Znowu to samo. Otwieram plik Worda, nazywam go jakimś badziewnym tytułem, który, jak się na końcu okaże, i tak nie będzie miał żadnego związku z tym, co ostatecznie w tymże pliku się znajdzie. Zawsze ten sam problem. Po prostu jestem kompletnie wyjałowiony z pomysłów. Tak pada mit o mojej inteligencji. Potrafię tworzyć tylko nikomu nie potrzebne pierdoły, jakieś zbiory luźnych przemyśleń na losowe tematy, coś jak strumień świadomości, tylko że w definicji tego stylu pisarskiego nie jest uwzględniona możliwość uprawiania go przez jakiegoś przymulonego kolesia.

Już nawet pisanie historii ze swojego życia mi się znudziło. Co bardziej interesujące już opisałem, no może poza tymi już tak bardzo osobistymi, że ciężko byłoby mi je naprawdę dobrze opisać, a takim tematom nie chciałbym poświęcać czegoś albo miernego, albo napisanego nie do końca szczerze. Jak bardzo byłem zdesperowany i znudzony pokazało w którymś tam numerze temu sławetne „Pierdu, pierdu, nie mam talentu”. Cóż, nie jestem Casanovą, nie zdobyłem/straciłem tylu serc, by każdą z tego typu historii opisywać. Zresztą, wszystkie byłyby podobne, jak nie do poprzedniej. Co by tu nie gadać, setki artykułów już temu w samym AeMie poświęcono (najbardziej rozśmieszył mnie ten o Zirael, Izrael, czy jak ją tam nieszczęśliwiec nazwał, tak jestem wredny i okropny). Własne smutne historie, ciężkie dzieciństwo, rzekomo górnolotne porady – wszystko to mam już za sobą i mogę powoli odejść chyba na emeryturę. Nie jestem Donaldem, nie mogę wiecznie pieprzyć o Leninie, a dalej jakoś pójdzie. Brak mi tej charyzmy, czy ponadprzeciętnej zdolności pieprzenia głupot.

Żal mi dupę ściska z tego powodu. Czytam sobie ostatnimi czasy stare AeMy, w tym te naprawdę stare, czyli do 20 numeru i co? Dochodzę do prostego wniosku: ludziska potrafią pisać, potrafią znaleźć temat. Chce im się widocznie. Zaakceptowanie tego, że są lepsi przychodzi z trudem. I nie chodzi tu o to, że się poddaję, że nie chcę podjąć wyzwania, po prostu jestem świadom swojej porażki na tym polu. Nie czuję się wypalony. Czuję się wyjałowiony. I smutny z powodu tego, jak wielu jest takich ja, przez co czytam coraz więcej pierdolenia, podczas gdy wolałbym sam być tym od pieprzenia smutów, ale czerpać przewrotną satysfakcję z zachwycania się cudzymi dziełami. Gdyby tylko występowały w większej liczbie.

Zapalam kolejnego papierosa. Dobrze jest mieć jakiś nałóg, choćby po to, żeby się zapierać ,że wcale nie jest się uzależnionym. Jak ja. Pewnie, jakoś to palenie ograniczam, niekiedy za to sobie aż zanadto folguję, itp. Picia nie polecam, bo nie jest przydatne na przykład podczas łapania stopa. Stojąc na poboczu można sobie zapalić i nikogo to nie zbulwersuje, ani nie zniechęci, zaś stojąc z puszką piwa otrzymujesz status podchmielonego i nikt cię już nie weźmie, bo stanowisz niebezpieczeństwo. Cygar, ani fajki tradycyjnej na stopa już nie polecam, bo zbyt lansersko wygląda. „A kup se bilet, patafianie, pewnie tańszy od twoich cygar!” pomyśli sobie ten, kto mógłby cię zabrać.

Przeciętny facet ogląda film porno od 5 do 7 minut. Po tym czasie ambitna produkcja staje się najzwyczajniej nudna. Sam swego czasu oglądałem „filmy przyrodnicze” jak zwykło się je nazywać. W przeciwieństwie chyba do większości lubowałem się w scenach tuż przed punktem kulminacyjnym, czyli stosunkiem. Uwielbiałem słuchać tych pisanych ręką zdegenerowanego hippisa na kacu, odciętego przez głupie czasy od „free love”, dialogów. Pamiętam, że najmniejszą inwencją reżyser popisał się, kiedy to laska podchodząc do kolesia stwierdziła tylko: „You know? After all, just fuck me”. Chyba kończyła im się taśma przeznaczona na sceny czysto fabularne.

Nie oszukujmy się jednak, powodem dla którego wyłącza się filmy porno po tak krótkim czasie nie jest obrzydzenie miernotą fabularną. Nie będzie to też zaskoczenie, gdyż uruchomienie filmidła poprzedza gustowna czarno-czerwono-biała plansza z „FBI Warning, zawiera sceny pornograficzne” (Na to właśnie liczę, po to wydałem te dwie dychy na gazetkę z logiem digital red i lachonami w rozkroku na okładce, nie obrażajcie mojej inteligencji). Tym bardziej powodem nie okaże się znudzenie jak w starym dowcipie z babą i lekarzem („Pan tylko wkłada i wyjmuje, nudne to i wkurwia mnie także”).

Po prostu młody człowiek zdąży osiągnąć finisz. Jako, że wraz z wiekiem czas na to potrzebny wydłuża się, więc i czas projekcji powinien odpowiednio urosnąć, ale im starsi, tym mniejszy procent oglądających, zaś młodych napaleńców tylu, że ho-ho. I w coraz młodszym wieku po takie rzeczy sięgają.

Sam święty nie byłem. Pamiętam pornogazetki pod łóżkiem kumpla, który żył w strachu, że matka je tam kiedyś odnajdzie i o wiele bardziej bezpieczne, aczkolwiek mniej dosadne i szczegółowe kąciki seksu w różnych gazetach. Stąd człowiek czerpał dziś rozległą wiedzę o różnorakich pozycjach i nie tylko. Teraz te niekończące się źródło zastąpił Men’s Heath oraz jego seksualny annual.

Zjawisko powszechne, wszyscy interesują się seksem, spada wiek inicjacji seksualnej, powodów można dopatrywać się wszędzie, sporo o tym napisano. Mnie za to zawsze dobija durnota tych, którzy modę na seks wykorzystują w reklamie. Wiadomo, stare, dobre hasło amerykańskich speców od reklamy: „sex sells” działa i będzie działać jeszcze długo. Jednak, kiedy oglądam reklamę, na której facet kupujący bilet lotniczy jest pytany przez sprzedawczynię o posiadanie problemów z potencją wymiękam. Ta pani się tak ładnie przy tym uśmiecha, to pytanie jest dla niej równie naturalne jak każda inna czynność, kto wie, może stoi nawet w hierarchii obowiązków na tym stanowisku wyżej niż sama sprzedaż. Nie mogę się wprost doczekać swojej wymarzonej reklamy, w której to naga kobieta będzie się podcierała w maksymalnie białym kiblu, wydając przy tym dźwięki niesamowitej rozkoszy. Po tym zaś na ekranie pojawi się rolka, a pod nią napis: „Tylko nasz papier zapewni ci tak głęboką penetrację”. Czuję, że śmierć poprzez udławienie się właśnie spożywanym podczas emisji tej reklamy pokarmem byłaby świetnym pretekstem na zakończenie żywota i istnym opuszczeniem go po angielsku.

Moja mama mogłaby spokojnie ukuć przysłowie: „Syn w domu, rachunki rosną”. Bo w swoim mieście nie mam co robić. Ile można włóczyć się po mieście, chodzić na piwo, czy odwiedzać znajomych. W końcu się to znudzi, choć teoretycznie liczba tychże znajomych powinna to uniemożliwiać. A tu taki suprajs. Nawet pogoda nie zachęca do opuszczania mieszkania. Siedzę więc i kursuję między jakimiś książkami, komputerem, na którym i tak nic do roboty poza słuchaniem muzyki nie mam, a telewizorem, który uruchomiony i tak obsługuje tylko MTV, Vivy, czy inne gówniane kanały muzyczne. Oglądanie bansujących murzynów, nieudolnie naśladujących ich białasów, półnagich lasek dowolnego koloru, w zestawie z czerwonym i beżowym, prędzej, czy później się nudzi. I to wtedy łapię się na tym, że gapię się w ekran na idiota i jedynym wyznacznikiem czasu staje się ilość minionych teledysków czy durnowatych, autorskich programów danej stacji. Szlag bierze.

Muszę sobie założyć Internet, wtedy będę miał jakieś zajęcie. Po tym jak obskoczę wszystkie fora internetowe, na których się udzielam, zaś lista gadu-gadu zacznie świecić pustkami poczytam informacje, albo poszukam jakiś śmiesznych filmików, tyle tego, że na pewno na parę godzin wystarczy. Przynajmniej dopóki na GG znów się ktoś nie pojawi.

Kto by pomyślał, że zatęsknię za rokiem akademickim. Nawet sesja wydaje się ciekawsza w takim momencie. Wolałbym już chociaż leżeć na sofie i uczyć się do jakiegoś egzaminu, odczuwać tą przyjemną, motywującą nerwówkę, zwłaszcza gdy własnym zwyczajem zabieram się za naukę dwa dni przed terminem.

Ech, cierpię na ewidentny brak zajęcia.

Artur „ZoltaR” Jabłoński

ballinboy@o2.pl

GG: 5639913

arturjablonski.wordpress.com