Dlaczego ateiści nie powinni
walczyć ze zjawiskiem religii?
Dla ludzi, którzy w życiu, kreując swój światopogląd
kierują się jedynie nauką – rzeczami zbadanymi i dowiedzionymi, oczywistym
jest, że żadna rzecz w przyrodzie nie zaistniała bez przyczyny. Przyjmując
że i my jesteśmy częścią przyrody, należałoby również stwierdzić że i
zachowania ewolucyjne zwane religią nie powstały bez przyczyny. A jeśli jest
jakaś przyczyna, to raczej nie należy przeciw temu działać nieprawdaż?
W tym miejscu ten artykuł mógłby się właściwie zakończyć, ale
obraz pozostawałby niepełny. Bo właściwie jaki jest skutek istnienia
religii? To przecie jeno instytucja do wyciągania kasy – powiedziałby
antyklerykał. Oczywiście, nie zmieniłem zdania i cały czas aktualny
pozostaje mój artykuł zamieszczony na tym portalu „O sekciarskich metodach
działania religii”. Każda religia jest sektą – to fakt. Jednakże nie
bawmy się teraz w zawiłości semantyczne, bo tutaj chodzi mi o pewne zjawisko,
a czy nazwiemy je sektą czy religią to już najmniej istotne, sens pozostaje
ten sam.
Można obalać religię jej sprzecznościami,
ale tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia czy dana religia jest sprzeczna sama
w sobie czy też nie jest. Jeśli bowiem przyjmujemy światopogląd racjonalny,
naukowy, to śmiesznym byłoby zastanawiać się czy religia chrześcijańska
czy muzułmańska jest prawdziwa – podobnie jak nie zastanawiamy się czy
gromowładny Zeus naprawdę istnieje. Racjonaliści mogą jedynie pytać:
„dlaczego zjawisko religii pojawiło się i jakie niosło to za sobą
skutki?”.
Już z historii wiemy, że zjawisko oddawania
czci wymyślonym postaciom ma swoją długą tradycję – trudno określić czy
wyrosło z myślenia, ale chyba możemy przyjąć taką teorię. Było potrzebne
w kilku rzeczach, mianowicie
1)
Światopoglądowość – ludzie nie umieli tłumaczyć sobie inaczej świata,
więc polegali na bajkach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
2)
Więzy społeczne – będąc w danej religii, człowiek stawał się członkiem
społeczności, rytuały odprawiane z innymi łączyły go z nimi. Skutkiem była
większa ufność wobec członków plemienia czy innej grupy, większa więź
oraz oddanie.
3)
Przywództwo – na czele danej religii stał człowiek o autorytecie i
doświadczeniu, dzięki czemu sprawniej mogło funkcjonować tamtejsze państwo.
4)
Spokój wewnętrzny – religia tłumaczyła że słońce, gwiazdy, śmierć
to tylko (lub aż) zjawiska boskie, których nie należy się bać.
Być może znalazłoby się jeszcze kilka
pozytywów, ale wymieniłem te najważniejsze.
Pierwsze religie były raczej politeistyczne.
Każdy niewiadomy obiekt przypisywano danemu bóstwu, to do niego składano
ofiary i do niego się modlono.
Ten rodzaj religii przestał być wystarczający
pod koniec ery starożytnej. W potrzeby tłumów jak ulał wpasował się
chrystianizm, potem przerodzony w chrześcijaństwo (warto to oddzielić, mając
na uwadze jak bardzo nauki Jezusa przekręcił Kościół). Nie pomogły krzyki,
jęki, płacze, zaklinania ówczesnych „moherowych babć” – młodzież szła
za chrześcijanami, stawała się monoteistyczna, nie bojąc się jednocześnie
klątw Zeusa. Podobnie coraz częściej zauważamy, że religia jest odsuwana na
dalszy plan, przestaje odgrywać tak wielką rolę jak niegdyś. To znak, że
przestaje być potrzebna. Pomału, ale to proces ciągły.
Jeśli człowiek stworzył sobie Boga na własny
obraz i podobieństwo, to jednocześnie może go w każdej chwili skasować gdy
nie będzie już mu potrzebny. Zmierzch religii jest tylko kwestią czasu. Jako
zjawisko socjologiczne potrzebne, cały czas ewoluowała, a gdy nie będzie
potrzebna, po prostu zniknie.
No właśnie – gdy nie będzie potrzebna. Jeśli
ona istnieje, to cały czas potrzebna jest. Czy należy walczyć z tym co
naturalne? Otóż – przynajmniej moim zdaniem – nie należy. Bo trzeba by
sobie zadać pytanie: Czy walczymy ze zjawiskiem mody? Nie! To instynkt, bodziec
socjologiczny tyleż infantylny, co potrzebny.
Dzisiejszy człowiek ma skłonności do
mistycyzmu, jemu nie potrzeba naukowych wyjaśnień, starczą mu te religijne.
Walcząc z religią uruchamiamy mechanizm męczeństwa. Dużo ludzi i tak będzie
wierzyć w zwalczaną religię, ba – będzie ją wyznawać jeszcze mocniej,
traktując wrogów jako wysłanników diabła, najgorsze zło.
Zaś jeśli jednak jakimś cudem doszlibyśmy
do celu, zwalczylibyśmy dane wyznanie, to dawni wierni obróciliby się w stronę…
innej wiary.
Niektórzy mówią: by ludzie przestali wierzyć
trzeba ich dokształcać. Nie prawda. Duża część społeczeństwa jest
wykształcona, a nadal chodzi do Kościoła dla tradycji. Tak przynajmniej mówi
– w istocie jest to dobry sposób na własne słabości. W każdej chwili
bowiem, można się zwrócić do niewidzialnego ale za to wszechpotężnego, który
pomoże w każdym problemie. Taki typ człowieka, nie zrezygnuje. Pomimo że będzie
mu się wykazywać setki paradoksów, sprzeczności, oksymoronów jego religii
on nie zrezygnuje. To by był uszczerbek na jego życiu psychicznym.
Czy w świetle powyższego pozostawać biernym
na zjawisko, przeciw któremu przecież poglądowo oponujemy? Biernym pozostać
trudno. Jak każdy, tak i ateiści chcą przekonać do swojego zdania (tak, tak,
to nic innego jak zjawisko bliźniacze religijnemu nawracaniu).
W żadnym wypadku nie można pozwolić, by obrzędy,
w których nie mamy zamiaru uczestniczyć, zjawiska, które nas nie dotyczą
determinowało przymusowo nasze życie. Jednakże nie należy z nimi walczyć,
nie należy zmieniać czegoś co jest absolutnie naturalnym odruchem, potrzebnym
ewolucyjnie, a które za parędziesiąt, może paręset lat zaniknie – i to
nie przez naukowców którzy wymyślą lek na brak śmierci (wtedy pojawią się
dziesiątki teologów, którzy wyszperają takie wersety ze swoich świętych
ksiąg i podadzą taką interpretacje by nie kłóciło się to z nowoczesnymi
odkryciami), ale samoistnie. Wtedy gdy już nie będzie potrzebne.
Na pewno znów płakać będą babcie, buntować się ojcowie, zaklinać
na bogów wszechmogących matki, ale powolutku ich dzieci w przyszłych
pokoleniach będą coraz słabiej, coraz mniej wierzyć. Wtedy to ateizm jako
odrzucenie religii zaniknie…. Bo i nie będzie czego odrzucać.
Łukasz
Remisiewicz