Niekoniecznie ot tak
[szlag, trzeba,
po prostu należy]
Teela plagiat
czyjejś filozofii
Każdy powinien
coś sądzić: ja sądzę, że wypiję jeszcze jednego drinka.
Och, w życiu
irytuje mnie chyba jedna banalna prawda: nie zmienię tego, co chciałbym
zmienić. Przeszłości. Za żadne skarby nie chwycę rzeczywistości za wszarz, nie
podrzucę, wynicuje, nie wyrwę z jakichś metafizycznych żył bzdur dnia
poprzedniego. I lat poprzednich.
A więc z nimi zostanę. Z tak brzydko sterczącymi błędami
i decyzjami. Powykrzywiany. Niezgrabny. O.
Kiedyś pisałem o degeneracji, o spaczeniach, o błędach -
dziś zmieniłem się tak bardzo, że nie mam już jak o nich pisać. Sam nie wiem
nawet, czy nadal mnie fascynują. Czy pozostało mi tylko jakieś zamiłowanie do
brzydoty(choć w retrospekcjach plączą się
i te wnioski).
Dorosłem?
Mój boże, ale w co ja dorosłem?
1
Pisałem,
że jest mi tak kurewsko bezbronnie. Że nie wiem, że nie pamiętam, że nie ma,
nie ma. Że nikogo, że coś. Dziś czytam - własne
słowa przecież - i odruch obronny, zaprzeczenie jakieś. Nędzna, żałosna
próba. Ucieczka w układzie już zamkniętym, z góry skazana na porażkę.
2
Subiektywnie?
Tak
niewiele rzeczy pozostało ważnych. Dewaluacja wartości i ideałów nie spełzła na
niczym: to już nawet nie ten stan. To bez znaczenia, to kolejna postawa
negacji.
Ale ja i tego nie czuję. Piszę, co wiem. Nie, co czuję.
Bo we mnie już jakoś tak banalnie niewiele. Dlaczego? Co
się zmieniło?
Kiedyś pisałem: stałem się mniejszym potworem, jednak to
wiąże się z tym, że jestem dziś mniejszym, gorszym
człowiekiem.
Nie wierze, nie w
i e r z e nawet w to.
3
(pociągiem)
Stereotypowo
przez małe miasteczka, w których jednak Ten ekspres się nie zatrzymuje. Przez
gasnący dzień. Wślepiam się w szyny; to powidok traw rosnących tuż przy torach,
to podmuch, uderzenie powietrza przez nie zamknięte okno na korytarzu. To
dzieci machające do pasażerów, jakaś pamiątka czasów, do których się uśmiecham.
To paranoidalne milczenie, następujące po godzinach jazdy w jednym przedziale.
Ukradkowo rzucane spojrzenie znad książki.
I znów pola zza okna. Słońce zatopione waniliowym
spulchnieniem nieba, nieskończone odbicia w lustrze.
Uśmiech mój, niezdrowy, szczerze się do własnego odbicia,
do własnej głowy.
Korytarz.
Wspominam ostatnie dni, oparty łokciami o matowy metal.
Co chwile jacyś ludzie przechodzą.
4
i pierwsze słowa
I
(piosenki)
Przecież
dopiero niedawno zrozumiałem, że takiego lata już nie będzie... chociaż nie, to
wiedziałem od zawsze - dzieckiem będąc przeczuwałem już, tym bardziej dzieckiem
będąc przeczuwałem tę nieuchronność, utratę każdej z chwil.
Funkcjonowało
to na bardzo nietrwałych przekrojach świadomości, więcej w tym z wróżenia niż z
wiedzy, z przeczuwania niż doświadczenia - ale
ja przecież dzieckiem, od zawsze w układach o nieznanych regułach i granicach,
wszystko wyczuwane, instynkt, wielokrotnie złożone gry - choć może
doświadczenia tu właśnie najwięcej, bo to tak wszystko smakowite, kolory - tak
nasycone, dźwięki - ostre, napięte. Ściany nie dość, że jasne, to jeszcze
fakturę mają(dotyk, dotknąć, policzkiem nawet).
Tym
bardziej więc czuje, po tych chwilach nasyconych poświatą groteskowej rzeczywistości,
że nie będziesz już dla mnie taka miła. Nigdy; skóra, uśmiech, spojrzenie -
spojrzyj uważniej, wsłuchaj się, zdaj się na gramaturę obrazu, ciepło
słów, z r o z u m - nigdy, nigdy więcej, a zawsze już - mniej.
To już pamiątka, bukiet wspominany, zapach i przyjemne
ciepło ciała.
II
Już mi Ciebie brakuje.
Nie muszę wyjeżdżać, nie musze nawet żegnać się - tak
często: milcząc - na dworcu. Pożegnanie przychodzi znacznie wcześniej. Uśmiecha
się szeroko tym kocim uśmiechem(wszystkie
koty się uśmiechają!), cierpliwe, z uporem, wyczekuje na swój czas.
Sadystycznie niezbędne elementy z cichym trzaskiem
zajmują swoje miejsca. To jest nawet radość z wyczekiwanego spotkania, to sam
przedłużany dzień, by sen nie zabierał tak wiele cennego czasu - w końcu
wszystko wpada w narkotyczny upór.
I nawet to, że leżymy, po prostu nic nie mówiąc. Człowiek
zawsze wyczekuje końca; nawet, gdy jest on tak niemiły. To świadomość, która
wrosła wraz z gatunkowym przekonaniem o własnej śmiertelności.
Czas nabiera wagi. Jest jak słynna pustynna przyprawa.
Między palcami
kolejne sypkie strugi
I nawet to, że leżymy, po prostu nic nie mówiąc w
momencie, gdy tak niewiele można jeszcze powiedzieć.
Tak, między
palcami kolejne sypkie strugi.
5
(literatura)
I szczęście.
To taki
prosty skutek niekonsekwencji pamięci: hipokryzja, widać, wpisana jest w
struktury mózgu, w same neurony. Szczęście, stale próbkowane, wynika ze stopnia
niewiedzy; to krzywa bardzo skomplikowana, perihelium nietrwałe, ekstremum
przeciwne - a już bliższe duszy, bo w ciężkich ugięciach mas świadomości.
Racjonalizuje się te rzeczy, które wzbudzają
zakłopotanie: dlatego gości tu szczęście.
6
Pisałem:
Dziś
wstałem trochę inny. Wydawało mi się, że z kranu miast wody lał się głośnym strumieniem
Styks. Własną twarz obmywałem tak, jak obmywałbym stopy apostołom - tak bardzo
świat był mi obcy, tak bardzo dziwił mnie ten ktoś, kto uważnie przyglądał mi
się w lustrze. Może to wtedy, hm, może wtedy właśnie spojrzałem na siebie
trochę uważniej?
Może zawsze, gdy coś zostanie złamane, gdy coś
pęknie(drobne zmarszczki skazy na bryle przechodzą z trzaskiem pękającego
szkła) - dopiero wtedy dane jest zobaczyć uważniej?..
A może wtedy zwyczajnie więcej jest do zobaczenia?
Banały!
7
Tak, te bukiety...
Bez
powodu wpadam w gniew. Wywracam własną psychikę na drugą stronę; ale to
wszystko kpina, pozory, g r y jedynie. Stała improwizacja, gdzieś na
rozdwojonych krawędziach, wszystko na stelażach - nie potrafię zmienić czegokolwiek, układ zbyt mocno
sprzęgnięty. Zbyt głęboko już sztolnie.
Nie mowa tu przecież o szansach - przegrane są tu
odmierzone z góry, nie wygrasz wszak z graczem, który nie respektuje żadnych
zasad.
Tu nawet kłamstwa nie pomogą. Zresztą… to właśnie siebie
nigdy nie potrafiłem zręcznie okłamywać…
8
Było stwierdzone: słyszę serce.
Tak, mam mocne serce. Dużo krwi przelało.
9
Zabawne,
że potrzebowałem aż szesnastu lat, by móc zobaczyć gwiazdy. Pamiętam - to dzień
deszczowy był, krople prześwietlone przez światła samochodów, co chwila - błysk
i grzmot burzy, ja jakoś zachłanny w patrzeniu, fascynacja rzeczywistością.
Bo wcześniej przecież wzrok w tak złym stanie, że twarze
nierozpoznawalne, że trudno codziennie rano szukać okularów.
Wtedy więc świat miał kolory, ale to były KOLORY, to nie
był deszcz - to DESZCZ, wszystko przeskalowane aż do radości z samego faktu
patrzenia/widzenia, sygnatury od nowa poznawane.
To były piękne dni.
Później byłem uczony nazw gwiazdozbiorów. Pamiętam.
Wracaliśmy a ja - dziecko, dziecko
wyciągające ręce do nieba - na głos każdą nazwę, w dłoniach na każdą
stronę, bezgłośnie sylabizując.
10
- Najbardziej boli mnie to, że to wszystko jest takie
banalne... - powiedziałem. Wyszedłem na balkon. Już po deszczu; miasto oddycha
zimnym powietrzem (w perspektywie: wiem,
że brutalnie, ja wiem, perwersja jakaś). Oglądam przemoczone ubranie;
czyszczę spodnie z resztek gliny i błota.
A Ty?
Zatrzymałem się(to:
zawieszenie na moment mięśni, wzrok inny przez sekundę), ale jedynie w myślach.
Chwila musiała upłynąć.
Co zrobiłaś?
Balkon, przez pokój, korytarz. Łazienka.
- ...Co robisz? - pukam palcem w drzwi.
Zaraz, mówisz.
- ...Co robisz?
Szelest. Materiał. Szelesty zamiast głosu, skołtuniony
kłąb mokrych szmat zamiast żołądka.
Wyszłaś. Długie rękawy.
Stój. Proszę, stój.
- Cięłaś się...?
Miałaś długie rękawy.
- Pokażesz mi nadgarstek...?
Powoli, ruch łukiem w powietrzu. Niechętnie.
- A drugi?
Chwila zawahania. Wolno. Jeszcze wolniej. Sekundy,
dziesięć sekund.
Chusteczka i krew. Ile razy po żyłach? To już rany na
bliznach, a przecież poprzednie jeszcze nie zagojone.
- Nie. Nie w ten sposób...!
(szantaż to,
kara za moje zachowanie)
Dawno nie widziałem krwi. Dawno.
Za drugim razem
zacząłem się śmiać. Histerycznie. W tej bolesnej, dławiącej ciszy - ja
chichotałem. Tylko, że więcej w tym ze zbitego psa lub upiornie uśmiechniętego
Stracha na Wróble.
Bo zaraz
przesilenie - i to już nie śmiech, tylko ciekłe ciepło wykrzywia brzydko oczy i
usta, i tak strasznie źle na duszy, że nic, tylko ryczeć bezsilnie, głupio i
żałośnie.
Próbowała raz
jeszcze. Aż do końca.
Jak ja
dziękowałem, że się jej nie udało.
Kot
z Cheshire
[na każdego sensownego meila chętnie odpisze, więc...]
PS
"cholera, padaczka to nie choroba psychiczna, a one tak dobrze wyglądają w
biografiach!"