Skip, hop... krok, skok...


     "Tylko dzieci potrafią latać. Dorosłym pozostaje Parkour.
To najbliższe lataniu co mogą osiągnąć."

     W dedykacji pewnej miłośniczce Le Parkour. :)




     Jak byłeś mały to żadne drzewo nie było za wysokie. Miałeś zręczne palce, silne ręce i nogi, a w sercu chęć by sięgnąć samego czubka i stamtąd skosztować pierwszych czereśni skąpanych w majowym słońcu. Mogłeś wejść na sam szczyt swojego małego świata, rozejrzeć się triumfatycznie z miejsca, które z parteru było niezdobyte niczym górski masyw, krzyknąć na swoich rodziców by zwrócić ich uwagę i czuć dumę gdy zamierają z zachwytu nad twoim dokonaniem. Bo oto, od tego momentu to drzewo należy do Ciebie! Ty je zdobyłeś swoimi rękami i determinacją, a strach dorosłych o twoje zdrowie i życie jest tylko dowodem karkołomności tego zadania. Odbierz więc swoją nagrodę, bohaterze. Wyciągnij dłoń i zerwij najlepsze owoce, po które śmiertelnicy z dołu nigdy nie sięgną. Niech podstawiają te swoje drabiny, ale i tak nigdy nie zajdą tak wysoko jak ty! Bo ty jesteś nieustraszonym zdobywcą, który pokonał najwyższe drzewo i ma prawo do jego najlepszych owoców. Okaż tylko tym na dole trochę łaski. Zrzuć im garść czereśni - niech poczują smak twojego zwycięstwa. Przekonają się, że nagroda za odwagę tutaj czeka. A potem... napchaj kieszenie, rozsiądź się wygodnie na stabilniejszej gałęzi i zacznij pałaszować Złote Czereśnie z Ogrodu Hespery. Krzykami zazdrośników z dołu się nie przejmuj, bo mają na celu tylko umniejszenie twojej chwały. Poczekaj chwilę, pozwól słońcu się ogrzać, i jak gdyby nigdy nic - bez pośpiechu zejdź z Mount Greg, gdy zaczną grozić szlabanem...

     I to jest piękne. Uczucie triumfu po sięgnięciu miejsca, do którego boi się zapuścić większość dorosłych. Szczególnie jeśli samemu walczy się z lękiem wysokości. Teraz jest inaczej. Ostatni raz na czereśnie wszedłem chyba jeszcze ze dwa lata temu, ale już nigdy tak wysoko, ani z takim entuzjazmem i lekkością jak przed paroma laty. Stałem się dużo cięższy. Stanowczo za ciężki dla moich nowych rąk. Obawiałem się też, że mogę się pobrudzić, co mi się wcale nie widzi. Ale i tak to zrobiłem. Wspiąłem się po raz ostatni na Mount Greg i podążywszy starym szlakiem zatrzymałem się w połowie, bo stare gałęzie nie były już w stanie zapewnić mi tej samej podpory. Trochę to rozczarowujące, ale najważniejsze, że owoce smakowały tak samo, choć nie mogłem też ich zerwać tyle co wtedy. Te najwyższe są już poza moim zasięgiem. Zszedłem więc i nigdy więcej nie podjąłem się wspinaczki. Wchodzenie po drabinie to zwyczajnie nie to samo.

     Wszystko inne też się zmieniło. Nigdy w życiu bym się nie zorientował jak bardzo zmienia się twój punkt widzenia gdy się go podniesie o pół metra. W ciągu paru lat podnosił się bardzo powoli, więc przyzwyczajałem się na bieżąco, a teraz jest już za późno by coś z tym zrobić. Kiedy to ja ostatni raz chodziłem po krawężniku?! Chyba tydzień temu, ale to dlatego, że o tym sobie przypomniałem! Zachowanie wręcz karygodne, bo to krawężnik, a nie chodnik służy do chodzenia. Po co poruszać się po jakimś chodniku gdy krawężnik daje tyle więcej wyzwań i radości?! Chodniki musieli wymyślić smutni ludzie co lubią się nudzić. Ale to nie wszystko. Najgorsze jeszcze mnie czekało. Ku mojemu przerażeniu zauważyłem też, że zacząłem... Hermesie, wspieraj mnie... schodzić po schodach! Stopień po stopniu! Wyobrażacie sobie?! Gdzie podziały się te komórki mózgowe odpowiedzialne za mimowolne przeskakiwanie kilku stopni na raz?! Gdzie te nawyki omijania co drugiego stopnia przy wchodzeniu, tylko dlatego, że tak jest trudniej?! I to teraz gdy moje nogi są jeszcze dłuższe i silniejsze. Powinny być bardziej żwawe, a nie są, bo nie chce im się! Nie chce im się ścigać z czasem, ani skakać mimowolnie. Zapomniały już do czego zostały stworzone.

     Oto co robi z człowiekiem zmiana perspektywy. Pół metra niżej wszystko wygląda inaczej. Każdy krawężnik jest wyzwaniem, każdy murek prosi się by po nim chodzić, każde drzewo przyzywa swoją wielkością. Żadne ogrodzenie też nie ma furtek - nad siatką się przechodzi! A nad barierkami przeskakuje. Jeśli tylko sięga ci do talii i jest dość stabilna, to jesteś do tego wręcz zobowiązany. Bo co to w końcu za trudność? Wystarczą nie więcej jak dwa metry rozpędu. Podbiegnąć, podeprzeć się ręką i na tej ręce przerzucić całe ciało na drugą stronę. Skip, hop i możesz dalej iść. Bez żadnych objazdów. Po linii prostej. A że trudniejszej, to właśnie oto chodzi. Schody natomiast zostały właśnie pomyślane o tym, by korzystać z co drugiego - co trzeciego stopnia. A widząc stopni cztery, czy pięć pokonać je jednym susem. Tylko jeden ostatni kroczek musi być bardziej pewny - tuż przy podstawie, bo sam będzie podstawą wybicia. Reszta to formalność. Krok, skok i w ułamku sekundy jesteś pół metra wyżej. A w drugą stronę jest jeszcze fajniej! Widząc już zbliżające się zejście, należy się przygotować do swojego popisu akrobatycznego. Skip i skoooook! I co za lądowanie! Tłumy szaleją!... I to jest piękne.

     Tylko, że dawniej nie musiałem o tym pamiętać, ani myśleć. Wszystko działo się mimowolnie i samo w sobie dostarczało radości. Wtedy żadnemu krawężnikowi nie przepuściłem, ani nie ominąłem okazji do wielkiego skoku. O dziwo nawet zwykłe wskoczenie z ulicy na chodnik wolałem pokonać z gracją, niż wejść koślawo jak cała reszta tych "dużych". Wszystko niższe niż pół metra i nie dłuższe służyło tylko po to, by to przeskakiwać, a każda okazja znalezienia się wyżej niż poziom ulicy musiała być wykorzystana. Bo po coś to w końcu musiało być zrobione. Tak jak te wszystkie poręcze umieszczone zgrabnie na środku schodów. Nie zjechać po nich to zwyczajny grzech. Jaką inną funkcję mogą one jeszcze spełniać? Cudownie jest myśleć w ten sposób, a strasznie jest przestać. Powiedzcie mi, jak myślicie: Co jest placem zabaw dla dzieci? Parę drabinek, huśtawek, zjeżdżalni i piaskownica? Nie. Wszystko jest placem zabaw! Całe miasto. Tylko ci dorośli wszystko psują. Nie pozwalają wchodzić na ogrodzenia, proszą byś się uspokoił gdy próbujesz złapać równowagę na krawężniku, przywołują do porządku gdy skaczesz nad barierkami, patrzą z dezaprobatą na przeskakiwane stopnie... Są zazdrośni, bo zapomnieli już jak się bawić, więc nie pozwalają na to innym. Czy tylko w moich oczach jest to zbrodnia? Rozejrzyjcie się tylko dookoła. Ten świat to plac zabaw, który sami sobie zbudowaliśmy, a teraz boimy się z niego korzystać. Przydałoby się tylko parę usprawnień. Dla przykładu, każdy chodnik powinien być o pół metra wyżej od jezdni i dodatkowo oddzielony od niej barierkami. Na całej długości. Trzeba też coś zrobić ze ścianami budynków. Ich podstawy powinny być nieco wysunięte gdzieś na metrowej wysokości, by można było po nich chodzić i górować nad innymi. Posadziłbym też dużo więcej drzew. Wysokich drzew. I połączył je linami jak słupy telegraficzne. Dzięki temu będzie można łatwo przechodzić z jednego na drugie. Dodatkowo na każdym wystającym konarze musi zwisać jakaś lina umożliwiająca zabawę w Tarzana. Same słupy i latarnie wyposażyłbym w drabiny i jakieś siedzenie na samej górze by można było podziwiać widoki. Co jeszcze... O! Zlikwidować przejścia dla pieszych na rzecz drabinek, tak by trzeba było przechodzić górą. Dobrym pomysłem byłoby również ustawianie dodatkowych krawężników na środku chodnika, by nie trzeba było chadzać gdzieś po bokach. Wszelkie śmietniki czy klomby kwiatów muszą być twardo przymocowane do podłoża. Gdyby ktoś próbował taki przeskoczyć podpierając się, a ten by się spod niego osunął, to mamy gotowy wypadek. A tego przecież nie chcemy. I jeszcze poręcze! Prawie zapomniałem o poręczach. Muszą się znajdować przy każdych schodach. Bez wyjątku. Same schody można za to zostawić. Nie ma sensu poprawiać coś co w końcu jest doskonałe. A już na pewno nie wolno powiększać stopni na rzecz ich liczby. Po to właśnie zrobiono co drugi stopień, by go omijać. Zabranie go będzie zabraniem całej frajdy.

     Podoba się wam moja wizja świata? Dorzuciłbym jeszcze wiszące mosty porozpinane pomiędzy oknami budynków, oraz ceglane mury różnej wysokości porozrzucane tu i tam, ale do tego może dojdziemy później. A teraz... musimy zadowolić się tym co jest. Nie jest to idealne miejsce na przechadzki, ale w odpowiednich oczach jest najlepsze, bo prawdziwe. I wcale nie tak trudno to dostrzec. Na Zeusa, dzieli nas od tego tylko pół metra obniżonej perspektywy! Nie jest to nic z czym nie poradzi sobie nasza wyobraźnia. Tylko trzeba chcieć i o tym pamiętać. Sam od niedawna na nowo uczę się latania i choć wiem, że nie jest łatwo, to się nie poddaję. Rozglądam się i staram się zauważać każdą najmniejszą okazję do najdrobniejszego skoku i korzystam z niej kiedy tylko mogę. Na początku nawet myślałem, że przestałem to robić z braku tychże okazji, ale to nieprawda. Rozleniwiłem się i spoważniałem. Radosne harce przestawały mi chodzić po głowie i zanim się obejrzałem, po schodach zacząłem wchodzić. Ale ostatnio otworzyłem oczy i przekonałem się jak wiele tracę. Teraz biegam już tylko na palcach. Czuję się od tego lżejszy. Mury i barierki znowu są mi przyjaciółmi, a wszelkie schody przyrzekłem pokonywać w jak najmniejszej ilości skoków. Pamiętam jeszcze moje ponowne początki. Ludzie dziwnie patrzą na ponad półtorametrowego człowieka skaczącego sobie radośnie jak skowronek. Przecież to nie uchodzi! Zgaduję, że dlatego mądrzejsi postanowili latać wspólnie. W grupie łatwiej idzie się przełamać, a i przechodnie patrzą łagodniej na nowy wymiar sportu. Potrzeba było jeszcze tylko nadać temu jakąś nazwę. Parkour... to nic więcej jak sposób chodzenia, od którego się odzwyczailiśmy. Nie wolno o tym zapominać.

     Teraz już nie zapomnę, a może i niedługo znowu wespnę się na Mount Greg, albo też zdobędę nowy szczyt... Na razie jednak postanowiłem bawić się na moim placyku i latać po mieście. Delikatnie i na palcach. Wybijać się pewnie, jakbym nic nie ważył, i lądować miękko nigdy piętami nie dotykając ziemi. I z całusem na serdecznym palcu powtarzam sobie cichutko mantrę, która mnie przez to prowadzi... Skip, hop, krok, skok...



Vigmyn