|
Pamiętacie GTA 3? A pierwsze wrażenie po
odpaleniu tego "mega-killera"? Tak, tak - ja także
pamiętam. I nie przeszkadzają mi w tym wspomnienia chrupiącej animacji i nieco
dziwnego jak
na tak poważny gangsterski tytuł designu - cóż, GTA 3 było wielkim hitem.
Przejście z
grafiki 2D do 3D stało się na tyle opłacalne, że R* bez problemu mogło
realizować swoje
kolejne odjechane pomysły. Myśli chłopaków z Rockstar ziściły się w dwóch
kolejnych
dodatkach, z których każdy przewyższał czymś nowym poprzedni.
I kolejny raz...
Słusznym, więc było, że programiści z Rockstar postanowili "zagrać" raz
jeszcze i napisać
GTA w wersji dla PSP, czyli kieszonkowej konsolki Sony. Jak się później okazało,
cięcia, o
których mówiony jeszcze przed premierą Liberty City Stories to bujda jakich
wiele w tym
świecie, a samo "portowe" GTA niczym nie odstaje od swojego rodzeństwa na
maszyny
stacjonarne. Kilka miesięcy po premierze GTA: LCS ktoś rozsądny lub chytry
(niepotrzebne
skreślić) uznał, że warto upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i jadąc na
sukcesie edycji
PSP wydać nowe Grand Theft Auto na PlayStation 2. Sprawiło to, że słynny łańcuch
"więcej,
lepiej, bardziej pomysłowo" został zerwany, a Rockstar dorobił się kolejnych
dolarów. Jak
bardzo ucierpiała na tym seria oraz jej fani? O tym w recenzji.

... cofamy się w czasie...
Wydarzenie opowiedziane w Liberty City Stories rozgrywają się trzy lata przed
pamiętnym
zaliczaniem zadań przez niemego bohatera w GTA 3 (dobrze ująłem fabułę GTA 3 w
paru słowach,
co?). Toni Cipriani po kilku latach od wykonania zlecenia morderstwa dla
Salvatore (znanego
poniekąd z GTA 3 oraz San Andreas) powraca do miasta aby znów wejść na drabinę
mafijnego
interesu. Kojarzysz, Toni Cipriani? Jedna z pobocznych postaci w GTA 3, capo
pewnej rodziny.
Teraz mamy okazję przekonać się ile Toni musiał znieść aby stanąć na wyższym
szczeblu tej
drabiny: zdrady znajomych, upierdliwa matka, coraz bardziej poddenerwowany
Salvatore, Maria
wykorzystująca go na każdym kroku - to chleb powszedni życia Toniego.
... by stanąć do walki...
Pierwsze spojrzenie - to to samo miasto, na myśl przychodzi wyłącznie jedno
słowo -
odtwórczość. Jednak, nie zrażając się tym jedziemy wykonać pierwszą misję.
Poszło gładko,
zatem bierzemy się za kolejną, kolejną, kolejną... Zadania w GTA: Liberty City
Stories
należą do wyjątkowo przyjemnych i odprężających, choć często nie są tak
rozbudowane jak te w
San Andreas czy Vice City (pierwotne pochodzenie gry) ich spójność i
oryginalność wynagradza
nam to w stu procentach. Tak dla przykładu - raz musiałem jechać z przyjacielem
na
złomowisko, tam ów przyjaciel dostał zaaplikowaną mu przez innego przyjaciela
siedzącego na
tylnym siedzeniu kulkę w łeb (Ojciec Chrzestny się kłania) i musiałem odwieźć
oprawcę mego
przyjaciela będącego jednocześnie moim przyjacielem do jego domu, po czym
otrzymałem rozkaz
porzucenia samochodu w rzece, a Policja Liberty City starała się mnie przed tym
powstrzymać.
Do głównego wątku dochodzą jeszcze zadania dodatkowe, a mianowicie znane z
innych GTA misje
Policjanta, Taksówkarza, Karetki, zbieranie ukrytych paczuszek, realizowanie
misji
pobocznych oraz zupełnie nowe - zabawa w Śmieciarza, obwożenie turystów po
Liberty City,
sprzedawanie samochodów i spełnianie zachcianek poszczególnych klientów oraz
wiele, wiele
innych. Jest tego sporo, w sumie główny scenariusz może zająć wprawionemu w
bojach graczowi
kilkanaście godzin, a jeśli do tego liczyć dodatki to GTA: LCS ma szansę
zapełnić ci lukę w
wolnych godzinach wakacyjnych.

|
... o wolność...
Zmiany (jeśli o takich mowa) w GTA: Liberty City Stories możemy policzyć na
palcach jednej ręki
pijanego drwala. Tu raczej doskwiera nam odtwórczość będąca swoistym powrotem do
czasów
premiery GTA 3. Po pierwsze, mnóstwo mechanizmów znanych większości graczy z San
Andreas nie ma tu miejsca. Ja sam zniósłbym "usunięcie" drobnych pierdółek (San
Andreas to w moim
odczuciu ostatnie GTA, w które bym teraz pograł - nie trawię czarnego klimatu i
tyle), ale
brak siłowni (była możliwość rozmieszczenia kilku w mieście - czyż nie?),
pływania i
czynników wpływających na rozwój kierowanej postaci to jednak w pewnym stopniu
rozczarowanie (Toni w GTA 3 był grubszy, fajnie by było tak dostosować jego
dietę aby doszedł do tej perfekcji lub odwrócić bieg wydarzeń i sprawić, że ów
bohater stałbym się chudzielcem,
któremu wystają wszystkie kości).
... i sprawiedliwość...
Zastanawiająca jest oprawa wizualna Liberty City Stories. Obiektywnie
patrząc na całą sprawę
- tekstury nie dorysowują się z takim nasileniem jak miało to miejsce w San
Andreas (choć
wiadomo, większy teren = więcej doczytywania), są one przyzwoicie wykonane
(pozostałość po GTA 3?), a autorzy dbając o szczegóły włączyli w program mnóstwo
filtrów delikatnie
"liftingujących" pięcioletnią już grafikę GTA 3. Jednak, to tylko i wyłącznie
grafika GTA 3,
więc nie ma co się podniecać i liczyć na konkurencję dla San Andreas (pomimo
lepszej
płynności). Grafika grafiką, ale ścieżka dźwiękowa w Liberty City Stories stoi
na oczywistym
wysokim poziomie. Liczba rozgłośni radiowych nie zaskakuje może po odsłuchaniu
całego tego
"badziewia" z San Andreas, a dobór utworów odpada przy Vice City (moje ulubione
GTA jeśli
idzie o muzykę), ale duża ilość house'u, pop'u oraz kilku innych gatunków cieszy
ucho
(rąbnijcie jakąś Taksówkę i posłuchajcie czego słucha jej kierowca - normalnie,
z reklamą
pewnego batonika się kojarzy).

..., z odpowiednim wyposażeniem...
Zestaw broni, zarówno palnej jak i białej z pewnością nie zdziwi żadnego
szanującego się
fana tej serii gier. Są w nim wszystkie pukawki z poprzednich GTA, między innymi
handgun,
uzi, shotgun, kałasznikow, wyrzutnia rakiet oraz wymyślna broń biała, do której
zaliczają
się kije bejsbolowe i golfowe, noże kuchenne, piły mechaniczne i wiele innych, w
których
posiadanie jeszcze nie wszedłem. Podobnie jak w każdym GTA "słuszna"
eksterminacja wrogów
sprawia ogromną przyjemność (heh, takie już jest Grand Theft Auto), ale stary
(tzn. ten z GTA
3) system celowania i niekiedy uciekająca kamera mogą popsuć nam nieraz tę jakże
przednią
zabawę (pomyśl, że masz już prawie koniec misji, a tu nagle system autocelowania
naprowadza
broń na zupełnie niezależny, stojący dalej obiekt pomijając przy tym
ostrzeliwującego cię
gościa - denerwujące). Za to prowadzenie samochodów sprawuje się już o wiele
lepiej, może
nie super-realistycznie, ale model jazdy przypomina bardziej udane Vice City niż
cierpiące w tym
aspekcie GTA 3. Ilość pojazdów nie uległa znaczącej zmianie w porównaniu do GTA
3, jednak
oficjalne dodanie motocykli, a co za tym idzie możliwości pośmigania nimi po
ulicach Liberty
City to już coś o czym warto wspomnieć w recenzji.
..., ale bez szans na wygraną z San Andreas.
Minęło już trochę czasu od ukazania się ostatniego, przez wielu wielbionego
i wynoszonego
ponad inne gry Grand Theft Auto. Przez ten czas nie ukazała się żadna gra
mogąca, choć w
małym stopniu oddać ogrom świata i możliwości przedstawione nam przez "gwiazdy
rocka".
Wydanie gorszego, mniejszego, a przede wszystkim odtwórczego Liberty City
Stories to w
takiej sytuacji ruch usprawiedliwiony i ukazujący nam smutną prawdę, a
mianowicie: "Jakby
inni się nie starali, Rockstar przebija ich nie wrzucając nawet trzeciego
biegu." . Ciekawe
co na to EA Games promująca uparcie swojego Ojca Chrzestnego jako konkurencję
dla GTA?
|
|
|
grywalność
orginalne misje
motocykle
płynność animacji |
błędy konwersji
odtwórczość
krok wstecz w stosunku do poprzednich GTA
|
producent: Rockstar Games
rok wydania: 2006
Platforma: PS2, PSP (testowana PS2)
Gatunek: akcja
|
|