O polskiej polityce słów kilka
Osiemnaście lat po odzyskaniu suwerenności w wyniku pokojowej rewolucji "Solidarności" Polska, mimo kapitalizmu, demokracji, wolnego rynku, mentalnie tkwi wciąż w koleinach minionego systemu. Mentalność obywateli wciąż opiera się na założeniu, że nic nie da się zmienić, że politycy mogą wszystko i nie ponoszą za swe czyny konsekwencji. I właściwie trudno nie przyznać takiemu twierdzeniu racji, gdy patrzy się na polską politykę, która wciąż do władzy wynosi silnych i bezczelnych, nie liczących się z dobrem państwa.
Gdy w 1989 roku został powołany rząd Tadeusza Mazowieckiego, zdecydowana większość obywateli miała ogromną nadzieję na zmiany. Trudy lat 1989 i 1990 w dużej mierze tę nadzieję gasiły. I mimo wydarzeń niewątpliwie pozytywnych, takich jak realizacja planu Balcerowicza, który polską gospodarkę wyciągnął z kryzysu, jak również elekcji Lecha Wałęsy na urząd Prezydenta RP, wciąż tej nadziei brakowało. Brakowało głównie dlatego, że zmiany nie były tak szybkie i tak znaczące, jak Polacy oczekiwali. Oczywiście, to co zrobili ludzie Mazowieckiego i Balcerowicza, zasługuje na najwyższy dowód uznania, ale obywatelom trudno było ciągle czekać, mimo, że wiedziano, że szybciej reformy przeprowadzić się nie da. Wybory w 1991 roku dobitnie pokazały, że Polacy ciągle jeszcze czekają na cud, i co gorsza, wierzą tym, którzy taki cud obiecują. Rozdrobniony politycznie Sejm I kadencji 1991-1993, na początku, z powodu mnogości partii, wynikającej ze złej ordynacji, nie mógł wyłonić rządu. Gdy wreszcie prezesem Rady Ministrów został Jan Olszewski, pojawiła się grupa ludzi, którzy żądali przeprowadzenia na szybko i bez zastanowienia lustracji. Ludzie tacy jak Kaczyńscy ze swoim PC, ludzie ZCHN, czy też minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz, mimo że wiedzieli, że dokumenty służb specjalnych PRL mogą być i są w dużej mierze sfałszowane, postanowili, bez jakichkolwiek badań je opublikować. Doprowadziło to do wydarzeń 4 i 5 czerwca 1992, czyli słynnej nocy teczek. Rząd Jana Olszewskiego upadł, na urząd premiera powołano Waldemara Pawlaka z PSL, a gdy ten nie zdołał sformować gabinetu, na urząd premiera powołano Hannę Suchocką z Unii Demokratycznej. W tym całym zamieszaniu coraz mniej pamiętano o obiecanych i niezbędnych reformach. I wówczas po raz pierwszy pojawili się ludzie tacy jak Andrzej Lepper, którzy żądali niemalże rewolucji i z populistycznymi hasłami zdobywali coraz większą popularność. Chwiejna tzw. "koalicja siedmiu" wspierająca rząd Suchockiej, nie była w stanie tych reform przeprowadzić. Doprowadziło to latem 1993 roku do odwołania przez Sejm rządu Suchockiej. To wydarzenie, wynikiem którego było rozwiązanie przez prezydenta parlamentu i rozpisanie przedterminowych wyborów po raz pierwszy w III RP utorowało postkomunistom drogę do władzy. Warto wspomnieć, że dzisiejsi wielcy przeciwnicy postkomunistów Lech i Jarosław Kaczyńscy, podnosząc w 1993 roku rękę za odwołaniem Hanny Suchockiej, walnie przyczynili się do powrotu ludzi starego systemu na szczyty władzy. Koalicja SLD-PSL mimo częściowych reform, pozostawiła główną wadę PRL i III RP - uprzywilejowanie władzy. I, w atmosferze ciągłych kłótni i sporów obywatele właściwie przestali się liczyć. Liczył się interes polityczny. W 1995 roku prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. Klęska rozbitego obozu "Solidarności" skłoniła przywódców prawicowych partii do połączenia sił. Tak powstała Akcja Wyborcza "Solidarność". Tymczasem, głowy rządzących zaprzątała paląca potrzeba uchwalenia nowej ustawy zasadniczej. Uchwalona 2 kwietnia 1997 roku mimo jej niewątpliwych zalet, jak kompromisowa preambuła czy nowoczesne rozwiązania ustrojowe, utrwalała wspomniany przeze mnie problem - uprzywilejowanie władzy. Zawarto w niej zapis o immunitecie parlamentarnym, który czynił polityków bezkarnymi. Nie zniesiono Senatu, przedłużając w ten sposób proces legislacyjny. Utrwalono złą ordynację proporcjonalną, zaprzepaszczając szansę na stworzeniu stabilnego systemu dwupartyjnego, który w realiach 1997 roku miał olbrzymią szansę powstać. Wybory w 1997 roku przyniosły zwycięstwo AWS, która zawarła koalicję z Unią Wolności. Koalicja ta podjęła pewne próby reform, które jednak - jak reforma oświaty czy administracyjna - były przeprowadzone niedokładnie, albo - jak reforma służby zdrowia - zaniechane przez późniejsze rządy. Spory w koalicji, a wreszcie jej rozpad, recesja gospodarcza postawiły kraj w trudnej sytuacji. Wtedy po raz kolejny uderzyli populiści z Lepperem na czele. Uciekając się do niemalże terrorystycznych metod, w poczuciu bezkarności, żądali negocjacji z rządem. Premier Buzek, zamiast okazania żelaznej ręki populistom, przystał na ich warunki. To utwierdziło Leppera i jego ludzi w przekonaniu, że siłą można wywalczyć wszystko. Wtedy po raz pierwszy, ale nie ostatni, państwo uległo silnym i bezczelnym. Rozczarowanie obywateli rządami prawicy przyniosło w 2001 roku zwycięstwo Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. Poza tym, w tych wyborach po raz pierwszy do Sejmu dostała się partia Leppera i partia Giertycha. Jeszcze na początku 2001 roku w obliczu niechęci i apatii obywateli założone zostały nowe partie: Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość. Ale zwycięstwa lewicy nic nie mogło powstrzymać. Leszek Miller, który w kampanii obiecywał, że będzie żelaznym premierem, bał się przeprowadzić obiecane reformy. W dodatku, co pokazała afera Rywina, starał się wejść w układy ze światem podejrzanych biznesmenów, zdobyć media. Po części mu się to udało. Ale było to również przyczyną jego upadku. Rząd Marka Belki był. Był z racji tego, że ludzie lewicy chcieli jeszcze rok pobierać parlamentarne diety. Wreszcie nadszedł rok 2005. Podwójne wybory, i niespodziewane zwycięstwo PiS. Mniejszościowy rząd, wreszcie koalicja z populistami. I to, co jest prawdziwym symbolem upadku moralności polskiej polityki, jak również braku odpowiedzialności Jarosława Kaczyńskiego - Andrzej Lepper i Roman Giertych na fotelach wicepremierów.
A jak jest teraz? PiS, który obiecywał tanie państwo, mnoży urzędy, kupuje luksusowe limuzyny, słowem, marnotrawi publiczne pieniądze. Kaczyńscy, którzy obiecywali "moralną rewolucję" a zasiadają w jednym rządzie z przestępcą i populistą Lepperem. Andrzej Lepper, "obrońca uciśnionych", który nosi buty za 1000 złotych. Roman Giertych, minister edukacji narodowej, który chce polskim uczniom zaszczepić jedynie słuszną wizję świata - świata, w którym można być tylko katolikiem, świata, w którym homoseksualiści to podludzie, świata w którym trzeba chodzić w mundurku "żeby nie było dyskryminacji", świata, w którym, gdy nie myślisz jak Giertych jesteś niczym. "Wykształciuch", "łże-elita", "zomowiec" tak został przez rządzących określony każdy obywatel, który nie popiera obecnej, żałosnej koalicji. A z drugiej strony opozycja i jednocząca się lewica, która ucieka się do medialnych sztuczek i wykorzystuje popularność byłego prezydenta, a także Platforma Obywatelska, jedyna w miarę konstruktywna opozycja, której jednak brak energii, choćby z czasów rządów Millera zadowala się walką z przywilejami władzy czy mówieniem o ujawnieniu całej prawdy o skorumpowanych rządach lewicy. Wreszcie, najważniejsze. Społeczeństwo, które ma już właściwie gdzieś, co się dzieje. Ludzie, którzy nie głosują, bo im się nie chce, a jeśli głosują, dla żartu skreślą głos na przykładowego Krzysztofa Kononowicza. Obywatele, którzy nie mają świadomości obywatelskiej. Młodzi ludzie, którzy wolą uczciwie żyć za granicą niż w Polsce zarabiać na czarno. A również dominacja kleru, który wyczuł wiatr historii i wykorzystując rządzących chce mieć i właściwie już ma nadrzędną pozycję w kraju.
Nie ma co ukrywać. Nie tak miało być. Nie po to był Sierpień '80, aby przestępca zasiadał na fotelu wicepremiera. I właściwie, tylko jedno pytanie. Jak to zmienić?
Jeśli politycy chcą zmienić Polskę, niech najpierw zmienią siebie. To, o czym mówiła Platforma Obywatelska - walka z przywilejami władzy. Pierwszym krokiem powinno być wpisanie do Konstytucji słów: "Wszelka władza jest w Rzeczypospolitej służbą publiczną i nie może być źródłem jakichkolwiek przywilejów". Dzięki temu przywileje władzy będą mogły być delegalizowane przez Trybunał Konstytucyjny. Dalej, likwidacja immunitetu parlamentarnego i konstytucyjny zakaz pełnienia przez skazanych prawomocnymi wyrokami funkcji publicznych. Likwidacja Senatu, zmniejszenie Sejmu, i co najważniejsze, większościowa ordynacja wyborcza, która raz na zawsze zamknie populistom drzwi do parlamentu. Prawdziwie tanie państwo, czyli zmniejszenie wydatków na administrację, likwidacja niepotrzebnych instytucji, wreszcie obniżenie pensji najlepiej zarabiającym urzędnikom państwowym. Dla parlamentarzystów i członków rządu podniesienie dolnej i górnej granicy kary za przestępstwo. Tak można i trzeba uporządkować polską politykę.
Trzeba również podjąć się reform gospodarczych i postawić na rozwój. Podatek liniowy i obniżenie kosztów pracy to niezbędne kroki na początek. Przyspieszyć prywatyzację, oddać nierentowne państwowe przedsiębiorstwa w prywatne ręce. Dzięki temu zadziała tzw. "niewidzialna ręka" Adama Smitha i obywatele odczują skutki wzrostu gospodarczego.
W kwestiach dotyczących społeczeństwa. Skończyć z uprzywilejowaniem kościoła katolickiego. Zaprzestać finansowania jakichkolwiek grup wyznaniowych z budżetu państwa. Skończyć z nauką religii w szkołach, słowem, realny rozdział państwa od kościoła. Zwiększyć uprawnienia samorządów lokalnych. I wreszcie pozwolić obywatelom manifestować własne poglądy czyli nie zakazywać np. parad równości i nie karać za krytyczne, ostre słowa pod adresem władzy.
Są to rozwiązania drastyczne. Tylko że lepszych nie ma. Ale, aby te pomysły zrealizować potrzeba władzy, która nie boi się populistów takich jak Lepper. Władzy, która ma żelazną rękę. Władzę demokratyczną, ale zdecydowaną.