na celowniku:
MASTERPASCALER i MARK KEWLAR

 

 

Hej, wy wszyscy, zgromadzeni wkoło! Ty, ty i ty! Kopsnijcie trochę uwagi, przeczytajcie to! A nuż nauczycie się unikać tego, na co ja nadziałem me oczy, a czego w dzisiejszej dobie internetu jest nadto ('nadto' zostało użyte najdelikatniejszymi zamiarami, bo o gigantycznej masie wszędobylskiego kiczu powinno mówić się co najmniej tak: od zajebania). Hodowla popkulturowego crapu posiada tak naprawdę więcej stajen w wersji shit, niż tych coś wartych. I teraz zaprezentuję dwie sztuki z jednej z tych liczniejszych stajen. Droga publiczności, dziś porozmawiamy o... (zerkam na kartkę)... panie Masterpascalerze i Marku Kewlarze.


Masterpascaler.

Pierwszy koleś. Paweł, podobno. Po pierwsze - nie wierzę! Gość lewitujący w najniższych sferach humoru, w depresyjno-melancholijnych depresjach psychicznej gleby. Streszczona idea jego tekstów: jest mi, smutno, niech mnie, chlip!, ktoś przytuli. Zmaterializował się w AM pilotem swoich ckliwych seriali 'Thinking 'bout us' z iście brazylijskim zacięciem i jego paroma kontynuacjami na dobicie, choć pewnie chodziło o zachętę. Po drugie - nie wierzę! Myk tkwi w tym, że Masterpascaler, jak wspomniałem, jest mocno sfochowany na swoje życie i pod przykrywką łez rozpaczy pisze bardzo czule. Jeżeli ktoś zechce dźgać mnie upomnieniem, że ten facet ma prawdziwie straszne problemy i się tym dzieli z ludźmi, niech się wstrzyma. Po trzecie - nie wierzę! Wystawiając na scenie wolnej myśli swoje rozterki, należy zrobić to z pomyślunkiem, a potem liczyć się z możliwością nalotu krytyki - to raz. Dwa, autentyczność tekstu to żałośnie niepewna opcja, nawet gdy autor o niej zapewnia. Trzy - patrz: punkty raz i dwa. W dodatku koszmar analizy jego wyczynów polega na braku konkretnych cytatów, jakimi mógłbym podeprzeć moją masakrę jego osoby (chciałem napisać 'osobowości', ale z nią jak z tymi cytatami). Tragizm jego jakości jako tekściarza jest długofalowy, cytatów-perełek nie ma. I to jedyna pozytywna strona Masterpascalera. Po czwarte - nie wierzę, więc patrzę raz jeszcze... Jezu, naprawdę! Okładka za 'Thinking 'bout us'!


Mark Kelwar.

Do Marka nie żywiłem czytelniczej urazy - pisał bo pisał i jakoś po cichutku każdy ten produkt ześlizgiwał się po mojej uwadze. Do czasu jednak, czyli wychwyceniu tego oto cytatu: 'nie mam dyplomu wyższej uczelni (...). Jak widać nie przeszkadza mi to napisać dobrego tekstu.' Powiem tak: bezczelny, bezpodstawny narcyzm. Mark, nudzisz. Na potęgę, z hukiem, dymnym grzybem i efektem popromiennym. Piszesz głównie o uczuciach i odczuciach (i jeden medialno-polityczny odskok, jeśli pamięć mnie nie robi w jajo). Szlifujesz swój wizerunek na cichego, inteligentnego filozofa chodnikowego, który coś sobie tam pomyśli i może jest to myśl niezgorsza, ale ubierasz w litery te przemyślenia po czasie, w domku, przy cappucino, muzyce, oraz po przydługim ładowaniu Windowsa, co dodatkowo ostudza Twój intelektualny twór, puszczając z parą jego najistotniejsze elementy, pozostawiając skroplone zlewki. Dzięki czemu, Twoja klawiatura mimo częstego użytkowania (jak widać po ilości tekstów) do tej pory nie ma pojęcia, jak wygląda rzeczywiście 'dobry tekst'. Dokopałem się jednak w całym tym chłamie jednej perełki. Mianowicie chodzi o zdanie na początku jednego z Twych... niech będzie - tekstów: 'możecie dalej nie czytać', a które powinieneś wklejać na starcie każdej swojej pracy, tak dla lojalnego przypomnienia.
 


 

Rozmyślając nad twórczymi zamiarami omawianych tu panów doszedłem do takiego wniosku, że panowie ci nie dochodzą do żadnych, przynajmniej jeśli mowa o tym, co tworzą. Bawią się uczuciową tandetą, prawdziwą czy sfabrykowaną, whatever. Być może piszą po ciemku, pośrodku pulsującej aury ich własnych głębokich jak studnia myśli, a za drzwiami faktycznie czyha na nich chłód bliskiej osoby; być może opisują czystą fikcję, ale to kompletnie nie gra tu roli. Jeśli ktoś coś tworzy i ma zamiar robić to tak kiepsko, niech zapisze to w zapomnianym przez rodzeństwo zakamarku dysku twardego i tam pozostawi na wieki wieków (albo do Y3K). Bo później my, tak drogocenni w dzisiejszych czasach czytelnicy, musimy czytać to g... zawinięte w papierek, udające na ulicy cukierek (i tą jakże błyskotliwą pointą prawdopodobnie wyeliminowałem siebie z listy publikowanych autorów w tym miesiącu).
 

Nieznacznie, ale zawsze, pociesza mnie fakt, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. Wyszykuję w tym wszystkim choć mikrego pozytywnego akcentu, ale ni-chu-ja, pusto. Jest tylko echo kiczu, twórczego gniotu, wydawniczej porażki i filozoficznego second handu.
 

Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
uwaga, nowość!: GG - 497762

np. Siła Dźwięq - Trampki, The Cranberries - Zombie