Sprawiedliwość do lamusa?

 

 

 

Należałoby zacząć od tego, dlaczego w ogóle tak bardzo pragniemy sprawiedliwości? Jest to niewątpliwie jedna z metod oceny sytuacji, plus wyciągnięcie z niej konsekwencji. W dobie paradygmatu człowieczeństwa jednakże nadszarpujemy ową sprawiedliwość dogmatycznie nadając naszemu gatunkowi jakieś niezbywalne prawa. Dogmat jest chyba największym wrogiem sprawiedliwości. Bo cóż innego bardziej prokuruje bezmyślność niż dogmat. A właśnie będąc bezmyślnymi tracimy racjonalną ocenę sytuacji. „Indukcyjnie” dochodzimy więc do wniosku, że  jeśli sprawiedliwość miałaby realnie istnieć, musielibyśmy odejść nie tylko od paradygmatu człowieczeństwa, ale też od dogmatów kulturowych, takich jak godność, honor czy zemsta.

         Podobnie jak sprawiedliwość, tak i kara jest niepewną wartością. Bo ludzi można podzielić na tych, którzy twierdzą, że kara powinna być sprawiedliwa, a są i tacy którzy mówią że powinna być taka, by przywrócić winnego jak najszybciej na łono prawa. I ja zaliczam się do tych drugich.

Sprawiedliwa kara nie ma sensu. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na to, że jest to jedynie danie upustu instynktom, które jednak nie zawsze sprawdzają się w naszym świecie. Oczywiście absolutnie nie twierdzę w tym miejscu, że powinniśmy się kierować jakimiś wartościami „wymyślonymi”, jestem zresztą zwolennikiem chłodnego, umiarkowanego naturalizmu, ale w przypadku kary – tak ważnego socjologicznie bodźca, wyrokowi powinny towarzyszyć jedynie sceptyzm i racjonalizm, miast serwilizmu względem wygłodniałego tłumu.

         A patrząc z drugiej strony, co by się stało, gdybyśmy nagle przestali kierować się sprawiedliwością (mowa cały czas oczywiście o sprawiedliwości kary, nie zaś o sprawiedliwości w sensie sporów dyskusyjnych)? Wtedy najlepszym rozwiązaniem byłoby zaznajomienie się z sytuacją winnego, jego psychiką, sytuacją socjologiczną i etyczną. Pozwoliłoby to podjąć taką decyzję, by ukarany jak najmniej cierpiał, ale jednocześnie by kara przyniosła skutek. Od razu, z pewnością jednak pojawiłyby się głosy oburzenia: a dlaczego ma właściwie nie cierpieć? Jak jest łajdakiem to dobrze mu tak! Ja wtedy zapytałbym raczej: czy cierpienie ma sens? A jeśli tak to jaki? Przecież to ani nie cofnie czasu, przestępstwo nadal będzie przestępstwem. Uważam więc, że należałoby wybrać karę nie sprawiedliwą, a jak najkorzystniejszą. To rodziłoby jednak poważne obawy. Musielibyśmy przeprowadzić szczegółowe badania, by stwierdzić jaka kara jest najodpowiedniejsza. Ale niesie to za sobą jeszcze inne wątpliwości: mianowicie wyobraźmy sobie, że ktoś został skazany za morderstwo, ale psychologowie i specjaliści od resocjalizacji, zgodnie uznali że wystarczy mu leczenie. Inny morderca, bardziej „odporny” który np. potrzebowałby raczej siedzieć w więzieniu, by przeanalizować swoje postępowanie, lub taki, którego karanie z góry jest skazane na niepowodzenie, bo jego psychika jest tak wypaczona, próbowałby z pewnością udawać człowieka pierwszego.

         Jak wygląda to dzisiaj? Wydaje mi się, że sądy balansują na granicy sprawiedliwości i pomysłu opisanego w trzecim akapicie. Warto zdać sobie sprawę, że prawdziwej sprawiedliwości nie było, nie ma i raczej nie będzie, dlatego że jej uzyskanie związane byłoby z wczuciem się w sytuację nie tylko winnego, ale i ofiary. Ów system polega przecież na tym, by zadać tyle cierpienia, ile musiała znieść ofiara. A jakże to uczynić, jeśli nie mamy dostępu do uczuć ani jednej ani drugiej osoby?

         Sfera prawna bardzo miesza się ze sferą aksjologiczną – a tą drugą, każdy z nas ma własną. Dlatego też, by uściślić i ustabilizować tą sytuację dzisiejsze prawo – wydaje się – jest oparte na wspomnianym paradygmacie człowieczeństwa, według którego na najwyższym podium powinno stawiać się dobro i interesy ludzi (jako dowód niechaj służy ustawa o ochronie zwierząt). I zgadzam się – może trochę irracjonalnie z tym – ale co to zmienia w naszych rozważaniach? Dość wiele, bo przecież jeśli najważniejsze jest dobro człowieka to niezależnie jakiego – człowiekiem, w sensie biologicznym, jest przecież zarówno dziecko, pijany, nieprzytomny jak i… przestępca, czy nam się to podoba czy nie.

Jako że doprawdy nic nie dzieje się bez przyczyny, warto wprowadzić pewne zmiany, ułatwiając życie wszystkim nam. Kara musi być sensowna, musi mieć swój cel, bo inaczej jest nic nie warta. Nikt nie skorzysta na tym, że umęczymy człowieka, zaś mogłoby skorzystać całe społeczeństwo, jeśli proces resocjalizacji, oraz odbywane kary byłyby dostosowane psychologicznie do danej jednostki.

By kara była skuteczna nie musi być wielka. 25-letnie więzienie zamiast zatrzymać degenerację, przywrócić człowiekowi „ludzką” naturę, wypaczy go jeszcze bardziej. Po wyjściu na wolność, nauczony nowych metod uciekinierstwa, kradzieży, skradania się, otwierania zamków, na pewno ów człek nie będzie myślał jak wynagrodzić ofierze dawne przestępstwo…

         Czy państwo jest w stanie zapewnić system zaproponowany przeze mnie? Jestem pewien że tak, jednakże potrzebna by była do tego współpraca organów ścigania, śledczych, psychiatrów, psychologów, socjologów oraz szarego społeczeństwa. Dla tego ostatniego był by to dobry test z racjonalności swoich postępowań i poglądów.

 

Łukasz Remisiewicz