Odkrywczyni
Taaak od zawsze byłam małym odkrywcą. Chciałam odkryć coś, co
będzie tylko moje własne, jedyne, niepowtarzalne. I co? I nic! A wszystko się
zaczęło już dawno. Założę się, że już w przedszkolu. Wcale nie zdziwiłabym się
gdybym już wtedy dokonała wielu odkryć. Ale cóż. Wszystkie już były. Zawsze tak
jest. Ktoś wcześniej zauważy, że biedronka zwykle ma tyle samo kropek, więc to
przecież nie może być prawda, że to zależy od tego ile ma lat. Ktoś inny odkrył,
że to niemożliwe, że bociany przynoszą dzieci, bo bocianów nie ma na biegunie!
Więc skąd Eskimosi? I za każdym razem jak dochodziłam do tego rodzaju radosnych
wniosków, rodzice/ pani przedszkolanka głaskali mnie ze zrozumieniem po głowie,
mówiąc: Ale my to już wiemy skarbie… A ja chciałam, żeby choć raz nie wiedzieli!
Niesprawiedliwość, naprawdę…
Ale tego typu rzeczy nie skończyły się jak M
poszła do szkoły. O niieee… Powiedziałabym, że się ich namnożyło. Do dziś
pamiętam jak mając około 8 lat bawiłam się trójkątami. Rysowałam, próbowałam je
zbudować z różnych odcinków. I w pewnym momencie oświecenie! Tak! Eureka!
Trójkąt można zbudować tylko gdy suma długości dwóch boków jest większa od
trzeciego. Pamiętam radość jaka mnie ogarnęła, gdy pomyślałam o tym, że pani
przecież o tym nie mówiła. Że ja sama… Ahh… I pobiegłam do pani, pokazałam
zeszyt z nieszczęsnymi trójkątami i co? I jakiś wredny matematyk miał czelność
być pierwszy. On był niedobry. I zrobił to specjalnie… Na pewno.
Później
odkrywałam inne rzeczy. Że Ziemia niekoniecznie musi być okrągła bo przecież ją
pewnie wypycha na środku. Mam też skłonność do snucia dziwnych rozważań.
Ostatnio doszłam do tego, że nic tak naprawdę nie istnieje. Przeszłość jest
tylko wspomnieniem. Przyszłość? To tylko plany i założenia. A teraźniejszość?
Także nie istnieje. Nikt nigdy nie określił precyzyjnie „teraz”. Jest
nieuchwytne. W każdej chwili „teraz” zmienia się w przeszłość. Więc skoro
przeszłość nie istnieje, to teraźniejszość również. I co? I otwieram dziś nowego
AM i co widzę? Moją teorię w tekście Awarenessa. Ahhh… Ja się tak nie bawię.
Jesteście okropni. Dajcie mi wreszcie coś odkryć!
I przy tym całym moim
buncie i niezadowoleniu, tym samym, który ogarniał ośmioletnie dziewczę i
dzieciątko w maluchach, przypominam sobie, że ja jednak odkrywam więcej niż
inni. Ostatnio pierwsza zobaczyłam tęczę. Widziałam piękno deszczu, gdy szłam w
mokrych trampkach przez park. Odkryłam, że trawa wcale nie jest zielona. Że
składa się z miliona odcieni, a każdy jest wyjątkowy. I pierwsza zauważyłam, że
tamta chmura wygląda jak kot. Jestem jedną z niewielu, która zna siłe uśmiechu.
I tylko ja tak naprawdę zobaczyłam łzy, wtedy, kiedy ktoś tego potrzebował. I
odkryłam sposób jak je osuszyć. I wtedy dochodzę do wniosku, że co kogo obchodzi
prawo ciążenia czy wyporu. Kogo tak naprawdę obchodzą te „wielkie” odkrycia?
Moje są ważniejsze.