Dachowiec



Znalazłam pewne Miejsce. Nie szukałam. Ono zawsze było bardzo blisko mnie. Od pewnego czasu prze�ladowała mnie my�l żeby tam wej�ć. Ale nie. Głupota. Tak nie robią normalni ludzie. I to chyba wła�nie był argument, który sprawił, że tam poszłam pierwszy raz.

Otwieram drzwi od balkonu. Z niego już tylko krok. Jestem. I do góry, jak najwyżej. Hmm� Piękny ten zachód słońca. I nikt go nie widzi takim, jak ja teraz. Dobrze, że sąsiedzi tak rzadko patrzą w niebo. Zdziwiliby się widząc nastolatkę siedzącą na szczycie dachu.

Dobrze, że tu nie ma dachówek. Spadłabym. Ale jest zwykła papa. Szorstka i ciepła. Jest na czym oprzeć nogę, żeby doj�ć do zagłębienia między dwoma spadami. Usią�ć i zanurzyć się. W sobie. Bo tutaj nikogo nie ma. I nie będzie. Nikt nie przyjdzie, nie będzie mi przeszkadzał. Jestem cudownie sama. Taki stan może być tylko na dużym drzewie lub wła�nie tu. A że nie ma w pobliżu wysokich drzew�

Zamknęłam oczy. Słońce przyjemnie grzeje. Nie tak, jak tam na dole. Nie wdziera się pod powieki, nie zakłóca prywatno�ci ich ciemno�ci. I cisza. Wszystko zostało na dole. Tylko te owady pod okapem. Ale tutaj mnie nie denerwują. Pierwszy raz w życiu je lubię. Ahh�

Siedzę w ciszy. Pobliska ulica straciła swoją gło�no�ć. Wszystko dociera do mnie jak zza pierzyny. Doskonale wyciszone i gładkie d�więki są przyjemne. Nie atakują mojej prywatno�ci. Są gdzie� obok, a ja u�miecham się i otwieram małe drzwiczki tuż za uchem i wchodzę do �rodka. Zwykle zaczynam od głowy. Sprawdzam, co słychać u Rozumu, co ma mi do powiedzenia. Smęci biedaczysko. Chyba ma depresję� Zbyt jest poważny jak dla mnie. Nie przepadam za nim. Zbyt racjonalny i pesymistyczny. Więc żegnam się grzecznie i po małych schodkach schodzę w dół, do mojego ulubionego towarzysza rozmów. Zaraz� Które to było żebro? Odliczam od dołu i gdy jestem pewna, że to tu, pukam trzy razy. Jak zwykle otwiera od razu, czekało na mnie. Tylko ono umie rozwiać wszelkie moje wątpliwo�ci. Wystarczy jedna taka wizyta i wszystko staje się proste. Mogę siedzieć tam długo, rozkoszując się herbatą i słuchać jak mój gospodarz mówi� Kiedy� muszę zabrać ze sobą Rozum, gdy będę od niego wychodzić. Niech ma co� od życia.

Mistrz i Małgorzata. Litery smakują dzi� wyjątkowo. Mają inny zapach niż na kanapie w pokoju. Pachną �wieżo upieczoną szarlotką z cynamonem. Są miękkie i otulają mnie niczym kołdra. Są wszędzie wokół mnie. A ja zagrzebuję się w nie jeszcze głębiej, widać tylko czubek mojej głowy wystający zza komina. Słowa płyną swoim nurtem, a ja wraz z nimi. Unoszę się na ich falach i nurkuję w głębinach. Wlewają mi się do gardła, ale są pyszne, więc piję więcej, więcej, więcej� Czuję co� miękkiego przy kostce. Moja kotka. Tylko ona wie, gdzie jestem. I wtedy znowu zamykam oczy i jestem bliżej nieba niż kiedykolwiek.


A wtedy przychodzi deszcz i trzeba wrócić na ziemię. Przez drzwi od balkonu.


Ale dach wyschnie. I znowu będzie można położyć się w chmurach.



Martika