DYLEMATY PALACZA

 

Jest godzina trzecia w nocy, a ja siedzę w domu i piszę nudny artykuł. Tym razem pisząc „dom” nareszcie nie mam na myśli stancji, a chałupę właściwą. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ja siedzę i piszę jakieś głupoty zamiast spać, a moja matka baluje w Ciechocinku ze znajomymi. Nie powinno być przypadkiem odwrotnie?!? To ja powinienem być na imprezie! Wszędzie, byle nie w Ciechocinku. I nie w Biskupinie. I kilku innych dupnych miejscach.

Serio się zastanawiam czy nie rzucić palenia. Wróciłem do nałogu po trzech licealnych latach niepalenia. Wiecie, jak to było w gimnazjum, człowiek zachwycony pseudo dorosłością szukał używek i eksplorował co się dało. W liceum się uspokoiłem. Bieganie po kiblach mnie nie bawiło, chowanie się przed dyrkiem też nie. No ale nadeszły studia, które przywitały mnie już jako człowieka dorosłego, a więc mogącego formalnie psuć swoje zdrowie jak się mu podoba. Tak teraz myślę, czemu właściwie wróciłem do tego palenia? Wychodzi na to, że może nie przez popkulturę, ale przez swoje wzorce, tak czy siak. Przez artystów. Bo taki Herbert czy Kaczmarski, ulubieniec wielu aemowców, palili. I ja kopcąc kolejnego szluga czuję się jak artysta. Zwłaszcza, gdy palenie tejże fajki ma miejsce właśnie w środku nocy, kiedy gram na gitarze przed starannie wyselekcjonowanym audytorium, które docenia moje wysiłki wkładane w zabawienie ich i szanuje moją twórczość. Nawet jeśli natura poskąpiła mi talentu wokalnego, aby prawidłowo móc to, co chcę wykonać.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te pierdolone napisy na paczkach. „Dostaniesz raka, dziecko ci padnie, szkodzisz reszcie pospólstwa, umrzesz, umrzesz, umrzesz”. Zazwyczaj mam wyje*ane na te hasełka, ale wątpliwości zawsze powracają, gdy widzę kolejne informacje o zgonach na raka płuc, albo jakichś kaszlących wapniaków w telewizji albo kinie. W starym, dobrym amerykańskim filmie bez palącego bohatera się nie obyło, a teraz Zakościelny w „Tylko mnie kochaj” to ideał mężczyzny bez nałogów. Kurwa, naprawdę sztuczny.

Ale to także miałbym w dupie, jednak ja palić nie powinienem. Jakąś tam alergię mam bodajże, choć nigdy medycznie nie stwierdzoną, czy też z płucami jakieś problemy. Kto tam wie. I czułem się paląc z tą świadomością świetnie, ale zacząłem mieć kaszel. No i wróciły wątpliwości, podsycane czytanymi medycznymi artykułami w prasie. Jednoznacznie nie potrafię stwierdzić od czego, gdyż znajoma matki, pani doktor X twierdzi, że mogę mieć gruźlicę. Znikąd. A raczej ubytku. Bo jeszcze pół roku temu ważyłem 94 kilo, a przez ten semestr studiów spadłem do 75. Spory ubytek, a taki rzekomy może powodować jakieś choróbska. Kieprawo, z czymś trzeba skończyć. Albo zacznę wpieprzać jak świnia i wrócę do starej wagi, przy której czułem się jak tłusta szmata (mimo to nadal się tak czuję, choć wokół mówią mi, że jestem chudy. Podobno zawsze jest tak, jak twierdzi moja koleżanka, że gruba od dzieciństwa osoba w swojej opinii zawsze będzie gruba – i ma cholera rację, bo ciągle dopatruję się jakichkolwiek symptomów i mam obsesję na punkcie ważenia się. Ludzie, kurwa, dajcie mi pistolet z jednym nabojem!) albo rzucić szlugi i łudzić się, że ewentualne zmiany przez nie wprowadzone nie są permanentne. A i wtedy nie będę miał pewności, bo możliwą opcją jest to, że ten moje kaszlnięcia od czasu do czasu, raczej dłuższego i rzadkiego, z raz na dzień, ale jednak, to efekt mojego ciągłego ubierania się nie pod pogodę. Potrafię w zimę, w środku nocy łazić po mieście na krótki rękaw i się z tego cieszyć. Może więc stąd kaszel?

Kurde, chciałbym być nieuświadomiony, żeby ten cały świat nie wiedział jeszcze o raku płuc. Paliłbym bez świadomości choroby, bez tego głupiego uczucia, które wali mnie w tył głowy w najmniej oczekiwanym momencie i zamierza wrzeszczeć ostrzegawczo, lecz krztusi się w dymie. Bo chyba się już przyzwyczaiłem do palenia. Do tego, naprawdę to lubię. Uważam się za palacza uświadomionego. Palę do pięciu papierosów dziennie, więcej mi się nie chce, chyba że impreza, wtedy więcej pociągnę. Przeważnie palę idąc gdzieś, chcąc coś ze sobą zrobić – ile można rozmyślać – albo z kimś, ot tak dla towarzystwa. Tyle. Nie odczuwam potrzeby, by zapalić. Nie mam tego ciągu do fajki, tej chcicy, by tylko za nią chwycić i otoczyć się niebieskim dymem. Nie, dla mnie papierosy to osobista szczypta dekadentyzmu. Palę sobie, a wiem, że gówno mi to daje, że wręcz przeciwnie, może mi uciąć węzeł życia wcześniej niż mi się zdaje.

Ale co z tego, skoro jest tyle czynników rakotwórczych w powietrzu? Paliłem kiedyś z doktorem z mojego wydziału przed tymże. Jakoś tak się utarło, że zawsze zarządza przerwę na papierosa i jako, że tylko my dwaj palimy, to razem na tę fajkę wychodzimy. Rozmawiamy sobie w najlepsze, gdy wychodzą dziewczyny z roku, korzystając z zarządzonej przerwy dla złapania oddechu i widząc nas, zaczynają narzekać na palaczy. Dr wygłosił wtedy kultową kwestię: „Myślą panie, że są zdrowsze?”. I miał rację.

No, ale są też inne czynniki, które do tego zniechęcają. Zęby, choć i tak za pięknych nie mam, to jak zżółkną estetyczne nie będą, jakieśtam zmiany skórne, wcześniejsze starzenie się, śmierdzący oddech nie do zwalczenia, spadek kondycji – to wszystko przede Mną. A ja chcę sport uprawiać! Taką koszykówkę, bez której nie wyobrażam sobie życia!

Kurde, długi ten bilans zysków i strat. Na jednej szali przyjemność, wcale nie złudna, bo naprawdę przeze mnie odczuwana, na drugiej zdrowie i życie.

Pozornie łatwa decyzja.

Pozornie.

Artur „ZoltaR” Jabłoński

Mail: ballinboy@o2.pl

GG: 5639913

arturjablonski.wordpress.com