERYWNIK
W tworzeniu szkodzi marzeń niecierpliwość Trzeciego dnia, trzeciego dnia...
Podobno nikt nie lubi niedzieli…
Jak się okazało, impreza potrwała jeszcze parę godzin, zanim ekipa zmyła się i pozostawiła po sobie syf, bałagan i ogólnie negatywne wrażenie. Czyli standard. Niżej Podpisany obudził się dosyć wcześnie, bo i wcześnie spać poszedł - reszta AMagowców ciągle starała się odespać tę przebalangowaną noc. Jakoś około południa zaszczycili nas Donald z Asią, przy okazji przynosząc odrobinę śniadaniowego prowiantu. Donald nie omieszkał uraczyć nas przepisem na Najlepsze Danie Świata, czyli huynjaburgera. Kanapka z wszystkim, na dokładkę przypalana wycieruchem… a zresztą. ;P Po wyżerce i paru wygłupach, (między innymi nagraniu przez ZoltaRa i Niżej Podpisanego całkowicie nowej wersji kawałka „Panie, Smagaj Mą Czarną Skórę”) nadszedł czas, by zebrać się do jednego w głównych punktów programu naszej wycieczki - czyli wrocławskiego ZOO [Do którego zaprowadził niezawodny, jednoosobowy GPS – ja! :D – szaQ] Właściwie rzecz biorąc, ogród zoologiczny potrafi być ciekawy - bardziej jako park niż miejsce trzymania zwierząt w klatkach, ale potrafi. Tutaj oddaję miejsce ludziom, dla których ZOO jest fajną rozrywką. ;)
(Najbardziej podobał mi się lis fenek, który strzelał z karabinu maszynowego i łuskał granaty przeciwpancerne... Tak, to był świetny pojedynek. Twardy był, ale wziąłem go za uszy i nauczyłem, że do ludzi się nie strzela. :) :) :) (C.)) [W ZOO nie było tak najgorzej, a w/w Phantasmagor, rozśmieszył mnie do łez dotykając drutów pod napięciem i mówiąc „lubię dotykać druty.... Łaaaa!! K***a ale koooopie”. Tutaj również do Amagowej rodzinki dołączyła Trocinka, zostając moją kolejną siostrą :) -S.]
Grupa rozpieprzyła się już tradycyjnie, a wyznaczone miejsce spotkania, czyli wyjście z ZOO, każdy osiągnął według swojego widzimisię. W istocie zeszło nam trochę w całym tym ogrodzie, do centrum miasta należało się doczłapać tramwajem. Ktoś rzucił nieśmiałym planem, co by obejrzeć Ogród Japoński, ale głód, głód, głód nas pchał ku rynkowi, nie było na to rady. Grupa, na której czele stał Union, a w której znalazł się również Niżej Podpisany, pojechała tramwajem, po drodze gubiąc kilka osób, na które czekała. Kiedy przybyliśmy na rynek, wciąż nie było wiadomo gdzie podziali się Kulturny i gloggson (czekaliśmy na Was – w dużo większej grupie – pod wyjściem z ZOO - K.) - ale asztaka, sZakOOu i Szanowny Autor Tych Słów dbali w tej chwili wyłącznie o swoje własne żołądki. [My byliśmy Frakcją Ludzi Głodnych i chcieliśmy iść ma rynek. Reszta chciała dalej oglądać małpy. No to powiedzieliśmy „baj baj, widzimy się na rynku”. Nie wiem jak można stracić godzinę z dnia i o co wam chodzi. :P – asz.] Z czasem ekipa się odnalazła, większość ludzi dotarła na rynek, a Julek z Magdą czekali na swoje pizze około godziny. ;) (Wrocław nas kocha! :P -nZ) Gdzieś w międzyczasie zwiedziliśmy EMPiK, co by zobaczyć, jak tam się na stoisku wiedzie Kamilowi… no i oczywiście, w celu zrobienia małych zakupów. (z małym rabatem ;) - D) Zapanował ogólny rozpieprz, a potem przystąpili do oględzin płyt. Po długim okresie nicnieróbstwa, (a dla niektórych - krótkim meczem w kosza - D.) (a dla asztaki, Ceeebuli, LCD i mnie – słuchaniem w EMPiKu bajek czytanych przez nZorkę. Z tamtych chwil zapamiętałem głównie rozkładającą się biedronkę i cuda pluszowego Jezusa (nie wybielać!). Nie było na nim ceny, ale podejrzewam, że kosztował coś koło 30 srebr... znaczy złotych ;) - K.) wszyscy jakimś cudem spotkali się pod Fredrą i jasne było, że klarowne plany na wieczór są niezbędne. Rzuciło nas gdzieś po odmętach Wrocławia, a jako że niedziela była, staraliśmy się znaleźć knajpę, która byłaby czynna przynajmniej do drugiej. Zimny poniósł nas wiatr, pomysłów było brak - w końcu tak się stało, że wylądowaliśmy w pubie, co to zwał się „Fuzon”. Standardowa dosyć knajpa z parkietem do potańcówki to była, a hałas przeszkadzał nam w zrozumieniu się nawzajem. Union dobrze to podsumował - przydałby się ekspert od Feng Shui. ;) Ale narzekać nie było na co, bo i piwo tanie (jeśli się dzban zakupiło :)) i atmosfera sprzyjająca wygłupom. Dla mnie dysko to je wszysko - i hejże w tany. Chociaż repertuar na początku budził kontrowersje, szybko się zmienił. [Ja pamiętam jak się darłem na japę całą; „Nie jesteś Unionem, mówię Ci, jesteś szalooona...”:P – P.] AMag wzniósł też honorowy toast za Wielkich Nieobecnych, których nie było wśród nas z przyczyn wyższych i za wszystkie Dupy Wołowe, które mogły być, ale nie były. ;)
[Niżej podpisany zaciągnął się fajką „po śląsku”, na co Kamil vel Camilo odrzekł: „dostajesz bana”. Autor zdziwiony zapytał: „za co?”. A Admin rzucił: „za palenie”. ;)] (A przedtem to samo mówił Unionowi i groźbę spełnił. Moimi rękami. Zbanowałem Uniona!!!!!!!! - D.)
Tego dnia Trocinka, Splatch i Plewin musieli nas opuścić - po wyjściu z pubu skierowaliśmy się więc na dworzec PKP i zgotowaliśmy im iście AMagowe pożegnanie, z machaniem chusteczkami i chóralnym zawodzeniem włącznie. (aż się glina musiał przejść i zamknąć drzwi do wagonu, bo byśmy ich nie wypuścili - D.)
Ta ciężka, niedzielna atmosfera kazała nam kierunkować całą energię na dzień jutrzejszy - prawdziwe życie miało się zacząć w poniedziałek, tymczasem z braku lepszych idei, grupa zarządziła udanie się na Wyspę Słodową. Maciek opuścił nas wtedy, a Caleb zagarnął grupkę do pobliskiego monopolowego. ;) Teren wyspy jest teoretycznie monitorowany, a w praktyce żadnemu patrolowi nie chce się tam zapuszczać - w dodatku nie byle jaka to wyspa, z eleganckim widokiem na neony pobliskiego hotelu, pełna zieleni i w ogóle horror szoł. Rozsiadło się tam towarzystwo, które nie miało ochoty na rychły powrót do akademika. [ja na przykład nasłuchiwałem grania Vitha :) - S.] ZoltaR stworzył własne kółko dyskusyjne i rozprawiał o religii, a reszta rozprawiała namiętnie o dupie Maryni. Wiadomo było już, (po telefonie, który odebrała Vene) że niedługo zjawi się Pierwszy Żyd AMaga, czyli Phnom Penh vel Adam we własnej osobie, ale kwestia „co zrobić z niedzielą” nadal czekała na rozwiązanie. Tak naprawdę najciekawszy punkt wieczoru nastąpił, gdy spora grupa ludzi, wraz z Waszym Uniżonym Sługą postanowiła skierować się w stronę akademika. Reszta ekipy, w której znalazł się również UnionJack, postanowiła podążyć na Szewską i oczekiwać spóźnialskiego na zjazd. (A entre na Szewską tez miał Szlangbaum Penh fajne. Przyszedł lekki i zwiewny, bo mu bagaż zasiali gdzieś w Mediolanie. Będzie leciał za jakiś czas z powrotem do żydów, to sobie znajdzie - D.) Wspominam o tym celowo, ponieważ w ten sposób zostaliśmy pozbawieni kompetentnego przewodnika, który wskazałby nam drogę powrotną. Miano Wodza Wycieczki przypadło więc sZakOOu, który twierdził, że „prawdopodobnie zna drogę”. ;) [Niczego nie twierdziłem! :P Słyszałem tylko: „A kto nas poprowadzi? sZakOOu! sZakOOu zna drogę!” – szaQ]
Powiadam wam, braciszkowie, nocna włóczęga po Wrocławiu to jest coś! Większość ekipy kręciła nosami w swoim uporze jak najszybszego dotarcia do celu, ale Niżej Podpisany bawił się znakomicie. Oczywiście, zgubiliśmy drogę, włócząc się po jakichś ciemnych zakamarkach miasta i sam nie mam pojęcia jakim cudem mogliśmy NIE trafić z wyspy na Plac Grunwaldzki. ;) Nawet harcerski zmysł Magdy vel nZorki nie zdał się na wiele (A ić! Bo i kto zagaił to tego pana alkoholowego, co nas nawrócił?! ;) - nZ) - a że ulice tego miasta świecą o tej godzinie pustkami, trudno było zapytać kogokolwiek o drogę. Kiedy tylko dało się spostrzec znajomą nazwę ulicy lub okolicę, trzymało się tego, jak wskazówek wyroczni. A nie było tak naprawdę powodów do narzekania, od ciepłego, letniego powietrza nikomu się nie zamarzło - Vith, sZakOOu, ZoltaR i Niżej Podpisany z radością brali na barki obowiązek prowadzenia grupy na manowce. ;) Trafiliśmy w końcu, wszak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a tłum uspokoił się tak jakby i przestał tyle marudzić. W samym hostelu ludzie potrzebowali chwili wytchnienia - dosyć szybko zgromadzili się jednak w pokoju, do którego przybył Narrator Tej Opowieści i kilkoro innych ludzi. Gitarzenie znudziło się ludziom dosyć szybko, poza tym znów nikt nie mógł trafić w gusta tłumu. Nikomu jednak nie chciało się również spać.
Z pomocą przyszła nam Kapitanówna vel Magda, która zaordynowała AMagową imitację harcerskiej zabawy. Reguły były proste - każdemu z graczy przypisana była nazwa np. jakiegoś zwierzęcia. Jeden gracz stawał w środku koła z książką, inny zaś rzucał nazwę zwierzęcia (byle nie swoją lub gracza w środku) - zadaniem „środkowego” było jak najszybsze walnięcie w łeb wywołanego gracza - chyba że ten zdążył wywołać innego… i tak w kółko. ;) Właściwie rzecz biorąc, wszyscy traktowali reguły gry dosyć swobodnie, a w dodatku zapominali, do jakich nazw są przypisani i obrywali po kilka razy. Kilka razy zmieniliśmy kategorie, (np. na filmy - nikt nie potrafił spamiętać mojego „Nieba Nad Berlinem” i wszyscy przekręcali tytuł) potem zamieniliśmy się nawzajem ksywkami - tego chaosu to już nikt nie mógł ogarnąć, zwłaszcza kiedy ZoltaR krzyczał „Ceeebula”, a książką obrywał Niżej Podpisany. ;p (mina ZoltarRa, stojącego pośrodku koła z książką w dłoni i kompletnie nie wiedzącego co ma począć i komu przypieprzyć, gdy ktoś krzyknął „ZoltaR!” – bezcenne! :D – K.) Najciekawszy punkt programu nastąpił, gdy przerzuciliśmy się na „choroby i schorzenia”. Julka była bodajże Alzheimerem [Schizofrenią! Pomysł chorób zainspirowany był wcześniejszą zabawą akademikową. Najśmieszniej było jednak z pozamienianymi ksywkami i jak ktoś w stresie przed ciosem w łeb krzyczał w panice coś zupełnie bez sensu. ;P. – asz.], ktoś inny stwardnieniem rozsianym, Autor Tej Relacji wypisał się z gry, z racji utraty przytomności, a wspomniany już ZoltaR, zapytany o to, jaką chorobą chce być, odrzekł: „stulejką”. [kategoria „zespoły”. Magda: „yyy stuuu... ku**a.. (pac) ...lejka) -S.] Biedak nie wiedział wtedy jeszcze, że od tej pory niektórzy będą to traktować jak jego nową ksywkę. ;) [„Zgwałcili mi tatę” było chyba lepsze xD Albo jak kazali mi walnąć samego siebie. Wykonałem polecenie z prawdziwą pasją – Z.] (ciąg „Zabili mi żółwia” (ja) -> „Zgwałcili mi tatę” (ZoltaR) był tak rozbrajający, że ZoltaR obrywał książką praktycznie za każdym razem, nie będąc w stanie nic odpowiedzieć. Co u wszystkich wywoływało nagłe i niepohamowane „wybuchy radości” ;) – K.) (Do Phanta przylgnął zaś Megazębotron ;P - pszczóła :)) Oj, działo się, działo, moi drodzy braciszkowie, brzuchy nas bolały od śmiechu, niejeden padał już z wycieńczenia - nawet N1sarius śmiał się do rozpuku, chociaż wcześniej chodził podminowany. Bo trzeba wam wiedzieć, że na tej durnowatej i genialnej zabawie zeszła nam masa czasu i właściwie nie zdążyliśmy się spostrzec, jak zastał nas świt, a potem szósta rano. PMG zbierał się właśnie do swojego porannego wyjazdu. ;)
A my legliśmy jak nieprzytomni.
I uznaliśmy, że to było mądre Na tym się skończył dzień zjazdowy trzeci
INTERLUDIUM - INTERLUDOS - PRZERYWNIK
Panować zjazdom to sekrety mnożyć Czwartego dnia, czwartego dnia...
Wstawało się opornie i powoli, nie dziwota to zresztą, po tak aktywnej nocy. Tym razem poranek upłynął bez większych rewelacji, zaczęły krążyć po pokojach wieści, że dzisiaj odwiedzamy redakcję CDA i że na dobrą sprawę to już ostatni taki dzień. Sprężyliśmy się w miarę szybko i wyszliśmy na miasto.
W końcu przypuściliśmy szturm na Warownię Szatana, tudzież zwykłą, pospolitą redakcję największego czasopisma o grach komputerowych w Polsce. Tym, którzy byli na zjeździe toruńskim, brakowało pewnie przepychu i atmosfery z piekła rodem - fakt, mimo wszystko pod względem wrażeń CDA przegrywa z RM. Zostaliśmy tam zaproszeni do uroczej salki konferencyjnej, po krótkich oględzinach redakcyjnego zoo, czyli okazów homo mutantus redaktorus. Co gorliwsi brali autografy. [a ja oddałem cześć „Wielkiemu Ekspresowi Do Kawy” Qn'ik świadkiem :D -S.] Sam Wiczenaczelny Koń (gratulacje, tak na marginesie) opowiedział o redakcji to i owo, powspominało się wielką powódź wrocławską, a potem AMagowe grono zostało obdarowane grami - to ci dopiero niespodzianka. [I tekst Maćka: „Częstujcie się” :PPP – P.] [Ja od początku pochwyciłem w swe łapy Settlersów V i pomimo narzekań Donalda nie odstąpiłem mu – taka już ze mnie menda :P – Z.]
W oczekiwaniu na następny punkt programu, postanowiliśmy zaszyć się jeszcze na parę chwil w Świdnickiej, gdzie ci, którzy się Baranem uraczyć wcześniej nie zdążyli, dostali ku temu okazję. Do tej pory ekipa trzymała się razem - i faktycznie, udało się przezimować jakoś do około szesnastej, kiedy to ruszyliśmy do Tequilli, by spotkać się ze Starym Dziadem, vel Mac Abrą, obecnie naczelnym CDA. Coraz bardziej wygłodniałe towarzystwo raczyło się chipsami maczanymi w trzech różnych sosach, sam Dziad zamówił sobie jakiś normalny obiad, (i Koronę do tego ;)) zabawiając rozmową tych, którzy mieli akurat to szczęście usiąść najbliżej niego. [Najbardziej mnie rozbawił widok, który miałem siedząc naprzeciw niego – gdybym miał za plecami taki tłum ludzi, to bym się autentycznie zmartwił ;) – Z.] A nie było to łatwe, bo stoliki w plenerze nie dały się ustawić tak, jakbyśmy chcieli, w dodatku kelnerzy drżeli w niepokoju przed zburzeniem doskonałej kompozycji wizualnej restauracji. W trakcie tego uroczego spędu dołączył do nas Rainman, który do Wrocka dotelepał się stopem. (JUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUHUUUUUUUUUUUU!!!!! - Mistrzu!! Wróciłeś!! -D.) Przyjechał zupełnie jak z jakiejś zagranicznej wycieczki - suwenirów garść przywiózł, w tym pluszowego Buldoka (Buldokowi powciskano ogonek, uszka i nóżki, twierdząc, że mu się tych kilka otworów przyda- biedny!!! - pszczóła :)), wieśniacki kapelusz i książkę o historii Piły dla Donalda. Naczelny CDA pożegnał nas dość szybko, zbierając przedtem oczywiście kasę na tacę - AMag zapłacił jeden z najwyższych rachunków w swojej historii. ;) Niektórym jednak (na przykład Rainmanowi) zatęskniło się do czegoś bardziej pożywnego niż trójkątne chipsy - po raz kolejny ekipa poszła w rozpieprz. Jedni poszli coś zjeść, inni ruszyli na znane już boisko do koszykówki. Bardziej ruchawi panowie grali, cała reszta starała się dzielnie kibicować. Były kontuzje, były bohaterskie akcje, próby wieszania się na koszu. Gdy wszyscy już się ogarnęli, wyruszyliśmy na poszukiwania knajpy. Oj, długi to spacer był po tym pięknym mieście, kiedy okazywało się, że miejsce, do którego rzekomo się udawaliśmy, było już zamknięte, kiedy to trzeba było stopować co gorliwszą część ekipy, by poczekała na tych, co posuwali się odrobinę wolniej i nie rozwalała się aż tak. ;) Koniec końców wylądowaliśmy w „Liverpoolu”, dziwacznym pubie, w którym wcielono w życie iście postmodernistyczną ideę „wszystkiego po trochu, a resztę mamy w dupie”. Wystrój miotał się pomiędzy nastrojowym klubem angielskim z lat ’60, knajpą z Harlemu, a tancbudą, w której grają disco-polo. Ale AMag nie estetyzuje, AMag się bawi! Bo o to w końcu chodzi. Piwo sprzedawali na metry, zupełnie jak w tej reklamie. ;) Zmęczony Caleb miał problemy z zapamiętaniem zamówień od ludzi, aż w końcu pojawił się, dzierżąc w łapskach wielką listwę z kuflami. Zdjęcie Donalda podnoszącego ją do góry gdzieś w relacji powinno być.
Liverpool rozkręcił trochę tych AMagowców, którzy nie padli jeszcze na twarz po wyczerpującej partii kosza. Najpierw szalony taniec do Nieśmiertelnych Szlagierów Polskiej Muzyki, potem wystrzałowe ruchy Ciastqa, wywijającego twista, a w ramach wisienki na szczycie tortu - popisowy numer Ceeebuli, czyli taniec paralityka. Został solo na parkiecie, bo nikt nie śmiał wchodzić w paradę mistrzowi. Powiem wam, że takiej dawki humoru nie dostarczyłby mi nawet John Candy przebrany za lodówkę i sprzedający albatrosy. ;)
A ci, którzy sił już nie mieli, osiadali przy stolikach, gdzie czekał na nich łyk zimnego, orzeźwiającego… soku pomarańczowego. :P Wcześniej ZoltaR stał się obiektem zainteresowania jednej z barmanek (tańczyć z nim chciała… ma chłopak powodzenie). Ale to na marginesie. W końcu zebraliśmy się do wyjścia z lokalu - współczuć należało tym przepoconym i wymęczonym do cna, oni bowiem wyszli na ten chłodny, wieczorny zefirek i skierowali się ku Wyspie Słodowej. Jak widać - dzień reminiscencji. :) Rewizytę na wyspie poprzedziła oczywiście wycieczka do sklepu 24h, w którym to jak zwykle, drożyzna, ruja i porubstwo. I usiadło się nad tą naszą Odrą kochaną, i ględziło się bez składu i ładu, (a część ludzi, którzy woleli się wyspać, poszła do akademika - szejm on ju!) [Nie wiem o jakim wyspaniu mówisz, bo większość nie kładła się tej nocy w ogóle. :) Część ludzi nie miała ochoty na powtórkę z rozrywki pod tytułem „zimnica i wracanie nad ranem do akademika” i woleli posiedzieć w zaciszu pokoju Dodo gawędząc o tym i tamtym. Szczególnie po tańcowaniu i mając w perspektywie wielogodzinne podróże pociągowe z rana. – asz.] Ghall rzucał czymś w okoliczne kaczki, które to obserwowaliśmy z najwyższą uwagą. Ciasteq i Phnom prowadzili żydowskie konwersacje, ten drugi umilał nam czas tamtejszymi przekleństwami, (niektóre były rozwalające :P) [„Oby twe oczy pozwalały Ci wszystko widzieć, a nie mógłbyś niczego kupić” – cos w ten deseń, rozwalające – Z.] ogólnie to taki marazm jak z „Rejsu” się wytworzył. Maciek pożegnał się ze wszystkimi, Sarius i Ceeebula postanowili udać się sami do akademika. A jako że droga na Grunwald jest kręta i nieprzyjazna, zataczając koło nasi bohaterowie po jakimś czasie znów trafili na wyspę :)
Kilka rytualnych uścisków, kilka zapewnień o rychłym spotkaniu, czy to za rok, czy to kiedy indziej… tak, to jest chwila, w której człowiek naprawdę zaczyna żałować że to wszystko już się kończy, że kilka dni zleciało jak z bicza trzasnął, że chociaż zawsze istnieje możliwość dotarcia do tych ludzi, to takie spotkania zdarzają się raz w roku… No ale mówi się „trudno”, zaciska się zęby i odlatuje się w swoją stronę. Frakcja Akademikowa dotarła tym razem bez problemu, prowadzona na szczęście przez Uniona. ;) Tym razem było odrobinę nostalgicznie, ale tak czy siak - pociesznie. Zasada o przeoczeniu oczywistości wyszła na jaw właśnie tej nocy - z całego Kaczmarowego repertuaru dopiero ostatniego dnia zjazdu zabrzmiały sztandarowe „Mury”. Tym razem śpiewali nawet ci, którzy Kaczmara słuchają od święta. Po raz kolejny zjazd zapomniał o tym, że w nocy powinno się spać.
I uznaliśmy, że to było mądre Na tym się skończył dzień zjazdowy czwarty
EPILOG - EPILOGOS - EEEE… NO… ZAKOŃCZENIE!
Przepych określa panowania zasięg Piątego dnia, piątego dnia...
Jak po rannym niebie sunące białe obłoki nad Wrockiem, jak na szyi wędrowca asztaka szamotana wiatrem, jak wyciągnięte tam powyżej AMagowe ramiona nasze, ech, byt niepojęty, gdy odjeżdżać trzeba, pożegnać ze wszystkimi czasem się nawet nie zdąży. Zwlec z łóżek należało się jeszcze przed magic hour, czyli godziną dziesiątą. Po tym czasie bowiem, upływała doba hostelowa i kto nie zdążył, musiałby zapłacić za jeszcze jedną noc. Vigmyn przyjął to do wiadomości… i zasnął. ZoltaR dawno był już na nogach, przez pokój przewijali się kolejni AMagowcy, tym razem spieszący się już bardziej na serio - każdy zaganiany, każdy z jakimś terminem…
I uznaliśmy, że to było mądre Na tym się skończył dzień zjazdowy piąty
I cóż ja wam mogę więcej powiedzieć, o, braciszkowie moi? Jakąż mądrą konkluzję pierdyknąć? Zjazd to jest zjazd - kto nigdy nie był, ten tak naprawdę nie poczuje bluesa. Kto nie zaznał tych kilku dni w roku spędzonych z tą jak najbardziej pozytywnie zakręconą gromadą, nie wie co traci. Jeżeli ktoś przyjeżdża na zlot AM, żeby zobaczyć się z kimś konkretnym, to nieporozumienie - bo tutaj każdy jest kimś konkretnym i z każdym warto choćby ze dwa słowa zamienić. Autor Tych Słów nie chce wpadać w jakiś patos straszny, ale na pewno będzie sceny z tego zlotu wspominać po nocach. Chciałoby się powiedzieć: to se ne vrati, ale przecież wiadomo, że to nieprawda. Gdzie nas zaniesie w przyszłym roku - nie wiadomo. Nas zawsze szukaj na przecięciach ważnych tras, czytelniku, czytelniczko, mutancie i kto tam jeszcze czyta ten magazyn.
No, wystarczy na dziś wieczór. Dobranoc.
CREDITS:
V ZJAZD AM
WROCŁAW 2007
Udział wzięli:
asztaka Camilo Caleb Ceeebula Ciasteq Dodo Donald Evolva Ghallerian gloggson Gregorius Kulturny LCD N1sarius nZorka Obywatel Phantasmagor Phnom Penh Plewin PMG pszczóła Qn`ik Rainman Splatch sZakOOu Trocinka UnionJack Vene Vigmyn Vith ZoltaR
Gościnnie:
Dziad
Zbierający Na Tacę
Obecni Duchem:
Michał Chmielewski (z dziewczyną) n. yakanaka
That’s all, folks.;)
PRYWATA:
Któregoś dnia, któregoś dnia Ogarnął wszechświat marazm i nieróbstwo Stworzywszy w pięć dni AMagowy świat Opierdzielałem się jak jakieś bóstwo...
Obywatel
Cieszę
się, że się podobało - bo to najważniejsze.
Vene
"Przyznaję
się do niejakiego cynizmu, ale przemocy mówię NIE i walczę z nią. Godnie
przyjmuję razy i z przyjemnością przyjmę jeszcze jeden, ponieważ wybrałem
życie przy boku Ghandiego i Kinga. Moje troski są natury ogólnej. Odrzucam
zemstę, agresję i odwet. Podwaliną mojego światopoglądu jest... miłość." Ghallerian
Nigdy nie będzie takiego lata, nigdy nie będzie takiego zjazdu, w myśl optymistów i bałamutników śmiem orzekać, że przed nami już tylko to, co najlepsze, najważniejsze, iście genialne! ;) Cudownie było znowu się spotkać w równym rytmie młodych serc, zapatrzeń, podpatrzeń i wirowań, w sercu Dolnego Śląska, gdzie bursztynowy Fredro i noc, jak dzień - dłuuuuga i biała. ;) Wiele niezapomnianych chwil, rozmów, spotkań. Radości, bliskości, spełnień. Julek, Julka, Sławek, Łukasz, Mat, Asia, moje Gerls, Tatko, mistrz Gloggy, Jess, Splatch, dzięki Wam za chwile, które w człowieku zostają na zawsze! Było genialnie. Jupijaaaaj, jupijeeeej! :) nZorka
Taki zjazd to cała masa Momentów, które tworzą szczególni ludzie. Zabawa była jak zwykle niezwykła, za dużo by wymieniać, opisać wszystkiego też nie sposób. Strasznie cieszą AMagowcy, których udało się wreszcie poznać osobiście: Kulturny, Gloggson, Evolva, Phantasmagor – z którymi do tej pory pogaduszki prowadziłam tylko przez net. Genialnie też spotkać bliskich już ludzi ze wszystkich odległych stron. Potańczyć razem, pośmiać się do łez i takie tam. Każdy zjazd jest inny, ale każdy ma w sobie coś sprawiającego, że chce się więcej i automatycznie planuje się kolejne spotkania. :) Dziękuję wszystkim, którym chciało się przyjechać albo przyjść. Dzięki za rodzinną atmosferę, szczególnie w akademiku przy śniadaniach, w koedukacyjnych łazienkach i nocnych wariactwach. I za pożegnanie na dworcu. Mimo wszystko lubię też pożegnania z AMagowcami bo kontrastują z dość oficjalnymi powitaniami. Na początek podanie ręki nowej osobie, a po paru dniach nieziemskie uściski. Widzimy się rzadko, bliskość rozwija się błyskawicznie. Potrzeba matką wynalazku. Albo to ta magia. Do zobaczenia. asztaka
Co chciałem napisać, napisałem już na forum. Nie będę wklejał linka, ale radzę tam zajrzeć, gdyż ograniczę się tylko do lakonicznego stwierdzenia: było super! Takiej zgrai indywiduów nie ma nigdzie – a są to indywidua zakręcone pozytywnie, rodem z Teleexpresu. Mam nadzieję, że zobaczę się z wszystkimi za rok, a z niektórymi podczas trwania roku akademickiego – stop nigdy mnie nie zdradził, jeśli chodzi o odwiedzanie znajomych w Polsce. Do następnego Jupikajej! ZoltaR
Trudno
pisać o czymś, czego słowa oddać nie potrafią. A taki właśnie był zjazd.
Mógłbym godzinami opisywać atmosferę z akademika, gdzie o 6 nad ranem praliśmy
się równo książką po głowie. Mógłbym próbować nazwać to niezwykłe
uczucie pierwszego spotkania – najpierw z ludźmi na dworcu, później na wrocławskim
rynku. Ale to by było bez sensu. Po prostu się nie da. Tam trzeba być, samemu
w tym uczestniczyć. Nawet najobszerniejsza relacja nie jest w stanie przekazać
choćby części tego, co się tam naprawdę działo. Kulturny
Piąty zjazd już za mną, a ja bawiłem się równie dobrze, jak podczas poprzednich zlotów. Mało snu, sporo zabawy, czyli tak, jak powinno być. A to tylko i wyłącznie zasługa Action-Magowców z całej Polski. Dzięki wielkie ludziska.
Caleb.
Był to trzeci mój Zjazd, we Wrocku drugi, więc formuła mogła mnie się znudzić. Cóż jednak zrobić, gdy Zjazdy nie mają formuły konkretnej, teoretycznie więc znudzić się nie mogą. Wspólne im jest tylko... Chodzenie :) Bo może i na łażeniu życie polega, od tego się nogi ma „by łazić na nich”. A kiedy ciałem wychodzonym ułoży się na zimnych schodach pośladkiem, głowę „powierzy” na znajomych udach, to nad głową znajdzie się falami dźwiękowymi „The Book of love”. Więc można chodzić, wzruszyć się, spać i nie spać. Zamiast czytać książki Coelho o pielgrzymowaniu srututututaniu, warto wybrać się na Zjazd AM i przekonać samemu, czym chodzenie, wzruszenie, spanie i nie spanie, jest. Lalalala :) Pzdr wszystkich, miło z Wami było :) Ceeebula
Byłem na Szewskiej, nie grałem rano na gitarze, nie robiłem zabaw w megazombotron czy coś tam, ale widziałem masę nowych rzeczy, które rozwaliły moje twierdzenie, iż zjazdy już mnie niczym nie zaskoczą, np. Człowieka z Gołą Dupą, Plewina który szedł i podziwiał Wrocław zamiast się spieszyć do zjazdowiczów. Kota mylącego pręgierz z Fredrą, Rainmana który wypadł na chwilę z rodzinnego kieratu i przyjechał, no masę objawów pożytecznego luzu. Widziałem też parę toczących się równolegle imprez całonocnych :) I Maćka Nadboga nad nimi wszystkimi :) Ale i tak zjazd mi zleciał za szybko. bo mogłem zobaczyć więcej rzeczy, ale widziałem je już tyle razy, że jakoś nie chciało się :) Huynja na huynji i Huynjaburgerem pogania :) Może czas odejść i ustąpić np. Phantasmagorowi który pociagnie tradycje huynjowego pisania, albo Sariusowi, który ma wspaniałe zadatki na wiecznego narzekacza. Świat się zmienia i chyba potworzyły się grupy - Donald i reszta AMaga. A może zawsze były... W każdym razie zjazd AMaga udany :)
Donald
Tak naprawdę z huynją do czynienia miał na tym zjeździe tylko huynjoburger :P :) Cały zjazd minął strasznie szybko - ale czas z pewnością nie uciekał mi przez palce :) Mimo, iż dojechaliśmy z Michałem gdy zjazdowanie już trwało w najlepsze- na pewno mam co wspominać, nawet z pierwszego dnia :) I chociaż nie uczestniczyłam we wszystkich zabawach i wydarzeniach - to fajnie było o nich usłysześ i się pośmiać :) Dziękuję wszystkim ludkom za te kilka pozytywnie zakręconych dni. Cieszę się, że we Wrocławiu bawiłam się z tymi, którzy w serduchu od dawna :*** - i z tymi, których tak naprawdę dopiero poznawalam :) Jeśli z kimś nie udało mi się dłużej porozmawiać- jeszcze go dopadne! :P :) Pozostalych też dopadne :P :P :) Tymczasem ściskam każdego z osobna i wszystkich razem :)) Do najbliższego wspólnego gitarzenia, ramcamcamowania - do zobaczenia :)
PS - wielbłąd, który zjadł moją agrafkę, niech ją zatrzyma na pamiątkę :)) Pszczóła
Żeby opisać wszystko pewnie zabrakłoby miejsca w relacji, dlatego nie będę się zbytnio rozpisywał. Takiej ilości indywiduów, jakimi są Amagowcy, chyba nie znajdzie się nigdzie. (Wbrew pozorom) Przeżyłem z wami niezapomniane chwile, i chcę więcej, więceeeej, więceeeeeeej! Chciałbym podziękować za wspólnie spędzone chwile wszystkim Amagowcom, ZoltaRowi za przygarnięcie mnie do rodziny Amaga, siostrom i braciom że byli wspaniali, siostrzeńcowi szak00u za kartki na żywność w STP (Szybko, Tanio, Phantasmagor), Obywatelowi za nocleg i dojazd i za wiele innych rzeczy, których nie wymienię, żeby nie spamować :D. Do zobaczenia (mam nadzieję) za rok! A może i wcześniej! Sarius P.S. Zjazdowicze mnie przechrzcili :) Teraz jestem Sarius, bo krócej, wygodniej i łatwiej :)
Mnie osobiście zjazd pozwolił spotkać i poznać wszystkich tych, których czytam i podziwiam w AM od dłuższego czasu, oraz tą bandę furiatów, co żyję (na mój wzór i podobieństwo) jedynie forum. Zafundowali mi oni masę radości, zabawy, śmiechu i przemyśleń. Pewien też jestem, że obraz Trocinki liżącej łokieć, Glogga robiącego kamikaze papierem toaletowym czy ZoltaRa podającego serek topiony Obywatelowi ze słowami: „starałem się dodać do niego jak najwięcej od siebie”, zostaną mi w pamięci na dłuuuugo. Przeżyłem z Wami mnóstwo wspaniałych chwil i ciekawych przeżyć, za co stokrotne uściski (dla panów) i tysiąckrotne buziaki (dla pań :P). NIE WKAŁADAJCIE MI W USTA RZECZY, KTÓRYCH NIE CHCĘ! :PP
Phantasmagor vel Rodzyn a.k.a Strzyga
Na początku ślę podziękowania za pamięć i zaproszenie. Zwłaszcza należą się je pewnemu AMagowcowi, który pomimo różnych moich początkowych perypetii z ulokowaniem, skłonił mnie do przyjazdu! Dzięki stary, poczuj się wyróżniony! „Dziękuję” wędruje też w kierunku Uli i Maćka, którzy stawali na rzęsach żeby załatwić akademik, i „dzieki” dla Uli, która jednak przydzieliła mnie do akademika. :) Kolejne „dziękuję” wędruje do pozostałych AMagowców, że nie urządzali nocnych spędów w pokoju 314 w którym nocowałem, dzięki czemu miałem gdzie się wyspać. Kot nie miał tyle szczęścia co ja. :D Wielkie dzięki dla Splatcha i Asztaki, z którymi chyba najbardziej się „zgrałem” i polubiłem. Dziękuję Evolva, że nie zwątpiłaś w moją znajomość Wrocławia. ;) Specjalne podziękowanie dla Qn’ika za gierki. :) Aczkolwiek pozostali też jesteście świetnymi ludkami, mam nadzieję że uda mi się z wami więcej pogadać na następnym zlocie. Starczy już tych podziękowań, bo zaraz zamienię się w Miss World. ;) Spostrzeżenia moje znajdziecie na forum. Tymczasem bory lasem…
sZakOOu
Co ja wam jeszcze mogę dodać? Wszystko już zostało powiedziane :P Przede wszystkim żałuję, że wpadłam na tak krótko, chociaż pewnie i cały zjazd to byłoby za krótko ;) Ale następnym razem muszę koniecznie zostać na całym :) Cieszę się, że spotkałam dawno niewidzianych ludzi jak i poznałam nowych ;) Dzięki wszystkim za cudowną atmosferę, Uli i Maćkowi za nocleg i każdemu z osobna za udany weekend ;) Do zobaczenia za rok albo i wcześniej! :)
Trocinka
Co mi szczególnie zapadnie w pamięć? Na pewno Karolina liżąca własny łokieć, na pewno stop z Asią, rozmowa z Vithem o literaturze, Ula tańcząca na gwoździa, ZoltaR w monologu i siedzenie na wyspie ostatniej nocy przy fajkach i piwie. Z rzeczy i zajęć zapamiętam zwłaszcza grę w kosza (dzięki niej mam pewność, że na w-f się zapiszę), pizzę ze szpinakiem i zwierzęta w zoo; nie przestanie mnie chyba też cieszyć to, że się można było tak z Wami wytańczyć i wyszaleć w Liverpoolu. I że jesteście tacy bystrzy, tacy weseli i tacy wielce pozytywni : ) Dlatego wszystkim Wam wielkie dzięki za te kilka dni; szczególne podzięki dla Uli i Kamila - zrobiliście świetny zjazd, mimo obiektywnych przeszkód w postaci Ery odbył się on i się w pełni udał, udało się Wam utrzymać go w ryzach mimo że było nas tyle i sami nie wiedzieliśmy do końca co chcemy robić - to wszystko się udało i piąty raz z rzędu nie miało sobie równych : )
UnionJack
W pierwszej kolejności chciałbym powiedzieć, że było fajnie. Właściwie to każdy w życiu ma chwile takiej fajności, mniej lub więcej można ich naliczyć. Ale to 'fajnie' jest szczególne. Ktoś powie, że zawsze się tak gada. Nieprawda. To świetne, kiedy gromadzi się taka grupa, i te wszystkie wzorce oceniania ludzi, znane z życia codziennego, idą gdzieś daleko. Nie liczą się standardowe informacje typu wiek, płeć itp. Liczy się coś innego, nieuchwytnego. Można z każdym pogawędzić i nie być skazanym na popularne olanie. I to jest właśnie wspaniałe, to wszystko pozbierane do kupy tworzy klimat zajebistości, który w dodatku promieniuje z wielką mocą we wszystkich kierunkach. Teraz coś ważniejszego: WIELKIE DZIĘKI za ten spęd, dla wszystkich! Za rozmowy, wygłupy, tworzenie więzi. Za to, że byłaś, byłeś, byliście! Bo gdyby nie Wy i Wasze energie pozytywnej siły, nie byłoby niczego. I gdyby zabrakło choć jednej osoby, nie byłoby już tak świetnie. No więc, do zobaczenia za rok, oby w silniejszej jeszcze ekipie! ;)A niech no ktoś spróbuje nie wpaść! ;p
gloggson
Dziś rano się obudziłem w końcu w humorze pozjazdowym - znaczy się wyspany. Dopiero teraz doszło do mnie, że mnie łydki bolą jak cholera i ledwo mogę chodzić. Ale co mi tam - nogi boleć przestaną, a wspomnienia na zawsze będę mieć w główce. Wszysytkich: Phantasmagoryjskie teksty, ZoltaRowe narzekania, ataki na wszystko co możliwe oraz gitarzenie, dziewczęce zaróżowienie i zblondynienie mentalne (hej GERLS :*:*:*), Ceeebulowe tańce, Giocondę z jego gejowaniem i czochraniem, sZakOOu w roli Mojżesza narodu AMowego, Donalda z huynją, huynjaburgerem i wszystkimi punktami erogennymi na brodzie, Obywatela z huynją, rzępoleniem na gitarze i wyciem tekstów, Pszczółę z emanowaniem pszczółowością, miny Vitha - Rocky'ego, Szewską ekipę, która była sobą, a więc Szewską ekipą, dupę Ghalla, N1sariusa w pokoju, co narzekał nie gorzej niż Tux, spokojnego Kulturnego, Splatch'a, z którym niestety długo nie pogadałem, fajną Dodo, z którą prawie wyjechałem z Wrocławia, super-PMG, Uniona poprawiającego w łazience osie symetrii, wielkiego nieobecnego Chmielewskiego oraz Samozwańczy Symbol Seksu miasta Wrocławia - Lubiącego Ciągnąć Druta.
LCD
Otóż, było super i pragnę więcej! Już mi się tęskni za amagowcami, przydałoby się jeszcze parę dni zjazdu. Oczekuję na jakieś zdjęcia i filmy, bo jak najszybciej chcę sobie przypomnieć zjazdowy klimat. I do zobaczenia za rok! Evolva
Zjazd był fantastyczny. Ktoś to słusznie powiedział, ze powinien trwać co najmniej tydzień. Może kiedyś... Na razie wole się cieszyć z tych wspomnień co mam. Szczególnie poranki zjazdowe są fajne. Ludzie powoli się budzą i rozmawiają leniwie podczas śniadania i porannej toalety. Właśnie wtedy ktoś łapie za gitarę i zaczynają się śpiewy wszystkich znanych piosenek na melodie Piły Tango, ktoś inny zwabiony tymi dźwiękami wlezie do pokoju, a zaraz po nim dwie kolejne osoby, by posiedzieć, posłuchać, pogadać i podjeść komuś innemu śniadanie. Nie wiadomo kiedy do pokoju zawita cały Zjazd, a wśród tej ciasnoty ktoś powie cos śmiesznego/głupiego i wszyscy maja polewkę, wyskoczy idea nagrania nowej wersji "Panie Smagaj Ma Czarna Skore", Donald ku ogólnej radości zrobi huynja-burgera, a Trocinka wyciągnie swoje Cosmopolitan, co spowoduje odżycie cukierkowatych rozmówek (hihihi :))). Poranki zjazdowe lubię chyba najbardziej. Dziękuję wszystkim co się pojawili. Obyśmy mogli spotkać się za rok w jeszcze większym gronie. :) Vigmyn
Cudownie było. Absolutnie wspaniale. A między „w” a „e” powinniście sobie wstawić fantastycznych ludzi, miłe knajpki, dobrze zaopatrzony Empik, żyjące, piękne miasto, łażenie po owym mieście o trzeciej nad ranem, granie na gitarze, wspólne śpiewanie, długie, nocne amagowców rozmowy – i wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić, albowiem Zjazd jest, jak wiadomo, nieskończony, totalny, rozp – ekhm – i wszechogarniający. Czego nie ma zjeździe, to nie istnieje w ogóle. Krótko pisząc: zjazd był arcygenialny i nie mogę się już doczekać następnego. Dziękuję Wam wszystkim za tę cudowną atmosferę; niech Moc będzie z nami, a wieczysty Zjazd trwa do końca świata i jedno lato dłużej. : - )
Dodo.
Dziękuję wszystkim! Mimo, że bawiłem tradycyjnie już krótko, bo tylko przez weekend, to i tak było niesamowicie. Miałem okazję poznać nowych ludzi, co chyba w zjazdach jest najlepsze. Dzięki, że przyjechaliście i do zobaczenia za rok! :)
Gregorius
Zjazd jak to zjazd - oczywiście nie zawiódł i pozostawił jakże potrzebne uczucie niedosytu. Szczególnie dla mnie - ze względu na Poważną Pracę musiałem w niedzielę i poniedziałek kończyć imprezowanie dużo wcześniej, niż miałem na to ochotę. Raz jeszcze wszystkim serdecznie dziękuję - do zobaczenia!
Maciek vel Qn`ik |
Zjazd prawie w komplecie.
Popaprana statua wolności a la Donald. Długo się w powietrzu nie utrzymał, niestety.
Zapamiętaj: jeśli wyślesz Caleba do baru po piwo, musisz się liczyć z tym, że coś po drodze uszczknie...
Donald jak zwykle nie unika obiektywu.
Ciastek diskodensing - król parkietu zwany też młodym Jamesem Deanem.
Vene i Pies z Wieloma Otworami. Zwany zgwałconym i upośledzonym buldokiem.
Trocinka macza kij. Nie jest to walenie gruchy na wyspie, ale zawsze to jakaś perwersja.
Sielski i anielski PMG i Ceeebula z (_!_) strony.
Ekipa pod akademikiem. Desant na Rynek.
Ręce do góry, cały tramwaj się buja. Joł.
Ekipa w Świdnickiej z lansującym się emo.
Zjazd zawitał też do redakcji - w tle część sali konferencyjnej CDA.
Absolutny klasyk: nieśmiertelny Dziad Zbierający na Tacę®.
To pierwszy tak roztańczony i baunsujący zjazd. Tym razem w Liverpoolu.
Na piątym zjeździe Trzech Tenorów dzielnie zastępowały Trzy Gitary.
"Don't walk awaaaay in silence"
Nie wiem jak Wy, ale ja wciąż w to nie wierzę. Nie, to nie jest możliwe.
Małgosia - świetne miejsce na imprezy. Aż do czasu, gdy się skończy tlen - czyli przy 30-osobowej grupie w sam raz na pół godziny.
AMag zablokował wejście do Muzeum Krasnoludków. Nie były szczęśliwe.
Chwila na kawał pięknego, męskiego ciała...
...i jeszcze jeden. Ciacho, co?
Spiż z widokiem na dupsko Fredry.
Ogólnie rzecz biorąc, bania była przednia.
Rodzyn vel Phantasmagor - maskotka zjazdu na Gąsiorze.
Trzy Gracje.
A Ceeebula bawi się setnie.
Girls.
Niestandardowo: zamiast wymieniać, kto jest na zdjęciu, napiszę, kogo nie ma: Phnoma (żaden od lewej), Rainmana (trzeci znikąd) i Camila (nie ma go u góry).
Przygotowanie do klasycznego Ramcamcama.
Z iście gombrowiczowskim pozdrowieniem kłaniamy się - i do zobaczenia za rok!
|