"Chodzenie" - polemika do polemiki

Temat, którym dosyć się interesuję. Na wstępie bez bicia się przyznam, że trzymam stronę racjonalisty, choć wiadomo, że daleki jestem od ślepego popierania go.

Pozwól, drogi Kubo, że zacytuję fragment Twego tekstu, gdyż leniwy jestem i nie chce mi się własnymi słowami opisywać o co chodziło. :)

Edukacja dzieci opiera się głównie na podpatrywaniu zachowań starszych, dziecko uczy się mówić słuchając rodziców, czemu więc obserwując innych nie miałoby tak samo nauczyć się dobierania w pary, trzymania za ręce i całowania? Dzieci są bardzo dobrymi obserwatorami, niestety często nie rozumieją co widzą. (...) Tyle, że w większości przypadków nie widzę w tym nic złego, spacer dwójki młodych ludzi, którzy *tylko* bardzo się lubią i przy tym trzymają się za ręce, nawet jeśli mają tylko 15 lat, to piękna rzecz i basta.
Czasem jednak dzieci posuwają się za daleko przy tym powielaniu wzorców starszych i stąd ciąże w gimnazjum, ale to już patologia i nie można oceniać całego zjawiska na podstawie takich przypadków.


Moim zdaniem niewinne chodzenie za rączkę i zwykłe "lubienie się" jest naprawdę rzadkie i dominuje jednak przemożna chęć jak najwierniejszego naśladowania dorosłych. Oczywiście, niektórzy młodzi są całkiem rozsądni pod tym względem, ale większość zwyczajnie szuka ujścia dla popędów, które zaczynają się budzić w okresie dojrzewania, a on jak na złość przypada na okres edukacji w gimnazjum. Nie wiem, ile się zmieniło przez te ponad 6 lat, ale jak sięgnę pamięcią, to w podstawówce pokazanie swej sympatii do płci przeciwnej lub w ogóle się odzywanie do niej to było zwyczajnie wyśmiewane i w zasadzie nie pamiętam by ktokolwiek w mej szkole się bawił w coś, co możemy nazwać "chodzeniem". Sytuacja się zmieniła w gimnazjum. Ja, grzeczny i ułożony chłopczyk ( ;) ), doznałem wręcz szoku - bezczelne obmacywanie dziewczyn, którym nawet niezbyt wychodziło udawanie, że im się to nie podoba; "kul" pytania o to jak często walę konia; przechwalanie się kto lepszego pornola ostatnio dorwał. W tej otoczce nikt nie udawał, że tu chodzi tylko o takie sobie potrzymanie się za rączkę i całus w policzek i spędzanie razem czasu bezinteresownie.
Naprawdę, piszesz o fajnych rzeczach, ale przedstawiłeś niestety wizję utopii, która nie ma zastosowania w prawdziwym życiu i wczesnymi, młodzieńczymi relacjami rządzi pożądanie seksualne. Dyskutowałbym czy "przebudzenie" w wieku ok. 15 lat nie wyrządza żadnych szkód na psychice.

W liceum wszystkim jeszcze bardziej zależało żeby być z kimś, choć bez większych sukcesów, większość była sama.

Cóż, jesteśmy pokoleniem "American Pie". :) Zresztą nawet wcześniej w liceum moim zdaniem panowało przekonanie, że opuszczenie murów szkoły średniej jako dziewica/prawiczek to wstyd. Wszystko od samego początku do samego końca kręci się koło tak zwanej d**y. A ta cała miłość, kwiatuszki, randki itp. itd. to tylko ładna otoczka dla prymitywnego dążenia do spełnienia się jako samiec/samica i potwierdzenie własnej wartości.

Z pewnością są ludzie tacy jak Ty, jednak stwierdzenie, że wszystkim zależy tylko na akceptacji otoczenia, biorąc pod uwagę tylko swoje zdanie, jest zwyczajnie niepoważne. Akceptuję twoją decyzję i na pewnym poziomie nawet rozumiem, drażni mnie tylko, że Ty nie akceptujesz decyzji innych. Odniosłem wrażenie, że czujesz się lepszy, bo nie dotyczy Cię *cała ta zabawa*.

Zgodzę się - nie chodzi tutaj tylko o akceptację otoczenia. O co jeszcze - napiszę później w jakimś podsumowanku, co by tak nie rozczłonkowywać mej wypowiedzi. :) I dlaczego mamy się nie czuć lepsi z tego powodu, że nie dajemy się wkopać w ten szaleńczy pęd za miłością? W końcu to znak że poskramiamy własne popędy i lepiej panujemy nad sobą. Mamy się tego wstydzić?

"A zatem, ustalmy definicję, by potem przejść do rozważań. Chodzenie to zjawisko dotyczące dwóch osób, które się kochają i spędzają ze sobą czas. Definicja teoretyczna. A od teorii do praktyki droga daleka." Absolutnie nie zgadzam się z tą definicją, ale o tym za chwilę, zdaniem -racjonalisty- "W większości wszystkie te pary które spotykasz się nie kochają." I z tym chyba nawet się zgadzam, ale czy to coś złego? Znalazłem coś takiego w encyklopedii "chodzić z kimś -o osobach odmiennej płci: utrzymywać z kimś bliskie stosunki, być czyjąś sympatią-" koniec, ani słowa o miłości, i z tym się zgadzam, uważam, że miłość "od pierwszego wejrzenia" to bzdura.

Zamieszanie z tą definicją. :) Wolę termin "chodzenie" uważać za pojęcie pierwotne - które rozumie się na podstawie sytuacji, w jakich jest używane, a nie na podstawie słownej definicji. Zgodzę się, że "chodzenie" nie zobowiązuje do "miłości". Ale co ja właściwie myślę o miłości - to później. :)

"A zatem chodzenie to tylko gra pozorów, oszukiwanie samego siebie. Ostro to zabrzmiało? Wiem. Tylko zastanów się przez chwilę czy nie mam racji." Zastanowiłem się, jeśli chcesz znać moje zdanie to nie masz.

Uważam, że ma. Co jest hmm... "rozrusznikiem" dla związku, obojętnie czy to "tylko" chodzenie, czy "aż" "miłość"? Popęd seksualny. Instynkt. Aby zdobyć dobrą partnerkę/partnera seksualnego, trzeba się pokazać jako najatrakcyjniejszy możliwy osobnik. Z reguły sami z siebie nie jesteśmy dużo warci na tym specyficznym "rynku". A nawet jeśli jesteśmy, zawsze staramy się pokazać jako jeszcze lepsi. Wiąże się to z oszukiwaniem siebie i drugiego osobnika. Najpierw poprzez szeroko rozumiany "podryw" wmawiamy drugiej osobie że tylko my jesteśmy warci jej uwagi, a potem w związku cały czas ukrywamy z pasją wszelkie swoje wady, by przypadkiem nie stracić na wartości. Gdzie tu miejsce na jakąkolwiek uczciwość? :) Związek to jedna wielka gra pozorów. :)

Teraz czas na kilka moich subiektywnych definicji. Czym dla mnie jest miłość? Gdy żyje dla kogoś, nie dla siebie, gdy nie wyobrażam sobie życia bez osoby, którą kocham, gdy jej potrzeby są ważniejsze od moich, gdy jestem gotowy poświęcić dla niej absolutnie wszystko, bez zastanowienia, bo nic nie znaczy dla mnie tak wiele... Tak rozumiem miłość...

To ja pozwolę sobie powiedzieć, jak ja rozumiem miłość. :) Ludzie od wieków chcieli za wszelką cenę być lepszymi od zwierząt, a powszechnie uważa się, że zwierzęta nie "kochają się" nawzajem tak, jak rozumieją "miłość" ludzie. Zwyczajnie homo sapiens wymyślili sobie całą otoczkę, którą szumnie nazywa się "miłością" i czują się dzięki temu lepsi. Dodatkowo "miłość" jest pochwałą głupoty. Promuje zaślepienie i odrzucenie rozumu. Inaczej mówiąc - to dobrowolne zidiocenie się, które wielu daje, cholera wie czemu, niesamowitą przyjemność. Zbiorowa psychoza.

Powiedz szczerze drogi -racjonalisto-, naprawdę byś nie chciał? Rozumiem, że możesz być nieśmiały, mi też brakuje śmiałości, ale czy przyglądałeś się im kiedyś dokładniej? Jak na siebie patrzą, jak cieszą się, że mogą być razem? Jak są absolutnie pewni, że komuś na nich zależy i że jest ktoś, na kim może zależeć im? Wiedzą, że ich życie ma dla kogoś znaczenie... Nawet tak banalne sprawy jak trzymanie kogoś za rękę, przytulenie, pocałowanie, drobne gesty zapewniające o uczuciu, trosce, zaufaniu... Nie widzisz w tym czegoś pięknego?

A przyglądałeś się im jeszcze dokładnej? Nie widzisz że gdy przebić się przez tą całą przesłodzoną otoczkę, widać jedynie taniec godowy, prężenie muskuł, bajerowanie dźwiękiem i wypinanie, za przeproszeniem, d**y? Oni cieszą się, że mogą potwierdzić to, że są coś warci i że przekażą geny dalej. A zależeć może im najwyżej na zawartości majtek partnera. Znaczenie ma jedynie ich zdolność rozrodcza i jakość materiału genetycznego.
Nie widzę nic pięknego. Widzę tylko dwoje zwierzaczków, które dodatkowo zwiększają swoją wartość na rynku, pokazując swoje "ucywilizowanie" poprzez bajerowanie atmosferą uczuć.

Jestem sam i jest mi z tym źle, jestem samotny, nigdy nie byłem w żadnym poważnym związku, myśl "też bym tak chciał" towarzyszy mi od lat...
"Bez miłości oddech jest jak zegar, tykający..."*
Dokładnie tak, egzystencja której jedynym celem jest kontynuacja egzystencji nie ma żadnego sensu... A szczęście w miłości nadaje sens życiu jak nic innego...


Cytując wypowiedź z "Equilibrium" (słowa te wypowiada "ukochana" głównego bohatera), moim zdaniem strzelasz sobie w stopę, gdyż paradoksalnie ten film pokazuje że społeczeństwo bez uczuć tak naprawdę byłoby niemal idealne. "Niemal", ponieważ nie zabezpieczono go przed "przypadkowym" ominięciem dawki Prozium. A co ta "miłość" zmienia w oddechu? Że nagle przestaje on odliczać sekundy naszego życia? On zawsze to robi, nieważne czy ta "miłość" jest, czy nie. I życie ma sens od samego początku do samego końca - pokonać innych i spłodzić potomstwo. Nawet jeśli te cele realizowane są poprzez współpracę z innymi i poddawanie się kulturze monogamii. Czyli podsumowując: bardzo fajny slogan, który pasuje jako "głęboka" mądrość życiowa dla filmu.

Nawet z czysto biologicznego punktu widzenia ludzie stworzeni są do życia w parach i czy Ci się to podoba czy nie, nie moglibyśmy istnieć gdyby miliony lat temu jakiś praprzodek stwierdził "po co mi to całe zamieszanie".

Szczerze? Nie obraziłbym się. :) Przecież to, czy jakiś gatunek sobie istnieje, czy nie, na dłuższą metę nie ma wielkiego znaczenia. A naszemu środowisku o wiele lepiej by zrobiło, gdyby homo sapiens na samym starcie stwierdzili że prokreacja jest, nomen omen, ch****a. :)

Mam nadzieję, że kiedyś spotkasz dziewczynę, z którą będziesz chciał być, nie ze względu na presję otoczenia, tylko dlatego że świat z nią przy Twoim boku będzie wydawał Ci się lepszym miejscem.

Racjonalisto, życzę Ci wytrwania w rozumie i nie daj nigdy się zarazić wirusem "miłości". Racjonalizm jest na tyle cudowny, że szkoda psuć sobie zdolność postrzegania z powodu jakiejśtam kobiety i prymitywnych instynktów.

Kończę zatem powoli ten tekst. Mam wrażenie, że zapomniałem o czymś napisać, ale to typowe. :) Zresztą najważniejszą część moich poglądów wyłożyłem, czekam na odpowiedź. Ciekawe też jakie argumenty niezależnie ode mnie przytoczy on-racjonalista, o ile zdecyduje się oczywiście na dalszą polemikę.

Fenek
xfenek@gmail.com