Tym razem bez tytułu
Na średniej wielkości muchy nie zwraca się większej uwagi. Niesłusznie. Średni czas potrzebny na zabicie średniej muchy wynosi pięć minut. Przypuśćmy, że takich much mamy codziennie dwie sztuki. Przez dwa miesiące wakacji daje to 62 dni x 10 minut, czyli w sumie 620 minut. Przy trzech miesiącach wakacji liczba minut wzrasta do 920. Daje to ponad piętnaście godzin, czyli w czasie trzech miesięcy ferii letnich jeden dzień przypada na zabijanie upierdliwych much.
Duże muchy równa się większa uwaga. Takie muchy nazywane są robaśnicami i w chwili ich pojawienia się w obrębie danego domostwa dane matki szybko przykrywają dane dania, tudzież przekąski, znajdujące się bez przykrycia na powierzchni, po czym wszystkimi siłami dążą do usunięcia robaśnicy.
Tu pojawia się pytanie: po co? Czy duża mucha przenosi inne, bardziej szkodliwe zarazki, niż mucha średnia? Czy muchy duże taplają się w gównach bardziej czystych, czy przesiadują na mniej brudnych krowach? Moim skromnym zdaniem nie, ale nie sprawdzałem tego doświadczalnie.
Czasami myślę, że jestem właśnie taką małą/średnią muchą. Niby też upierdliwą, ale żeby komuś się chciało ją przepędzać, bo pozaraża wszystko dookoła, to nie. Gdyby nagle małe, upierdliwe osoby miałyby być usuwane ze społeczeństwa, porobiłyby się wielkie jaja. Przede wszystkim nie mielibyśmy premiera i prezydenta. Smutnym jest fakt, że ja bym owego doniosłego wydarzenia nie zobaczył, a najpewniej bym się jeszcze znalazł na jednej kupie upierdliwców z wyżej wymienionymi głową państwa i jego bratem.
Zawsze chciałem być muchą dużą. Robić hałas, zwracać na siebie uwagę i, co tu dużo gadać, po prostu nasrywać ludziom w ich talerze i patrzeć, jak wywalają do kosza bigos lub schabowego z miną, jakby im się co najmniej zabierało dom czy samochód. Tak, muchy potrafią być upierdliwe.
Lubiłbym też słodkości. Ciasta, ciasteczka, cukierki, podobne rzeczy. Takie pączki francuskie, nie wiem, czy kojarzycie. Amerykańscy policjanci z amerykańskich filmów takie wcinali. Te pączki to alegoria typowej blondynki z dowcipów – słodkie, z dziurką i puste w środku. Gdybym był muchą, to bym na takie pączki srał. Na blondynki nie, bo one oganiając się ode mnie mogłyby wpaść pod tramwaj. A ja – na tramwajową przednią szybę.
Przeciętna mucha żyje… no, krótko żyje. Ja już żyję dwadzieścia jeden lat i trochę, a też jestem upierdliwy jak cholera, tylko do kibla chodzę, a nie na pączki. Równo dwadzieścia dni temu miałem urodziny, a dziś rano jakaś średnia mucha przeszkadzała mi w lekturze i siadała na gitarze. Jakby nie rozumiała doniosłości wydarzenia, owej rocznicy dwudziestodniowej. Na tę muchę poświęciłem nawet więcej niż pięć minut, skubana jak zobaczyła klapkę zaczęła być bardzo podejrzliwa i, owszem, przeszkadzała dalej, ale już z większą uwagą. Nic to jednak, w siódmej minucie swojego mi przeszkadzania padła trupem na kolanie. Na kolana też padła, bo do końca tom jej nie ubił. Chwilowo. Trzy sekundy na kanapie, jedno machnięcie packą i muchy nie ma, zwłoki do muszego krematorium, dusza do reinkarnacji i za pięćdziesiąt lat z tej muchy będzie kolejny prezydent Jaśnie Oświeconej RP. Na pewno nie będzie gorszy.