Tego marcowego ranka udał się Mistrz do parku położonego nieopodal reprezentacyjnej dzielnicy śródmiejskiej. Zabrał ze sobą niebieski „uczachany” płyn owinięty w starą gazetę wygrzebaną z wózka kloszarda, którego wycieńczone ciało i umysł ciągle odzyskiwały siły po Ostatkach, czyli ostatniej flaszce wiśni, jaką udało mu się wraz z kolegami wykraść słabogłowym studentom niegodnym tak szlachetnego siarczanu. Dostojnie krocząc osranym chodnikiem lawirował pomiędzy kałużami rozsianymi gęsto niczym jeziora morenowe na polodowcowym krajobrazie. Z każdej biła ciemnia niczym najgłębsza otchłań nicości zalegająca w każdym doświadczonym przez los dekadenckim umyśle. Dookoła rosły drzewa, niby młode, bo o cienkich, poskręcanych pniach i gałęziach, próbujące swymi połamanymi przez dzieci kikutami zerwać przechodniom czapki z głów, ale ubiegnięte zawczasu przez uczniów pobliskiego technikum z tradycjami sięgającymi samego Gierka, nie dawały rady. Może to te urwane gałęzie, a może stuletni wiek ukryty pod skarłowaciałymi pniami, które nie były już w stanie opierać się sile siarczków i ołowiu, nadawały tym drzewom osobliwego wyglądu powracających bez sił i bez wiary powstańców listopadowych po kolejnej przegranej bitwie. Ten zachęcający widok skłonił Stefano by spojrzeć na trawnik: Była to mieszanina błota i foliowych worków otulających całą okolicę niczym białe płatki jabłoni w najpiękniejszym sadzie. Gdzieś pomiędzy workami poruszanymi ciągle przez podmuchy wiatru przejeżdżających TIR-ów, kuśtykał stary kundel, szukając czegoś najwyraźniej. Jego strzykające schorowane łapy brodziły po kostki w rozmiękłym kale innych psów, próbując coś z niego wygrzebać. W końcu udało mu się dorwać do zdechłego szczura i zadowolony pokuśtykał gdzie indziej merdając przy tym swym przypalonym podczas zabawy z dziećmi ogonem. Mistrz poczuł nieodpartą, narastającą z każdą sekundą chęć pociągnięcia z gwintu. Rozejrzał się więc za ławką i chociaż był to park, jeden z najpiękniejszych w mieście, za Niemca, to teraz z trudem odnalazł jedną całą deskę. Zanim usiadł, musiał nogą strącić ślady poprzedniej libacji, jakie zostawili tam tubylcy. Kopnięte butelki z hukiem roztrzaskały się o chodnikowe płyty, które ktoś dla ukazania swej mocy porozrzucał po trawniku. Następnie Stefano rozłożył na gołębich gównach gazety i usiadł wreszcie by móc w spokoju napić się upragnionego trunku.
Każdy łyk zdawał się oddalać go od wszechogarniającej pustki, bijącej wprost ze źródła głupoty wszelakiej, jakim była jego głowa. Obaliwszy całość, zyskał humor potrzebny do filozoficznej rozprawy. Chcąc zwołać do siebie ludzi ciekawych nauki, głośno jął zawodzić:
„Kurwa, ale to życie chujowe jest. Pierdolcie się wszyscy, pojebani jesteście! I se wzywajcie tą
policję, chuj mi mogą zrobić?! He he, polucję, kurwa!”
Ku ogromnemu zaskoczeniu Mistrza, jego wołania przyniosły dwie zagubione dusze przygnębionych nastolatków:
„Siema Ziom, masz może fajki?”
Po twarzy Stefano spłynęła radość, która zaczęła gromadzić się najpierw na nie golonej od tygodni brodzie, potem na ustach, a gdy już przekroczyła poziom umorusanego błotem czoła, rozlała się w postaci słów wypływających w kierunku młodzianów:
„Nie, ale mogę wam opowiedzieć o bezsensie świata, jaki jeszcze przed wami. O tym jak bogowie prześladują swoich naiwnych wyznawców i o tym jacy wy jesteście głupi.”
Po tej deklaracji oświecenia niewyrobionych życiowo umysłów, Kopulus usłyszał odpowiedź młodzieńców, którą odebrał jako zgodę na dalszą interakcję:
„Wypierdalaj pojebie!”
Po czym nowi wyznawcy odwrócili się plecami do swego Mistrza i zaczęli iść w stronę kamienic, stojących jedna obok drugiej niczym żołnierze carskiej armii na mrozie podczas musztry. Każda z popękanymi ścianami, jak popękana jest skóra od zimna, każda nieruchoma i oparta o drugą, jak nieruchomi i oparci są o siebie konający wojacy, a z okien każdej wydobywał się biały dym z nieszczelnych instalacji gazowych, tak samo jak ze zmarzniętej twarzy ulatuje para. A wszystkie stały tak w szeregu, czekając, aż Stefano przejdzie wzdłuż nich i zaszczyci je swoim spojrzeniem, szukając w oknach oznak libacji. Ale On maił teraz ważniejszą misję do wypełnienia, niż wkrapianie smutku do kartonu wina. Wstał z ławki i ruszył mężnym chwiejnym krokiem za dwiema zagubionymi duszami. Gdy ci, odwróciwszy się, zobaczyli, że Mistrz idzie za nimi, przyspieszyli kroku w sobie tylko znanym kierunku. Mentor myśląc, że młodzianie zawstydzeni swą głupotą chcą wybrać ustronniejsze miejsce nauki, i że nabierają coraz większego pędu głodni jego wiedzy, również zdwoił swe wysiłki. Lecz jego ciało słabło, by pozwolić duszy, upojonej niebieską energią
- Maną, nabrać sił do wzruszeń; każdy krok stawał się coraz trudniejszy, boska moc zaczęła bawić się grawitacją przesuwając świat to na lewo, to na prawo, rozmazując go i zniekształcony ukazywać oczom, aż w końcu powaliła Mistrza na kolana. Czując, że nie da rady objaśnić swym nowym uczniom prawdziwego sensu bezsensu, głośno krzycząc ogłosił całemu światu konkluzję:
„Wszystkiemu winni są Żydzi!”
Poczym wyobraził sobie czarną, niczym ich niecne charaktery, otchłań nicości, która zdawała się pogrążać cały świat.
Gdy się wreszcie obudził, z trudem jaki zawsze towarzyszył wszystkim jego czynnościom, rozpoznał, że znowu jest w parku. Tym razem było ciemno. Światło ulicznych latarni, którego ostatnie promienie ledwo smagały błotnistą ziemię ogrodu, dawały nadzieję, że panujący mrok wokół Mistrza był spowodowany przez dzieci, które powybijały wszystkie lampy w miejskiej oazie zieleni, a nie przez denaturat. Ale Piewca Zwątpienia wcale nie chciał mieć nadziei, wolał, niczym średniowieczny asceta, głośno umartwiać się nad swym ciężkim losem:
„Nie widzę, oślepłem! Otruli mnie sukinsyny! Już nigdy nic nie zobaczę, kto mi pomoże biednemu?!”
Jak zawsze wolał kogoś obarczyć odpowiedzialnością za siebie. Dlatego ucieszył się niezmiernie, chociaż skrycie, gdy bezwzględny los zesłał mu samarytankę. Była to młoda zakonnica, która przechodząc przez park natknęła się na leżącego Męczennika. Jego wygląd napawał ją odrazą, a spojrzenie i smród spirytusu raz po raz odrzucały ją od potrzebującego. Jako osoba dająca świadectwo dobroci
Boga, nie mogła odejść tak po prostu nie udzielając mu pomocy, pech to pech, ludzie patrzyli i pod ich presją schyliła się nad Nim:
„Czy czegoś ci trzeba?”
Zapytała niemal przez zęby, a On odpowiedział:
„Ja umieram, otruli mnie. Przestaję widzieć, a zaraz mogę przestać oddychać! Czy mogę opowiedzieć historię swojego życia, zanim skonam? Bo to wszystko przez to, że otruli mnie Żydzi…”
Na słowa o Żydach, siostra poczuła jakiś zalążek duchowej więzi pomiędzy nimi i pozwoliła mu mówić:
„Kiedyś jechałem pociągiem z nieznajomą, droga dłużyła się z każdą chwilą niczym tortury w piekle, nudziliśmy się, więc ją wyruchałem. Podobnie było kiedy spotkałem kobietę w czerwonej sukience wychodzącą z toalety- byłem sobą i spytałem >>srałaś?<< , a ona była tak pijana, że znowu się ruchałem. Sąsiadkę też wyru… Ależ siostra niech się nie krzywi, ta historia zaraz nabierze sensu, trzeba tylko przez to wszystko przebrnąć… A potem spotkałem dawną znajomą i ją też wyruchałem. Dwa razy! I oto historia mego życia, teraz mogę wreszcie umrzeć, choć na śmierć byłem gotów już od urodzenia.”
Twarz zakonnicy poczerwieniała ze sromoty, niczym twarz dziecka zdzielona mokrą szmatą przez matkę. W poczuciu chrześcijańskiej misji kontynuowała jednak spowiedź:
„I teraz jest ci żal synu grzesznego życia?”
Stefano się tylko uśmiechnął tajemniczo i zwięźle odrzekł:
„Nie.”
Nie takiej odpowiedzi spodziewała się służebnica srogiego niczym piorun boga i tracąc równowagę psychiczną wykrzyczała:
„To po coś mi te wszystkie świństwa naopowiadał?!”
A On na to:
„Bo lubię tą historię- jest o ruchaniu.”
Zakonnica nie mogąc pojąć prostej nauki Mistrza, Biblią uderzyła jego głowę z taką siłą, że okładka krwią się splamiła. Krew ta uznana została później jako cudowna, jako krew samego Chrystusa namaszczającego w ten sposób swoją najwierniejszą służebnicę na ziemi. Przysłużyła się ona zakonowi w walce o grunty miejskie, jako znak boskiej opatrzności oraz jako cud mający przywieźć do miasta turystów z dalekiego zaścianka, pragnących się napić świętej wody z kałuż cudownego parku, gdzie drzewa, zrządzeniem boskiego losu, nie chcą rosnąć. Ale za nim to się stało, obok nieprzytomnego Mistrza przeszło dwóch młodzieńców:
„To ten zboczeniec, co nas gonił, dzwonimy na psy?”
Drugi mu odrzekł:
„Lepiej nie, jak go zapakują do suki to na izbę wywiozą, a tak, to może zdechnie z zimna przez noc.”
A idąc dalej, zostawiali ślady swych stóp w błocie…
|