Pieśń Wieków Minionych
Pióro skrzypiało po pergaminie skacząc z linijki na
linijkę, zostawiając za sobą czarny ślad w postaci mrowia malutkich zawijasów
i napełniając małą izdebkę przyklasztornego dormitorium niemiłym zapachem
inkaustu. Stary mnich, co i rusz drapał się w potylicę, albo wzdychał ciężko,
ale pisania nie przerywał...
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: czymże byłby nasz świat bez bogów
panujących nad nami, bez Herosów zwalczających zło na nas czyhające, lubo
bez odwagi wielkiej napełniającej serca bohaterów? Najpewniej niczym i nim byś
zdążył trzykroć zakrzyknąć: Ave!, w pył byłby się obrócił po wieki
wieków amen. Ale wszak tak się nie stało. Mamy, bowiem opiekunów swoich, stróżów
prawa i sprawiedliwości, o których przy każdym ognisku głośno, znanych każdemu
pacholątku od kołyski, słynących z mądrości swej i zacności...
Rękę, znać było od razu, miał mnich biegłą w
pisaniu. Co chwilę przerzucał zapisaną kartę i zaczynał pokrywać pismem
drugą. Stos rósł, księga wypełniała się...
Bo czyż znalazłby się ktoś, kto całe swe życie przebieżył w błogiej
nieświadomości, kim jest, na ten przykład, święta dziewica, pół-bogini jaśniejąca
- Ashtacca? Tej, która nie pomny na własne życie i niebezpieczeństwo wskoczyła
do fontanny Zawiści, aby sprawdzić czy woda, zatruta rzekomo przez złego
Huynjusa zda się do spożytku, nie godzi się nie znać i pod niebiosa nie
wielbić. Zaiste - w wielkiej pogardzie i nieposzanowaniu miałbym człeka
takiego, samą Ashtaccę w wielkim poważaniu i uwielbieniu hołubię.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp...
A czyż znalazłby się jakowy osobnik, co publicznie przyznałby się, iż
Lady nZhorkyi nie zna, tudzież, nie kojarzy? Byłby on sakramenckim niewdzięcznikiem.
Nie po to, bowiem zacna dama na pojedynek słowny z największym bajarzem owych
czasów się zgodziła, wygrywając go bez problemu, tak, iż przegrany nogi za
pas biorąc musiał wiać gdzie pieprz rośnie przed kpiną tłumów, aby jej
kmiotkowie zwykli nie kojarzyli. Wieść wszak o jaj urodzie, inteligencji i
wyczynie świat cały w trzy doby obiegła. Prawili o niej wszyscy, a jakże!
Wielmoże przy posiłkach, podnieceni stajenni w przerwach przy oporządzaniu
koni, księża z ambon i kurtyzany w zamtuzach. Zaiste, wielka Ona jest...
Chlup - pióro umaczane w atramencie na chwilę przerwo
pracę. Mnich wyciągnął się, ziewnął. Po chwili powrócił do pracy...
A rzuć jeno hasło: Ce'boola w karczmie jakowej - wraz zaczną się wszyscy
przekrzykiwać: Karczmarz z pijakami, podpici chłopi i nietrzeźwe damy, każdy,
co innego i w inną stronę wrzeszczy. Jedno słowo jednakowoż powtarza się:
Żmije. Albowiem ów mężny wojownik całe stado wstrętnych gadów, o czarnych
oczach poskromił. A jak, zapytacie? Tańcem, odpowiem, tańcem. Nijak się nie
mylę, szczerze prawię. Ce'boola - onucę zdjąwszy i ze zbroi się wyłuskawszy,
pląsać zaczął przed zgrają potworów tak zwinnie i uciesznie, że te wnet
poumykały. A Ce'boola? Jak to wojownik - ruszył w świat walczyć ze złem i
podbijać serca księżniczek...
Światło wpadło przez okno izdebki, promyk zatańczył
na kartach księgi. Już południe, a ja tyle mam do opisania jeszcze, pomyślał
marszcząc czoło mnich. Wnet jednak powrócił do kronikarstwa, aby jak
najszybciej pracę swą skończyć.
Jaki los zaś spotkałby wędrownych pielgrzymów spod Pjyiły? Tych, których
zaatakował ogr Rheshows'ki? Nijak nie było im ujść z życiem, polegliby z
pewnością. Co, a raczej, kto by ich uratował, jeśli nie milady Pshczollha?
Tak jest, ta od błogosławionego głosu. Ogr, ino posłyszał ten szmer
leciutki, tą pieśń pochwalną ku pradawnym bogom, skamieniał. Wypisz,
wymaluj - jak troll. Pielgrzymi natychmiast ułożyli hymn pochwalny ku czci i głosowi
powabnej damy, ją samą natomiast na rękach nosili przez sześćdziesiąt sześć
dni.
Ostra do tej pory końcówka pióra złagodniała nagle,
stępiła się. Mnich zaklął, przeprosił w duchu, i dobytym zza pazuchy
kordem jął strugać przyrząd. Skończywszy - pisał dalej.
A czymże, zapytam was ninie, wsławił się poeta zacny, w rymie biegły,
Yunionnem Philskim zwany, jeśli nie zdławieniem oporu rebeliantów Imperium?
Wszedłszy na mury baszty, słowa swe skierował się ku tumultowi forsującemu
zamek króla. W słowach natomiast zawarł tak barwne, tak zrymowane i tak działające
na wyobraźnie opisy mąk i tortur, jakim zostanie poddany buntujący się motłoch,
iż ten posłyszawszy wszystko i zrozumiawszy, o co się rozchodzi wnet od planów
swych niecnych odstąpił. Szybko. Bardzo. Tak szybko, że pogubił widły i
kosy.
Mnich zagryzł wargę na głos dzwonów obwieszczających
kolację. Nie mógł iść wieczerzać. Praca czekała. A wraz z nią nowe cuda,
nowe dziwy...
Nic jednakowoż równać się nie może z czynem dokonanym przez imc
Zuollt'a'Rra. Oddać mu trzeba hołd, bowiem jako jedyny nie zląkł się smoka
Vjithussa zionącego ogniem z paszczy i, jak wynika z relacji naocznych świadków,
odbytu. Cny Zuollt'a'Rr miast podawać tyły i biec w ślady znajomków jął z
bestią szkaradną dyskusyję prowadzić. O tym i owym, tu i ówdzie. O
dziewicach i rycerzach, o bogu i ojczyźnie, o sztuce i córce sołtysa, słowem
- na każdy temat. Jaszczur zaś, mimo potężnej swej postury i umysłu tęgiego
padł w końcu wycięczon dysputą. Zuollt'a'Rr zagadał go niemal na śmierć.
Z nadarzającej się okazji skorzystał sam zwycięzca wpychając smokowi do
pyska owcę, sporządzoną przez swoją teściową zwaną Dratewką. Jak skończyła
się ta historia - wszyscy wiemy.
Mężczyzna uśmiechnął się blado. Koniec jego trudów
zbliżał się nieubłaganie. Jeszcze parę kartek, tylko kilka zdań... Pisał,
mrucząc pod nosem.
Któż zaś zadał bobu (i fasoli) złej na, wskroś, Ve'Enne, która
zaszywszy się w swym legowisku na skraju lasu napadała podróżnych, głównie
dzieci, aby wyczyniać z nimi praktyki diabelskie, wynaturzone, jeśli nie znany
jak świat długi i płaski wagabunda Donaldeoss? Zda się ino, że on z twarzy
przykry, srogi. Serce u niego miększe niźli, u wróbla, siła zaś za stu mu
stawa. Nie wahając się ani chwili poszedł do jamy, gdzie swe okropności
skolopendra Ve'Enne snuła, po czym przebił jej serce osinowym kołkiem. I tak
nastał spokój w Finlandii. Wszyscy zaś, oprócz trucheł dzieci zabitych
przez potwora, żyli długi i szczęśliwie...
Mnich z ulgą odetchnął, przymknął oczy, wziął wdech
głęboki i postawił ostatnie zdania w "Księdze wieków minionych":
Jako rzekło się na wstępie - ciężko, oj ciężko żyłoby się nam w
czasach, gdzie zabrakłoby takich ostoi mądrości, żartów, wiedzy, siły i
charyzmy. Cieszmy się przeto, iż to szczęście mamy, że podać prawicę możemy,
takowym personom.
Spisał owe cuda, czary i wydziwy:
Brat Phantasmagorius
[od złej na wskroś Vene: proszę następnym razem użyć czegoś, co się nazywa Front Page - taki program, co pozwala porządnie tekst w html-u zapisać. Gatekeeper nie jest po to, by się bawić w formatowanie tekstów]