Stefano Kopulus rozmawia z samym bogiem |
Deszczowej nocy udał się Stefano Kopulus do lasku opodal monopolowego, gdzie miał zastać swoich uczniów. Kazał im uprzednio czuwać by nikt ich niebiesko-płynnego źródła euforii nie podpierdolił. Wchodząc w krzaczory splugawione smrodem ludzkich rzygowin ujrzał swych uczniów do nieprzytomności zalanych. Gniew spływał po jego licu, niczym krople deszczu niesionego w tę krainę przez wiatry północno-zachodnie:
„Co jest?! Mieliście poczekać na swego Mistrza, bezsensu miałem was uczyć, a wy już śpicie! Czy w całej tej wieczności jaką jest cierpienie i samotność, nie mogliście poczekać głupiej minuty na przybycie swego mentora?”
Jego gniew i słowa trafiały jednak w próżnię, uczniowie pogrążeni w objęciach
czułego Mofeusza, nie mogli dosłyszeć żadnego słowa. Stefano zawiedziony szczeniacką postawą swych uczniów podjął próbę ich obudzenia. Kopiąc każdego po kolei w podbrzusze lub łono zawodził głośno:
„Wstawać samoluby, wstawać! Niemcy we wsi, Niemcy we wsi!”
Ale i tym razem jakakolwiek próba trafienia w ich świadomość spełzła na niczym. Usiadł więc na czyimś plecaku, wypełnionym chlebem do oczyszczania denaturatu i ze smutkiem rozejrzał się po melinie. Było to wymarzone miejsce każdego egzystencjonalisty- samobójcy: malutka polanka w odludnym lesie otoczona martwymi konarami drzew, które nie wytrzymały fetoru ziemi splugawionej wymiocinami i fekaliami. Jak daleko okiem sięgnąć, gówno było widać, gdyż do tego lasu rolnicy zwożą swe wydaliny z przegniłych wychodków. Knieje te pamiętają również liczne lincze i samobójstwa, praktykowane jeszcze za poprzedniego prezydenta. Tutaj też spoczywają zwłoki „Krzywego Józia” jak nazywano zakałę wioski, syna sołtysa paranoidalnego schizofrenika, który krzycząc, że Szatan mu kazał, najpierw spółkował z prosiakami, a później podpalił stodołę napawając się przerażeniem i bólem płonącego inwentarza. Jego śmierć owiana była tajemnicą, dopóki nie okazało się,
że gwałcąc swoją babkę zaraził się syfilisem. Mając taką inspirację wokół siebie, Stefano mimowolnie, gdyż własnej woli w ogóle nie posiadł w toku socjalizacji pierwotnej, zapadał w świat przemyśleń nad bezsensem istnienia. Wybudził go jednak najmłodszy z uczniów, którego majaki senne znalazły ujście w bezwiednie wypowiadanych słowach:
„Sara, ty suko, ale ja cię kocham! Ruchać się mieliśmy, więc czemu mnie opuszczasz?”
Te słowa wprawiły Mistrza w dobry nastrój, wiedział, że zawsze mógł polegać na najmłodszym z uczniów, uśmiechając się pomyślał:
„Nawet we śnie jest nieszczęśliwy, zaprawdę będzie on opoką mojej sekty.”
Uśmiech jednak szybko znikł, ponieważ Mentorowi endorfin starczało ledwie na kilka sekund. Podniósł więc butelkę niebieskiego płynu, zdobioną, jakby specjalnie z myślą o egzystencjonalistach, trupią czaszką na tle piszczeli i zakosztował trunku. Powtórzył tą czynność jeszcze kilka razy, aż dostrzegł ciemność wokół siebie. Próbował powstać, ale padł pod ciężarem życia. Po omacku wyszukał miejsca, na którym mógłby spokojnie lec. Doczołgawszy się tam wziął głęboki oddech i spróbował powstać ale po raz wtóry upadł na
twarz pod ciężarem grzechu swych uczniów. Czując, że umorusał się w ekskrementach, zerwał ze swego ucznia szaty i wytarł w nie swe lice. Leżąc przez jakiś czas bez czucia, przypomniał sobie, iż do trzech razy sztuka i szukając oparcia w pniu karłowatej od siarczanów wydobywających się z fabryki celulozy w Świeciu sosny, podniósł się po raz ostatni, ale jeszcze szybciej upadł pod ciężarem krzyża samotności. Czując teraz pełnie alienacji i zdając sobie sprawę ze swej słabości, zrobił to, co zawsze zwykł czynić w takiej sytuacji: przyjął pozycję embrionalną i zamknął się w sobie, tak że żadna jego myśl nie znalazła ujścia, choćby w drgnięciu kącika ust. Jego bezwiedne ciało, posiniało, oddech się urywał, a zwiotczałe mięsnie nie były już w stanie utrzymać Mistrza w pozycji płodu. Gdy wydawało się, że to upragniony koniec, Stefano poczuł siłę, która go uniosła, a w ciemności ujrzał światło, do którego prowadziły go anioły śmierci. Jasność zdawała się ogarniać całą przestrzeń dookoła duszy Mistrza. Gdy zaś osiągnęła apogeum, odezwał się głos samego boga:
|