Zielony Fotel




Siedzę właśnie w moim niewygodnym, zielonym fotelu. Trzymam klawiaturę na kolanach, lewym okiem patrzę w monitor, prawym w telewizor. Tak częsta sytuacja… Mój fotel jest w opłakanym stanie. Starty lakier z podłokietników rzuca się w oczy innym odcieniem drewna, a porwane boki odsłaniają stelaż i gąbki. Mój fotel jest brzydki, wyróżnia się wśród nowych mebli. Ale jest tylko mój.

Gdy byłam młodsza, pisałam pamiętnik. Ot, głupie zapiski dwunastolatki w super tajnym zeszycie, o których oczywiście nikt nie mógł wiedzieć. Pisałam tam wszystko. Wylewałam moją złość na rodzinę, pisałam o zazdrości o młodszego brata. No i oczywiście o wszystkich moich „wielkich miłościach”. Jednak kiedy nadałam moim przemyśleniom materialną postać, potrzebą okazało się równie materialne miejsce do ich ukrycia. I tutaj z pomocą przyszedł mi fotel. Otóż pod siedziskiem, ma on suwak. Suwak kryjący jedną z najlepszych skrytek z jakimi miałam do czynienia. Nikt nie mógł jej odkryć, bo aby ją otworzyć, trzeba było położyć się plackiem na podłodze. I od tej pory zielone paskudztwo stało się moim powiernikiem. Był okres, gdy chowałam tam tak wiele rzeczy, że cudem wydawało się, że jeszcze można było na nim siedzieć.

Internet. Małe, czarne pudełeczko pojawiło się na moim biurku, dezorganizując mój dzień. Większość z nas wie, jak wielka ma ono władzę nad czasem, jak potrafi sprawić, aby płynął szybciej, przemykając obok nas na paluszkach, niezauważalnie. Dlatego spędzałam przed komputerem długie godziny, głównie siedząc bezproduktywnie na GG. A że krzesło jest bardziej niewygodne od fotela, szybko zostało zdegradowane do roli podnóżka. I pewnego dnia, gdy jak zwykle siedziałam na zielonym, zaczęło się coś, co z upływem czasu przerodziło się najpierw w przyjaźń, a potem w miłość. I fotel był obecny przy każdym etapie tej znajomości. Podczas długich, ośmiogodzinnych rozmów przypominał o sobie bezustannie bólem siedzenia czy namolnym skrzypieniem. Ale to siedząc na nim, czytałam słowa, które już zawsze miały pozostać w mojej głowie.

Jednak gdy patrzę na niego, najbardziej kojarzy mi się z cierpieniem. Moim. Czemu jego boki są tak porwane? Nie, nie gryzę mebli. Nawet jak jestem wściekła. Naprawdę. Po prostu mam w domu kotkę. Kotka ta jest bardzo inteligentna. I lubi, gdy się uśmiecham. Wie, że uśmiecham się, kiedy się wygłupia. Dlatego kiedy widzi, że płaczę, stara się zrobić wszystko by to zmienić. Biega po całym domu, zachowując się jak mały kociak. I drapie delikatnie mój fotel, chcąc odwrócić moja uwagę od tego co mnie boli. Teraz pozostały z niego strzępy.

Przyglądam się właśnie poręczy. Jest trochę brudna, ołówek nie zszedł do końca… Wiele razy dostawałam ochrzan za to, że jest tak brudny. Ale czy to moja wina, że to na nim najlepiej się rysuje? Może i wygodniej byłoby usiąść grzecznie przy biurku, ale moje rysunki wolą chyba być rysowane na kolanie, na jakiejś grubej książce. Najlepiej na „Historii polski- Poczcie władców polskich”. Nie wiem co takiego jest w tym meblu, ale to chyba właśnie on podsuwa mi najlepsze pomysły. Nie potrafię rysować gdzie indziej. To znaczy: nie potrafię mówić o tym, co naprawdę czuję gdzie indziej. Bo mówić można nie tylko słowami.

Mój zielony fotel pójdzie na śmietnik. Razem z krzesłem-podnóżkiem i innymi rzeczami, które nie pasują do nowego pokoju. Zostaną zastąpione ładnymi bibelotami, które będą wyglądać pięknie, ale nie będę miała żadnych wspomnień z nimi związanych. Mama dziwi się, czemu jeszcze nie wyrzuciłam „tych staroci”. A ja wiem dlaczego. Może i mój pokój teraz nie wygląda najlepiej, ale ważne jest to, co czuję gdy w nim siedzę wieczorem. Gdy patrząc na każdy kąt mam przed oczami inne wspomnienia. Cóż… Ja po prostu jestem irracjonalnie sentymentalna. I mam nadzieję, że tak mi już zostanie.



Martika