Rozpierduchy jelita, czyli nie róbcie tego kolegom

 

Wtorek.

Ja i mój najlepszy przyjaciel BzyQacz pojechaliśmy na wycieczkę klasową w góry. Na jeden dzień, na jedną górę, ale cieszę się, bo następnych dni bym chyba nie przeżył X(. Ale mniejsza z tym. A więc, idziemy sobie na końcu grupy i rozmawiamy.

- Ale Stachu to debil, nie ZaYceV?

- Ano.

- Najpierw obgaduje cię za twoimi plecami, a później chce się napić twojego Pepsi. Zgrywa dobrego kolegę...

- Ta ciota mnie obgaduje?!

- Nie ciebie, tylko mnie! Chciałem, żebyś wiedział, jak się czuję. A czuję się okropnie.

- Trza było mu wpier*olić do tego Pepsiaka tabletkę na przeczyszczenie. Wiedziałby, że z nami się nie zaczyna.

Po pięciu minutach.

- He, he...

- Co cię tak śmieszy?

- Mój pomysł nie jest taki głupi. No pomyśl. Wypijasz Pepsi do połowy i wrzucasz tam tabletki na przeczyszczenie. Dajesz Stachowi i oglądasz efekt - pół gdziny w krzakach i śmiech dziewczyn!

- Ha, ha! O w dupę! Zaje*iste! Ale Pepsi już wypiłem. I tabletek nie mamy...

- Niech to ch*j. Dlaczego dopiero teraz na to wpadłem?!

- Ale w czwartek jest zakończenie roku szkolnego.

Popatrzyliśmy się na siebie.

- He, he...

A więc był tylko jeden dzień na przygotowanie wszystkiego. Na szczęście nie było tego dużo.

 

Środa.

Charakterystyczne piip piiiip telefonu. BzyQacz napisał mi, żebym wyszedł z domu. Czekał pod moją bramką. Właśnie zrobił zakupy do jutrzejszej rozpierduchy jelita naszego "kolegi".

- Co mi kupiłeś? - spytałem.

- Cukiereczki. Chcesz?

- Jasne! He, he... No dobra. Kupiłeś?

- Tak. Laxigenu nie było, ale mam inne tabletki. Ino 5 zł. Kupiłem też puszkę Pepsi i prawdziwe cukierki. Do pudełka z tymi cukierkami włożymy z cztery tabletki, a do Pepsiaka osiem tabletek. Damy mu to po mszy św. przed zakończeniem roku w szkole. Na pewno będzie chciał i cukierki i Pepsiaka!

- Przecież to rozpier*oli mu dupę!

- I o to chodzi! Plotkara będzie miał za swoje.

- Ekhm... Zapomnieliśmy o Miśku. On też nam dokuczał przez te trzy lata w gimnazjum.

- O, przepraszam! On jest zawsze spragniony, więc nie musimy się o nic martwić.

- No to do jutra, he, he...

 

Czwartek.

- ...I uważajcie na siebie! Wakacje ze złamaną nogą to nie wypoczynek. Pamiętajcie!

- Dobra, kończ już. - powiedział BzyQacz.

- Chociaż w Kościele mógłbyś się zachowywać.

- Bla, bla, bla...

- Pan z wami!

- I z duchem twoim!

- Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący Ojciec i Syn i Duch Święty!

- Ameeeeeen.

- Idźcie w pokoju Chrystusa!

- Bogu niech będą dzięki.

Gdy wyszliśmy z Kościoła spotkaliśmy pierwszą ofiarę - Stacha.

- Cześć.

- Cze...

- Dasz łyka?

- Nom...

Stachu pociągnął kilka łyków. Ledwo powstrzymywałem się od śmiechu.

- Dziwny smak.

- Sam jesteś dziwny.

- Ech. Wreszcie wakacje, nie?

- Nooo...

- Co wam jest?

- Gówno.

- Ha, ha, ha! O nie mogę!

Ludzie patrzyli się na mnie a ja ledwo stałem na nogach. Opierałem się o BzyQacza, który też się śmiał i trzymałem za przyrodzenie, żeby nie popuścić.

- Z czego się śmiejecie?

- Wiesz co, Stachu? Idź do szkoły. - syknął BzyQacz.

- Dobra, Jezuu...

 

Kilka minut później.

- Co jest, ziomy?

To był nikt inny jak nie kto inny tylko Misiek - nasza druga ofiara.

- A nic, złooom. A u ciebie?

- Też nic. Daj się napić.

- Masz. Możesz wypić wszystko.

- Mmmm... Dziwny smak.

- Sam jesteś dziwny.

- Pier*ol się, pacanie.

- Możesz mnie chociaż ten raz jedyny nie obrażać?!

- Goń się.

- Klasa III "a" proszona na salę gimnastyczną, klasa III "b" staje gęsiego! - skrzeczała dyrektorka. Dokładnie wice, ale to bez różnicy. Chociaż, jest różnica. Wicedyrektorka siedzi o dziesięć minut dłużej w pracy.

 

Kilka minut później.

Bla, bla, bla. Pieprzenie, jak zwykle na zakończeniu roku. Nagle cisza. Pani dyrektor składa literki. I w tym cichym momencie zaskrzypiały 2 krzesła. Dokładnie dwa! Ze swoich miejsc wstali Stachu i Misiek. Pośpiesznie udali się do wyjścia.

- A panowie gdzie się wybierają? - spytała dyrektorka.

- Do ubikacji.

Wszyscy zaczęli się śmiać. Ja z BzyQaczem dodatkowo płakaliśmy ze śmiechu. Za naszymi "kolegami" wyszła nasza pani wychowawczyni. Wróciła po minucie i szepnęła jakieś słówka do uszka pani dyrektor. Ta uśmiechnęła się. Wreszcie dostaliśmy śwadectwa i mogliśmy pójść do domu. Tamtych dwóch już nie spotkaliśmy.

 

No i wrogom się dostało. Heh... I to jest najpiękniejsze. Nie ma to jak dać w kość ludziom, którzy dokuczali ci przez trzy lata w gimnazjum. Wyobraźcie sobie taką sytuację: Arek, Bartek i Wojtek rozmawiają sobie na ławce w parku. Arek powiedział coś śmiesznego i Wojtek odpowiada: "To miało być, kur*a, śmieszne?! Ale idiota!". Inna sytuacja: na przerwie międzylekcyjnej Arek wyciąga soczek. Podchodzi do niego Wojtek i mówi: "Daj się, kur*a, napić, nie? Bo ci zaraz zapier*olę!". Nie muszę dodawać, że wypił mu cały sok. Przepraszam najmocniej za te przekleństwa, ale chciałem jak najrealistyczniej przedstawić sytuację w naszych kochanych i bezpiecznych szkołach. Możecie sobie wyobrazić, jak taki dręczony człowiek może się czuć? Mam nadzieję, że tak. Co prawda Stachu i Misiek tak ostrzy nie byli, ale kolegami ich nie można nazwać. No bo jak ktoś mówi twoim koleżankom, że jesteś debilem lub pedałem, który wali konia co noc...

 

P.S. Pozdro dla niemieckiej kapeli Nevada Tan, której nie słyszałem jeszcze żadnej piosenki, ale czytałem w pewnym piśmie o czym śpiewają :P.

 

Tomasz "ZaYceV" Król

zaycev_gd@interia.pl

 

Przezwiska osób nie są przypadkowe. Sytuacje przedstawione w tekście też nie. A co! :D